Reklama

Jesteśmy normalną rodziną. Nasze mieszkanie na drugim piętrze bloku z wielkiej płyty, choć duże, nie miało w sobie nic z katalogów wnętrzarskich. Wierzyłam jednak, że to właśnie jest szczęście – nie jakieś wielkie plany czy egzotyczne podróże, ale ta rutyna, w której czułam się bezpiecznie. Za kilka dni miał się zacząć nowy etap – nasza córka Fabiola szła do pierwszej klasy. Mój mały świat kręcił się wokół tej chwili. Kompletowałam wyprawkę, prasowałam sukienkę na rozpoczęcie roku, wyobrażałam sobie, jak będę stała z innymi mamami pod szkołą i machała jej na pożegnanie.

Reklama

– To ważny dzień, dla niej i dla nas – powiedziałam któregoś wieczoru mojemu mężowi Mikołajowi, kiedy składaliśmy łóżko, które kupiliśmy specjalnie dla naszej uczennicy.

– Wiem – odpowiedział, ale bez entuzjazmu.

Dopiero później zauważyłam, że od jakiegoś czasu jest rozkojarzony. Najpierw myślałam, że to praca – miał dużo projektów, czasem wracał późno. Ale potem padły słowa, które zmieniły wszystko.

– Natalia, myślę, że powinniśmy posłać Fabiolę do prywatnej szkoły – oznajmił pewnego wieczoru.

Patrzyłam na niego zdezorientowana. Przecież od dawna byliśmy zgodni – szkoła rejonowa, trzy ulice od naszego bloku, żadnych fanaberii. Dlaczego nagle chce to zmieniać?

– Nie rozumiem tego pomysłu. Cały czas planowaliśmy szkołę rejonową. Jest blisko, znamy tam nauczycieli, a Fabiola nie będzie musiała codziennie dojeżdżać.

– Ale tam jest inny poziom. Mniejsze klasy, lepszy program.

– Skąd nagle taka troska o program? – Spojrzałam mu prosto w oczy. – Zawsze powtarzałeś, że najważniejsze, żeby dziecko miało blisko i żeby nie było przemęczone. Co się zmieniło?

Miał inny pomysł

Wzruszył ramionami.

– Chcę dla niej najlepiej.

– Ja też coś mam do powiedzenia, czy tylko ty decydujesz?

Zamilkł na chwilę, a potem wywrócił oczami.

– Przesadzasz. Chyba nie chcesz robić problemu z takiej sprawy.

– To jest nasze dziecko, Mikołaj! Nasze, nie tylko twoje!

Fabiola stała w drzwiach, w piżamie. Patrzyła na nas niepewnie.

– Dlaczego krzyczeliście? – zapytała cicho.

Podbiegłam do niej.

– Nic się nie dzieje, skarbie. Po prostu rozmawialiśmy głośniej – uśmiechnęłam się na siłę.

Mikołaj bez słowa wziął klucze i wyszedł, trzaskając drzwiami. Zostałam sama, trzymając w ramionach naszą córkę i czując, że coś w moim życiu zaczęło się wymykać spod kontroli.

Od tamtej kłótni w kuchni minęło kilka dni, ale atmosfera w domu nie wróciła do normy. Mikołaj stał się inny – obecny ciałem, nieobecny duchem. Miałam wrażenie, że mówimy do siebie tylko zdawkowo, żeby nie doprowadzić do kolejnej awantury.

Dosłownie oniemiałam

Któregoś dnia znów spróbowałam z nim porozmawiać.

– Powiedz mi wprost, dlaczego tak naciskasz na tę prywatną szkołę? O co tu chodzi?

– O to, żeby nasza córka miała lepszy start – odparł twardo.

W końcu udało nam się dojść do porozumienia. Ustaliliśmy, że poślemy córkę do prywatnej szkoły na rok i zobaczymy, co dalej. Początki były obiecujące. Fabiola była bardzo zadowolona, mnie też podobało się podejście nauczycieli i mała liczba dzieci w klasie.

Któregoś dnia zauważyłam, że śniadaniówka mojej córki została na stole. Złapałam ją i, bez większego namysłu, postanowiłam zanieść jej do szkoły. Weszłam do budynku i zobaczyłam młodą kobietę o jasnych włosach, elegancko ubraną, wychodzącą z jednej z sal. Uśmiechnęła się.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – zapytała.

– Przyniosłam córce śniadanie. Fabiola z klasy… – zaczęłam, ale w tym momencie zobaczyłam, jak za kobietą wychodzi… mój mąż.

– O, Natalia… – zdziwił się, a jego twarz pobladła. – Co ty tu robisz?

– A ty? – słowa ugrzęzły mi w gardle. – Miałeś być w pracy.

– Przyniosłam Fabioli śniadanie – powiedziałam. – A ty?

– Formalności… – zaczął, ale sam przerwał, jakby zrozumiał, jak żałośnie to brzmi.

Nie pamiętam, jak wyszłam ze szkoły. Szłam ulicą z sercem bijącym jak oszalałe.

Zdradził mnie

Wszystkiego się domyśliłam. Mój mąż wcale nie chciał lepszego startu dla swojej córki. Chciał mieć wymówkę, żeby odwiedzać swoją kochankę, która tam pracowała. Gdy wieczorem wrócił do domu, nie wytrzymałam.

– To ma być formalność? Chodzisz do szkoły po córkę, a ukradkiem sypiasz z jej nauczycielką?

Przez chwilę myślałam, że zacznie się tłumaczyć, szukać wymówek. Ale on tylko spuścił głowę i wyszeptał:

– Przepraszam.

To słowo brzmiało jak policzek. Ani wyjaśnienia, ani obietnicy, że to się skończy. Tylko jedno krótkie „przepraszam”, które sprawiło, że nagle wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo. Rano powiedziałam mu, żeby nie wracał na noc. Skinął głową i wyszedł, nawet nie próbując walczyć. Wieczorem usiadłam na łóżku Fabioli. Patrzyła na mnie poważnie, jak na dorosłą.

– Mamo, dlaczego tata nie wrócił? – zapytała cicho.

– Bo tata musi pomieszkać gdzie indziej. Ale pamiętaj, on zawsze będzie cię kochał.

– Czy to przez to, że się kłóciliście? – dopytywała.

Przytuliłam ją mocno.

Podjęłam decyzję

Następnego dnia poszłam do szkoły. Chciałam zabrać Fabiolę, odciąć ją od tego miejsca, od wszystkiego, co pachniało zdradą. W sekretariacie poprosiłam o rozmowę z dyrektorką.

– Rozumiem pani decyzję – powiedziała chłodno. – Wypisanie dziecka to formalność, proszę tylko podpisać te dokumenty.

Drżącą ręką złożyłam podpis. Miałam wrażenie, że właśnie odcinam kawałek mojego życia. Nigdy wcześniej nie czułam się tak samotna.

Pierwsze dni bez Mikołaja ciągnęły się jak tygodnie. Wszystko było inaczej. Kiedyś wracał z pracy, rzucał torbę w przedpokoju, zdejmował marynarkę i całował Fabiolę w czoło. Teraz w mieszkaniu panowała cisza. Nawet zegar tykał jakby głośniej. Starałam się trzymać rytmu dnia, żeby córka nie poczuła chaosu, ale wewnątrz mnie wszystko się rozsypywało.

Wciąż wracało pytanie: czy powinnam była to przewidzieć? Czy znaki były wcześniej, a ja ich nie chciałam dostrzec? Czasem wydawało mi się, że byłam ślepa z własnej naiwności.

Zostałyśmy same

Kilka dni później spotkałam go przypadkiem w sklepie. Stał przy półce z pieczywem, opierał się niedbale o wózek. Wyglądał spokojniej, może nawet szczęśliwiej.

– Cześć – powiedziałam oschle.

– Natalia… – uniósł wzrok. – Jak Fabiola?

– Dobrze – odpowiedziałam krótko. – Radzi sobie.

– To najważniejsze – mruknął, jakby chciał zakończyć temat.

Nie zapytał, jak ja się czuję, nie zaproponował rozmowy. Po prostu popchnął wózek i odszedł w stronę kas, zostawiając mnie z poczuciem, że jestem przezroczysta.

Wróciłam do domu i rozpłakałam się, skulona na kanapie. Nie chciałam litości, nie chciałam pytań, ale ten widok jego twarzy bez cienia winy bolał bardziej niż wszystkie nasze kłótnie.

Nie miałam planu, nie miałam jeszcze nadziei, ale miałam córkę, dla której musiałam się pozbierać. I po raz pierwszy od dawna poczułam, że mogę odzyskać kontrolę. Nie wybaczyłam Mikołajowi i pewnie nigdy nie wybaczę, ale dziś wystarczy, że stoję i trzymam się prosto.

Natalia, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama