Reklama

Nigdy nie sądziłem, że cisza w moim własnym mieszkaniu będzie brzmiała jak oskarżenie. Kiedy Ela pakowała walizki, stałem w progu z założonymi rękami, przekonany o swojej racji, a za moimi plecami stała ona – moja matka, cicha triumfatorka z chusteczką przyciśniętą do oka. Wtedy myślałem, że odzyskuję spokój, że wreszcie skończą się awantury o „drobiazgi”. Dziś wiem, że właśnie tamtego popołudnia traciłem jedyną osobę, która widziała mnie naprawdę, a nie jako przedłużenie własnych niespełnionych ambicji. Dopiero gdy zostałem pod jednym dachem z moją nadopiekuńczą rodzicielką – zrozumiałem, że to nie żona była problemem.

Przecież mamie się nie odmawia

Zawsze byłem dobrym synem. Tak mnie wychowano. Ojciec odszedł, gdy byłem nastolatkiem, więc ciężar bycia „mężczyzną w domu” spadł na mnie szybciej, niż bym tego chciał. Moja mama, Teresa, poświęciła dla mnie wszystko – a przynajmniej tak powtarzała przy każdej możliwej okazji. Kiedy poznałem Elę, byłem pewien, że te dwie najważniejsze kobiety w moim życiu się dogadają. Ela była ciepła, zaradna i, co najważniejsze, bardzo mnie kochała. Na początku wszystko wydawało się układać idealnie.

Problemy zaczęły narastać w sposób niemal niezauważalny, jak kropla drążąca skałę. Zaczęło się od wizyt bez zapowiedzi. Mama mieszkała trzy ulice dalej, więc wpadała „tylko na chwilkę”, żeby podrzucić pierogi, sprawdzić, czy mam wyprasowane koszule, albo po prostu zobaczyć, co u nas słychać. Miała własne klucze, które dałem jej jeszcze przed ślubem, na wypadek jakiejś awarii. Dla mnie to było naturalne. Dla Eli – coraz bardziej duszne. Pamiętam naszą pierwszą poważną kłótnię o to.

– Krzysztof, czy ona musi wchodzić do sypialni, kiedy nas nie ma, i przestawiać moje kosmetyki? – zapytała Ela pewnego wieczoru, trzymając w ręku jakiś krem.

– Przesadzasz – machnąłem ręką, nie odrywając wzroku od telewizora. – Chciała tylko posprzątać. Powinnaś jej podziękować, że nas wyręcza.

– Nie prosiłam o sprzątanie. To jest nasz dom, nasze rzeczy. Czuję się tu jak gość.

– Ona chce dobrze. Jest samotna, stara się być pomocna. Nie bądź dla niej taka ostra.

Zawsze używałem tego argumentu: „ona chce dobrze”. To była moja tarcza, którą zasłaniałem każdą ingerencję matki w nasze życie. Nie widziałem, albo nie chciałem widzieć, że pod płaszczykiem pomocy kryła się chęć kontroli absolutnej. Mama potrafiła skomentować kolor ścian, który wybraliśmy, sugerując, że jest brzydki. Potrafiła przynieść nowy obrus i położyć go na stole, chowając ten, który kupiła Ela, bo „tamten się źle prał”. A ja? Ja stałem z boku i kiwałem głową. Bo przecież mamie się nie odmawia. Mamie nie sprawia się przykrości.

Jaki ja byłem naiwny

Z biegiem lat sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Ela przestała zapraszać znajomych, bo mama potrafiła wpaść w środku imprezy i zacząć zmywać naczynia, głośno wzdychając, jak to „młodzi nie potrafią zadbać o porządek”. Każda próba postawienia granicy kończyła się tak samo: mama robiła z siebie ofiarę, płakała, że jest niepotrzebna, że przeszkadza, a ja natychmiast stawałem w jej obronie, atakując żonę.

– Dlaczego ty jej tak nienawidzisz? – krzyczałem, gdy Ela po raz kolejny poprosiła, żeby odebrać mamie klucze. – Ona poświęciła dla mnie życie, a ty nie możesz znieść, że raz w tygodniu wpadnie z zupą?

– To nie jest raz w tygodniu, Krzysztof! To jest codziennie! – Ela miała łzy w oczach, ale ja byłem ślepy. – Ona dzwoni do ciebie pięć razy dziennie. Decyduje o tym, gdzie jedziemy na wakacje. Ostatnio wybierała ci nawet skarpetki w sklepie! Czy ty nie widzisz, że to jest słabe?

Czułem się wtedy rozdarty, ale lojalność wobec matki zawsze wygrywała. Miałem wdrukowane poczucie winy, które mama pielęgnowała mistrzowsko. Wystarczyło, że powiedziała cichym, łamiącym się głosem: „No dobrze, synku, nie będę wam przeszkadzać, umrę w samotności, skoro tak wolicie”, a ja byłem gotów podpalić świat, byle tylko ją udobruchać. W moich oczach Ela była tą złą, tą niewdzięczną, tą, która próbuje zniszczyć moją relację z matką.

Nie zauważyłem momentu, w którym Ela przestała walczyć. Przestała prosić o zwrot kluczy. Przestała komentować wizyty. Stała się cicha, wycofana. Myślałem, że wreszcie zrozumiała, że mam rację. Że wreszcie „dorosła” do życia w rodzinie. Jaki ja byłem naiwny. Ona nie zaakceptowała sytuacji. Ona się po prostu poddała i zaczęła planować ucieczkę.

Rodzina jest najważniejsza

Punktem kulminacyjnym były moje trzydzieste czwarte urodziny. Ela zaplanowała romantyczną kolację, tylko we dwoje. Zarezerwowała stolik w drogiej restauracji, kupiła bilety do teatru. Cieszyłem się na ten wieczór. Ale rano zadzwoniła mama.

– Krzysiu, kochanie, zrobiłam twój ulubiony sernik. I zaprosiłam ciocię Jadzię z wujkiem. Będziemy świętować u mnie. Przyjdziecie o siedemnastej?

Powinienem był powiedzieć „nie”. Powinienem był powiedzieć: „Mamo, mam już plany z żoną”. Ale usłyszałem w jej głosie tę nutę oczekiwania, tę pewność, że syn nie zawiedzie.

– Jasne, mamo. Będziemy – odpowiedziałem, nawet nie patrząc na Elę, która piła kawę przy stole.

Gdy się rozłączyłem, zapadła cisza. Ela odstawiła kubek bardzo powoli.

– Odwołałeś naszą rezerwację? – zapytała spokojnie. Zbyt spokojnie.

– Kochanie, mama się napracowała. Ciocia Jadzia przyjeżdża specjalnie z drugiego końca miasta. Nie mogę im tego zrobić. Pójdziemy do restauracji w przyszłym tygodniu.

– W przyszłym tygodniu nie masz urodzin.

– Nie bądź dziecinna. To tylko data. Rodzina jest najważniejsza.

Wtedy Ela wstała. Nie krzyczała. Nie płakała. Po prostu poszła do sypialni i wyciągnęła walizkę.

– Co ty robisz? – zapytałem, stojąc w drzwiach. Czułem irytację. Znowu dramat. Znowu szantaż emocjonalny.

– Odchodzę, Krzysztof.

– Przestań. Gdzie pójdziesz? Do matki? Wrócisz za dwa dni.

– Nie wrócę. Nie mogę być trzecią osobą w tym małżeństwie. Kocham cię, ale nie mam siły walczyć o twoją uwagę z twoją matką. Wygrała.

Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To była mama. Przyszła wcześniej, „żeby pomóc Eli się uszykować”. Weszła do środka, zobaczyła walizkę i natychmiast zaczęła lamentować:

– Co tu się dzieje? Elżbieto, czy ty chcesz doprowadzić mojego syna do płaczu? W taki dzień?

Ela spojrzała na nią, potem na mnie. Czekała. To był ten moment. Ostatnia szansa. Mogłem powiedzieć: „Mamo, wyjdź, muszę porozmawiać z żoną”. Mogłem zatrzymać Elę.

Ale spojrzałem na matkę, która łapała się za serce, i poczułem złość na żonę.

– Jeśli teraz wyjdziesz, to nie masz po co wracać – warknąłem. – Nie pozwolę, żebyś tak traktowała moją matkę.

Ela zamknęła walizkę.

– Żegnaj, Krzysztof.

Gdy drzwi się zamknęły, mama objęła mnie mocno.

– Nie martw się, synku. Ona nie była ciebie warta. Zobaczysz, teraz będzie ci się żyło lepiej. Zrobię ci herbaty.

Życie toczyło się dalej

Pierwsze tygodnie po odejściu Eli były dziwne. Czułem się, jakbym był na wakacjach. Mama przejęła stery natychmiast. Wprowadziła się „na kilka dni”, żeby mi pomóc ogarnąć mieszkanie po „tej bałaganiarze”, jak nazywała moją żonę. Obiady były zawsze na stole. Koszule były wyprasowane w kant. W lodówce nie brakowało mojego ulubionego soku. Mama dbała o wszystko. Wieczorami siadaliśmy przed telewizorem, a ona analizowała nasze małżeństwo, punktując wszystkie wady Eli.

Zobacz, jak ona cię zaniedbała – mówiła, wskazując na kurz na górnej szafce (którego ja nie widziałem). – A te jej wydatki? Sprawdzałeś konto? Ona na tobie żerowała, synku.

– Tak, mamo, masz rację – przytakiwałem, popijając herbatę.

Czułem się usprawiedliwiony. Czułem, że podjąłem dobrą decyzję. Miałem w domu obsługę all-inclusive i osobę, która bezgranicznie mnie uwielbiała. Wspólnie utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że Ela była źródłem wszelkiego zła. Mieliśmy wspólnego wroga i to nas jednoczyło. Ale po miesiącu temat Eli się wyczerpał. Ileż można rozmawiać o nieobecnej żonie? Życie toczyło się dalej. I wtedy, powoli, atmosfera zaczęła gęstnieć. Wcześniej, gdy mama miała jakieś uwagi, kierowała je bezpośrednio lub pośrednio do Eli. To Ela źle ugotowała, źle posprzątała, źle zarządzała domem. Ja byłem tym idealnym, zapracowanym synem, którego trzeba chronić. Ale teraz Eli nie było. Zostałem tylko ja.

We własnym domu jak intruz

Zaczęło się od drobiazgów.

– Krzysztof, znowu zostawiłeś skarpetki na podłodze. Czy ja jestem twoją służącą? – usłyszałem pewnego ranka. Ton jej głosu był identyczny z tym, którym zwracała się do Eli.

Zdziwiłem się.

– Mamo, wrzucę je do kosza, spokojnie. Spieszę się do pracy.

– Zawsze się spieszysz. A ja tu haruję jak wół. Wstydziłbyś się. Taki duży chłop, a taki nieporadny.

Zignorowałem to. Każdy może mieć gorszy dzień. Ale sytuacje zaczęły się powtarzać. Krytykowała to, jak jem. Krytykowała to, jak się ubieram. Krytykowała moich znajomych, moją pracę, a nawet to, jak oglądam telewizję.

– Przełącz to, ile można oglądać te głupoty o samochodach – marudziła, zabierając mi pilota. – Włączymy serial.

– Mamo, ja chcę obejrzeć ten program – zaprotestowałem nieśmiało.

– Nie dyskutuj z matką. Ja wiem, co jest lepsze.

Zacząłem czuć się we własnym domu jak intruz. Albo gorzej – jak niesforne dziecko. Mama, nie mając już Eli, na której mogła wyładowywać swoją potrzebę kontroli i frustracje, przeniosła całą uwagę na mnie. Chciała wiedzieć wszystko. Gdzie byłem, z kim rozmawiałem, ile wydałem na zakupy. Kiedy wróciłem z pracy piętnaście minut później niż zwykle, czekała w fotelu z grobową miną.

– Gdzie byłeś? Obiad wystygł. Nie szanujesz mojej pracy.

– Byłem w korku, mamo.

– Nie kłam. Pewnie spotkałeś się z kimś. Czy ty mnie oszukujesz? Ja dla ciebie się poświęcam!

To zdanie. „Ja dla ciebie się poświęcam”. Słyszałem je tysiące razy, ale zawsze w kontekście obrony przed „złym światem” i „złą żoną”. Teraz to ja byłem tym niewdzięcznikiem. Pewnego wieczoru, gdy próbowałem pracować w domu przy komputerze, mama weszła do pokoju z odkurzaczem.

– Muszę tu odkurzyć, pełno tu kurzu – oznajmiła, włączając maszynę.

– Mamo, proszę cię, mam ważną telekonferencję za pięć minut! – krzyknąłem, próbując przekrzyczeć hałas.

Wyłączyła odkurzacz i spojrzała na mnie z lodowatym spokojem.

– Nie krzycz na mnie. Stajesz się taki sam jak ona. Taki sam jak ta twoja Ela. Agresywny i niewdzięczny.

Zamurowało mnie. Porównała mnie do osoby, którą sama wygnała z mojego życia. Do osoby, którą wspólnie oczernialiśmy. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie coś przerażającego: Ela była moją tarczą. Przez te wszystkie lata brała na siebie toksyczność mojej matki, chroniąc mnie. Mama nie potrzebowała wroga w postaci synowej. Ona po prostu potrzebowała kogoś, kim mogła zarządzać, kogoś, kogo mogła ustawiać po kątach, by czuć się ważna i potrzebna.

To moje życie, mamo!

Tydzień później wróciłem do domu wcześniej. W przedpokoju leżała sterta moich ubrań. Mama robiła „porządki w szafie”.

– Te koszule są stare, wyrzucam je. Kupiłam ci nowe, lepsze – powiedziała, nie patrząc na mnie.

Wśród rzeczy przeznaczonych do wyrzucenia zobaczyłem sweter, który dostałem od Eli na naszą pierwszą rocznicę. Był znoszony, fakt, ale uwielbiałem go.

– Zostaw to – powiedziałem twardo, wyrywając jej sweter z ręki.

– O co ci chodzi? Jest dziurawy. Nie będziesz chodził jak dziad.

To mój sweter. I to moje życie, mamo!

Mama zamarła. Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego psa, który zawsze działał.

– Krzyczysz na matkę? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam? Gdyby nie ja, zginąłbyś w brudzie. Twoja żona zostawiła cię z dnia na dzień.

– Ona mnie nie zostawiła – przerwałem jej, a mój głos drżał z emocji, których nie potrafiłem już powstrzymać. – To my ją wyrzuciliśmy. Ty ją wyrzuciłaś moimi rękami. Bo ci przeszkadzała. Bo nie mogłaś znieść, że byłem szczęśliwy z kimś innym.

Mama poczerwieniała.

– Niewdzięcznik! Wykarmiłam cię własną piersią, poświęciłam młodość...

– Dość! – krzyknąłem – Dość tego gadania o poświęceniu! Mam 34 lata. Chcę sam decydować o swoich koszulach, o swoim jedzeniu i o swojej żonie. Ale żony już nie mam, bo byłem zbyt tchórzliwy, żeby ci się postawić.

W pokoju zapadła cisza. Mama zaczęła szlochać, ale tym razem ten dźwięk nie wywołał we mnie poczucia winy. Wywołał we mnie jedynie zmęczenie i wstręt do samego siebie. Widziałem przed sobą starszą kobietę, która panicznie bała się utraty kontroli, i dorosłego mężczyznę, który pozwolił się tak zdominować emocjonalnie.

– Spakuj się, mamo – powiedziałem cicho.

– Co? Wyrzucasz mnie? Własną matkę?

– Nie wyrzucam. Odwożę cię do domu. Do twojego domu. I oddajesz mi klucze.

– Nigdy ci tego nie wybaczę! – krzyknęła, wybiegając do przedpokoju.

To była długa scena. Ale po raz pierwszy w życiu nie ugiąłem się. Zabrałem jej klucze. Odwiozłem ją pod blok. Gdy wysiadała, nie powiedziała ani słowa, trzasnęła drzwiami tak mocno, że aż stukały się szyby.

Płacę wysoką cenę

Wróciłem do pustego mieszkania. Usiadłem na kanapie i ukryłem twarz w dłoniach. Zrozumiałem wszystko. Zrozumiałem każde słowo Eli, każdą jej łzę, każdą frustrację. Byłem marionetką. Pozwoliłem zniszczyć swoje małżeństwo, bo bałem się odciąć pępowinę. Próbowałem dzwonić do Eli. Nie odebrała. Napisałem długi list, w którym przyznałem się do wszystkiego, nie prosząc o powrót, a jedynie o wybaczenie. Odpisała po miesiącu. Krótko. Napisała, że wybacza, ale nie zapomina. Że układa sobie życie na nowo i życzy mi tego samego. Że muszę dorosnąć sam, a nie przy niej.

To zabolało bardziej niż cokolwiek innego, ale miała rację. Od tamtego dnia minął rok. Moje relacje z matką są chłodne. Dzwonimy do siebie raz w tygodniu. Nie pozwalam jej przychodzić bez zapowiedzi, nie daję jej kluczy. Czasem próbuje manipulować, grać na emocjach, ale nauczyłem się rozpoznawać te mechanizmy i stawiać granice. Jestem sam. Dom jest czasem bałaganiarski, czasem jem mrożoną pizzę, a koszule prasuję tylko od święta. Ale to jest mój bałagan i moja pizza. Płacę wysoką cenę za lekcję, którą odebrałem – cenę utraty kobiety, którą kochałem. Ale wiem, że gdybym wtedy nie został sam z matką, nigdy bym nie przejrzał na oczy. Czasem zwycięstwo polega na tym, by przegrać wszystko, żeby w końcu odnaleźć siebie.

Krzysztof, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama