„Mąż bez mojej wiedzy zarejestrował naszego synka w urzędzie. O mało nie padłam, gdy powiedział, jakie wpisał mu imię”
„Byłam zbyt zmęczona, żeby cokolwiek komentować. Chciałam tylko położyć się na chwilę, zamknąć oczy i poczuć, że to moje miejsce, mój dom, że nic się nie zmieniło, że ten człowiek przede mną to wciąż mój mąż, a nie jakiś nieznajomy”.

- Redakcja
Urodziłam mojego syna po sześciu latach nieudanych prób. Janek – tak chciałam go nazwać. Imię, które pachnie czystością. Prawdziwe, proste, mocne. Żadne wydumane cuda, żadne hołdy dla zmarłych. Tomek chciał inaczej. Uparł się na Wiesława, po swoim ojcu, człowieku, który może był dla niego ważny, ale dla mnie był toksyną. Obojętny, zimny, protekcjonalny. Ja przez lata byłam dla niego nikim. A teraz moje dziecko miało nosić jego imię? Pokłóciliśmy się o to jeszcze zanim urodziłam. Ale sądziłam, że odpuszczamy. Że mąż poczeka na mnie i wybierzemy razem.
Kiedy wróciłam ze szpitala, w mieszkaniu było cicho. Tomek rozkładał właśnie pieluszki przy przewijaku, który sam składał przed porodem.
– Wszystko gotowe – powiedział, zerkając na mnie przelotnie. – Wanienka w łazience, wózek na dole.
Byłam zbyt zmęczona, żeby cokolwiek komentować. Chciałam tylko położyć się na chwilę, zamknąć oczy i poczuć, że to moje miejsce, mój dom, że nic się nie zmieniło, że ten człowiek przede mną to wciąż mój mąż, a nie jakiś nieznajomy.
– A, i jeszcze coś – rzucił lekko, jakby mówił o rachunku za prąd. – Byłem w urzędzie. Zarejestrowałem małego.
Zatrzymałam się w pół kroku.
– Jak to?
Dosłownie oniemiałam
– No przecież trzeba było. Nie mogłaś jechać, ja byłem, załatwione.
– Ale przecież mieliśmy zrobić to razem. Rozmawialiśmy…
– No i rozmawialiśmy. Ale wiesz, po porodzie byłaś osłabiona, nie chciałem cię fatygować. Pomyślałem, że to załatwię, żebyś się nie musiała martwić.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Usiadłam na kanapie, nie patrząc na niego.
– Jakie imię wpisałeś?
Przez chwilę milczał. Zajął się jakimś pudełkiem, jakby nie usłyszał pytania.
– Wiesław – powiedział w końcu. – Po moim ojcu.
Nie odpowiedziałam. Uszy mi płonęły, serce waliło jak młotem. Przez gardło nie chciało przejść ani jedno słowo.
– Magda, przecież mówiłem ci, że to dla mnie ważne. Ty miałaś poród, emocje, ja musiałem podjąć decyzję. Chciałem, żeby to było uczciwe.
Wstałam. Bez słowa poszłam do pokoju. Powoli, żeby nie przewrócić się od zawrotu głowy, który nagle mnie złapał. Spakowałam dwie torby – swoje i dziecka. On stał w drzwiach, patrzył, ale nic nie mówił.
– Dokąd idziesz?
– Do mamy.
– Przecież... Przesadzasz.
Ubrałam się, wzięłam fotelik z synkiem. Drzwi zamknęłam za sobą bez słowa.
Nie wahałam się
Mama nie zadała wielu pytań. Spojrzała tylko na mnie, potem na dziecko, które spało spokojnie w nosidełku, i odsunęła krzesło w kuchni.
– Zrobiłam rosół – powiedziała. – Zjesz?
Usiadłam. Nie miałam siły tłumaczyć. Powiedziałam tylko, że jesteśmy u niej na chwilę. Tyle wystarczyło. Przez kilka dni nie odbierałam od Tomka telefonów. Próbował dzwonić, pisać wiadomości. Najpierw krótkie: „Wróć”, „Porozmawiajmy”. Potem dłuższe, pełne tłumaczeń, że zrobił to dla mnie, dla dziecka, że przecież nic się nie stało. Ale ja wiedziałam, że się stało. I nie umiałam już cofnąć tego, co poczułam, kiedy powiedział to imię – Wiesław.
Jego ojciec nie krzyczał, nie bił, ale potrafił jednym spojrzeniem sprawić, że człowiek czuł się mniej wart. Mówił do mnie „pani”, mimo że byliśmy już po ślubie. Mówił z pogardą, choć nigdy wprost. W jego oczach zawsze byłam dziewczyną gorszego sortu, z nie takiego domu i z nie takim wychowaniem.
Poniżał mnie
Tomek to widział, ale nigdy się nie sprzeciwił. Był lojalny wobec ojca do końca. Zawsze znajdował usprawiedliwienie.
– Taki już był – mówił.
Mój syn miał nosić imię po kimś, kto całe życie mnie ignorował. Nie zgadzałam się na to. Po tygodniu pojechałam do urzędu. Powiedziałam urzędniczce, że chcę zmienić imię dziecka, że nie wyraziłam na nie zgody. Pokazałam dokumentację, opowiedziałam, co się wydarzyło. Patrzyła na mnie ze zrozumieniem.
– Jeśli ojciec dziecka był obecny przy rejestracji i miał pełnię praw, a matka nie złożyła sprzeciwu, imię zostało nadane zgodnie z przepisami. Trzeba by złożyć wniosek o zmianę imienia. Tylko za zgodą obojga rodziców.
– A jeśli się nie zgodzi?
– Wtedy zostaje droga sądowa.
Wieczorem zadzwoniłam do prawnika.
Byłam uparta
Prawnik powiedział, że sprawa nie będzie prosta. Potrzebna będzie rozprawa, argumenty, opinia biegłego, może mediacja. Wszystko zależy od tego, jak mocno Tomek będzie się upierał przy swoim. Nie zaskoczyło mnie, że się uparł. Spotkaliśmy się na korytarzu kancelarii. Usiadł naprzeciwko i przez dłuższą chwilę nic nie mówił.
– Magda, naprawdę chcesz ciągać nas po sądach przez imię?
– To nie jest tylko imię. To wybór między prawdą a udawaną lojalnością.
– Myślisz, że mi było łatwo? Chciałem, żeby ktoś jeszcze w tej rodzinie go pamiętał.
– To trzeba było dać psu na imię Wiesław – odpowiedziałam spokojnie.
Nie odparł nic. Może go zabolało.
Wróciłam do mamy. Mały spał. Patrzyłam na niego i powtarzałam w myślach: Janek. Jan. Nie Wiesław.
Nie było dramatów
Wróciłam z sądu pieszo. Szłam powoli, z małym w wózku, przez park, który zaczynał już pachnieć listopadem. Jan spał spokojnie, zaciśniętymi piąstkami trzymając się świata, który dopiero poznawał. I choć był jeszcze taki malutki, miał już coś, czego ja musiałam się dopiero nauczyć – niewzruszoną obecność w swoim własnym imieniu – Jan.
Tomek widuje się z synem w wyznaczone dni. Jest poprawny, punktualny. Rozmawiamy o pieluchach, szczepieniach, kaszkach. Tylko o tym, nic ponadto. Nie żałuję decyzji, nie jestem z siebie dumna. Po prostu zrobiłam to, co uważałam za słuszne. Dla siebie i dla mojego synka Jana.
Magdalena, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nic nie podejrzewałam, gdy szef zaproponował kolację. Złożył mi propozycję nie do odrzucenia i wpakował w niezły bigos”
- „Córka zamiast skończyć studia, wróciła do domu z brzuchem. Zamarłam, gdy w końcu wyznała, kto zniszczył jej życie”
- „Po aferach z mężem gnałam w ramiona sąsiada. Pocieszał mnie tak skutecznie, że teraz nie wiem, czyje nasionko noszę”