Reklama

Mój mąż od dawna nie przypominał tego, któremu kiedyś ślubowałam "tak". Karmiłam się myślą, że te wyciągnięte dresy, nieświeży oddech i wieczne narzekanie to cena, jaką płacimy za jego sukcesy zawodowe i ciężką harówkę na nasz kredyt. Byłam dumną żoną, która znosi humory i brudne skarpetki, bo przecież on tak ciężko pracuje. Aż do dnia, w którym dotarło do mnie, że dla niego nie jestem po prostu warta najmniejszego wysiłku.

Przecież to tylko dom

Pamiętam czasy, kiedy Wojtek pachniał wiatrem i dobrą wodą po goleniu. To było dawno, jeszcze przed ślubem, a może krótko po nim. Od dobrych trzech, może czterech lat, zapach mojego męża kojarzył mi się głównie z czymś kwaśnym, dusznym, z zapachem niedopranego materiału i odgrzewanego obiadu. Nasze popołudnia wyglądały bliźniaczo podobnie i zlewały się w jedną, burą masę.

Wojtek wracał z biura około siedemnastej. Zazwyczaj słyszałam go już na klatce schodowej, bo szurał nogami, jakby każdy krok sprawiał mu fizyczny ból. Otwierały się drzwi, a do przedpokoju wlewał się cień człowieka. Rzucał teczkę w kąt, buty lądowały gdziekolwiek, a on, bez słowa powitania, kierował się prosto do sypialni, żeby zrzucić garnitur. Pięć minut później wychodził już w swojej domowej zbroi: popielatych spodniach dresowych z wypchanymi kolanami i podkoszulku, który lata świetności miał za sobą w poprzedniej dekadzie.

Zawsze pytałam o to samo. Jak było w pracy? Czy jest głodny? W odpowiedzi słyszałam zazwyczaj mruknięcia. Że szef to idiota, że klienci są roszczeniowi, że klimatyzacja huczy, że boli go głowa. Siadał przed telewizorem, wyciągał nogi na stolik kawowy i zastygał. Kiedy podawałam obiad, jadł go łapczywie, rzadko używając serwetki, czasem brudząc ten swój nieszczęsny podkoszulek sosem, co kwitował machnięciem ręki. Przecież to tylko dom. Tu nikt nie patrzy.

Współczułam mu. Naprawdę mu współczułam. Widziałam w nim ofiarę korporacyjnego wyścigu szczurów. Sama pracowałam w bibliotece, w ciszy i spokoju, więc wydawało mi się, że jego świat wielkich finansów i sprzedaży musi wysysać z człowieka wszelkie soki witalne. Dlatego nie marudziłam, gdy w weekendy nie golił się, twierdząc, że jego skóra musi odpocząć. Nie robiłam awantur, gdy jego włosy były tłuste, bo mówił, że jest zbyt wyczerpany, by stać pod prysznicem dłużej niż minutę. Brałam to wszystko na siebie, wierząc, że tworzę mu bezpieczną przystań.

Moja przyjaciółka, Beata, była pierwszą osobą, która zasiała we mnie ziarno niepewności, choć wtedy uznałam jej słowa za zwykłą złośliwość. Beata wpadła do nas pewnego sobotniego popołudnia bez zapowiedzi. Wojtek, jak zwykle, leżał na kanapie w salonie. Nie wstał nawet, by się przywitać. Miał na sobie te same spodnie co zawsze, a na stopach dziurawe skarpety. Wokół niego walały się opakowania po chrupkach. Kiedy siedziałyśmy w kuchni z kawą, Beata spojrzała na mnie badawczo.

– Twój mąż wygląda albo na bardzo zmęczonego, albo na takiego, który przestał cię szanować.

Oburzyłam się. Tłumaczyłam go zawzięcie.

– Dlaczego tak mówisz? Wiesz, jaką stresującą ma pracę, jaka to odpowiedzialność. A przecież dom to miejsce, gdzie człowiek ma prawo odpuścić.

Beata pokręciła tylko głową i powiedziała coś, co wtedy puściłam mimo uszu.

– Oj Sylwia, żebyś później nie płakała. Pewnych rzeczy nie widzi się pod nosem – mruknęła.

Nie chciałam jej słuchać, ale jednak ziarno zostało zasiane. Zaczęłam dostrzegać drobiazgi. W domu zawsze wyglądał jak fleja, potrafił chodzić przy mnie z kilkudniowym zarostem. Nawet jeśli wychodziliśmy razem na spacer czy randkę, zarzucał na siebie byle co. Ale kiedy miał jakieś spotkania czy to w pracy czy ze znajomymi, stroił się chyba ze 2 czy 3 godziny, układał włosy na żel i sięgał po luksusowe perfumy.

Czułam się tu trochę obco

To był wtorek. Pamiętam ten dzień doskonale, bo od rana lał deszcz, a ja miałam wolne w bibliotece z powodu inwentaryzacji. Wojtek wyszedł jak zwykle, narzekając na pogodę, na to, że musi jechać na ważne spotkanie z kluczowym klientem. Około godziny jedenastej zadzwonił telefon stacjonarny. To był on. Głos miał napięty, zdenerwowany. Okazało się, że zostawił na szafce w przedpokoju granatową teczkę z umowami. Były absolutnie niezbędne na spotkanie o trzynastej. Błagał, żebym mu je przywiozła do biura. Nie mogłam odmówić. Czułam się potrzebna, jak dobra żona ratująca męża.

Wsiadłam w samochód. Przejazd przez zatłoczone miasto zajął mi prawie godzinę. Deszcz bębnił o szyby, a ja wyobrażałam sobie, jak bardzo zestresowany musi być Wojtek. Biedny, zapracowany człowiek, pewnie siedzi teraz przy biurku i obgryza paznokcie ze zdenerwowania Jego firma mieściła się w nowoczesnym szklanym wieżowcu w centrum. Nigdy tam wcześniej nie byłam – Wojtek zawsze twierdził, że nie ma sensu, bym tam przyjeżdżała, bo on i tak nie ma czasu na przerwy, a ochrona robi problemy z wejściem osób postronnych. Tym razem miałam jednak misję.

Wjechałam windą na oszklone piętro. Recepcjonistka, młoda dziewczyna o nienagannym makijażu, uśmiechnęła się do mnie szeroko. Kiedy powiedziałam, że jestem żoną pana Wojciecha i mam dla niego dokumenty, jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. Powiedziała, że pan Wojtek właśnie ma przerwę na lunch w kantynie na tym samym piętrze i że mogę tam podejść, bo właśnie tamtędy przechodził. Skierowałam się we wskazaną stronę. Zapach w biurze był oszałamiający – mieszanka drogiej kawy, perfum i nowoczesności. Czułam się tu trochę obco w moim przeciwdeszczowym płaszczu.

Wojtek to dusza towarzystwa

Weszłam do przestronnej, jasnej sali pełnej stolików. Było gwarno, ludzie śmiali się, rozmawiali. Przez chwilę błądziłam wzrokiem, szukając sylwetki mojego męża, tego zmęczonego człowieka, którego znałam z domu. Nie widziałam go. I wtedy usłyszałam śmiech. Głośny, serdeczny, głęboki śmiech, jakiego nie słyszałam w moim domu od lat. Odwróciłam się w tamtą stronę. Przy stoliku pod oknem, w otoczeniu trzech kobiet i dwóch mężczyzn, siedział on. Ale to nie był ten Wojtek, który mieszkał ze mną pod jednym dachem.

Mężczyzna, na którego patrzyłam, siedział pewny siebie, wyprostowany jak struna. Jego marynarka leżała nienagannie, włosy były idealnie ułożone, lśniły od żelu. Patrzyłam, jak mój mąż gestykuluje żywo, opowiadając jakąś historię. Jego oczy błyszczały. Nie było w nich śladu zmęczenia. Wyglądał na szczęśliwego, że jest w centrum uwagi. Podeszła do nich kelnerka. Wojtek uśmiechnął się do niej szarmancko, powiedział coś, co sprawiło, że zachichotała. Potem odwrócił się do koleżanki siedzącej obok i z wielką gracją nalał jej wody do szklanki. Jego ruchy były płynne, energiczne. Gdzie podział się ten człowiek, który w domu nie miał siły podnieść kubka z herbatą ze stolika?

Poczułam ukłucie w sercu, ale to nie była zazdrość o inną kobietę. To było coś gorszego. To było poczucie zdrady emocjonalnej. Zdałam sobie sprawę, że on ma energię. Ma humor. Ma charyzmę. I dba o siebie. Tylko że to wszystko rezerwuje dla obcych ludzi. Dla klientów, dla kolegów z pracy, dla pani z recepcji. A dla mnie? Dla mnie zostawia te resztki, te fusy na dnie kubka. Podeszłam bliżej. Serce waliło mi jak młot. W końcu mnie zauważył. Jego wzrok spotkał się z moim.

— Sylwia! — zawołał, wstając. — Kochanie, uratowałaś mi życie.

Podszedł do mnie i pocałował w policzek. Poczułam zapach. To nie był zapach potu. To były drogie, korzenne perfumy. Te same, które kupiłam mu dwa lata temu na gwiazdkę. Miał je na sobie. Pachniał jak milion dolarów.

— Masz te dokumenty? — zapytał, biorąc teczkę z moich rąk. — Przepraszam cię, tu jest taki młyn, nie mam nawet chwili, żeby zjeść w spokoju, widzisz, omawiamy strategię… — wskazał ręką na roześmiane towarzystwo, które wcale nie wyglądało, jakby omawiało strategię, a raczej plany na weekend.

Jego koleżanka, ta, której nalewał wodę, wstała i podeszła do nas.

— O, to jest ta słynna Sylwia! Wojtek tyle o tobie opowiadał. Że robisz najlepsze pierogi na świecie. Miło cię poznać. Wojtek to dusza towarzystwa.

Patrzyłam na nią, potem na niego. Dusza towarzystwa.

— Muszę lecieć — powiedziałam cicho, czując, jak w gardle rośnie mi gula. — Nie będę wam przeszkadzać w… strategii.

Wojtek odprowadził mnie do windy. Gdy tylko odeszliśmy od stolika, jego krok stał się cięższy, a twarz przybrała wyraz cierpiętnika.

— Straszny dzień, kochanie. Naprawdę, ledwo stoję na nogach. Dziękuję za te papiery. Wrócę późno, nie czekaj z kolacją.

Drzwi windy zamknęły się, odcinając mnie od tego pięknego, pachnącego świata, w którym mój mąż był królem życia. Zjechałam na dół, wsiadłam do samochodu i rozpłakałam się.

Tu nie ma sensu się starać

Tego wieczoru nie zrobiłam kolacji. Nie posprzątałam w salonie. Usiadłam w fotelu z książką, ubrałam się w ładną sukienkę, umalowałam się i czekałam. Wrócił po dziewiętnastej. Scenariusz był identyczny jak zawsze. Szuranie nogami, ciężki oddech na wejściu. Wszedł do salonu już przebrany w te swoje ohydne, poplamione dresy. Nawet nie zauważył, że wyglądam inaczej. Nie zauważył mojej sukienki.

— Co za dzień — jęknął, rzucając się na kanapę. — Myślałem, że nie wyrobię. Głowa mi pęka.

Zamilkłam. Patrzyłam na niego.

— A jak spotkanie? — zapytałam spokojnie.

— Koszmar. Klient trudny, marudny. Wszyscy byliśmy wykończeni.

Wstałam powoli.

— Dziwne — powiedziałam. — Bo kiedy widziałam cię w południe, wyglądałeś na najbardziej wypoczętego człowieka w Warszawie. Śmiałeś się. Byłeś energiczny. Obskakiwałeś koleżanki. Byłeś zadbany. A potem wracasz tutaj, zdejmujesz ten kostium superbohatera i zamieniasz się w… w to coś. W gnuśnego, marudzącego lenia.

Wojtek prychnął i machnął ręką, jakby odganiał muchę.

— Przesadzasz. W pracy muszę grać. Muszę być "on". Tutaj chcę odpocząć.

— Odpocząć? — mój głos zadrżał. — Wojtek, ty nie odpoczywasz. Ty się zapuszczasz. Traktujesz ten dom jak śmietnik, do którego wrzucasz swoje gorsze "ja". Dlaczego twoi koledzy z pracy zasługują na to, żeby widzieć cię zadbanego, pachnącego i dowcipnego, a ja, twoja żona, dostaję tylko brudne gacie i narzekanie?

Wtedy padły te słowa. Słowa, które zmieniły wszystko. Wojtek spojrzał na mnie z irytacją, jakby tłumaczył dziecku coś oczywistego.

— Bo tutaj nie ma sensu się starać, Sylwia. Jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat. Kogo mam tu czarować? Ciebie? Przecież mnie znasz. Tu mogę być sobą. Tam mi płacą za wyglądanie, a tu… tu jest po prostu dom.

Zapadła cisza. Jego słowa nie mogły mi wyjść z głowy "Tu nie ma sensu się starać". "Tu jest po prostu dom".

Bo jest sens się starać. Zawsze

Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Więc tym byłam dla niego. Odbiornikiem jego najgorszej wersji. Miejscem, gdzie nie trzeba się myć, nie trzeba się uśmiechać, nie trzeba być miłym. Jego "bycie sobą" oznaczało brak szacunku do mnie i do naszej wspólnej przestrzeni. Wstałam i podeszłam do okna. Patrzyłam na światła miasta.

— Wiesz co, Wojtek? — powiedziałam cicho, nie odwracając się. — Skoro w domu nie ma sensu się starać, to może ten dom nie ma sensu.

— Nie zaczynaj dramatu — mruknął, włączając telewizor. — Jestem zmęczony. Pogadamy jutro.

Ale ja już nie chciałam rozmawiać jutro. Poszłam do sypialni, wyjęłam walizkę i zaczęłam się pakować. Nie jego rzeczy. Moje. Kiedy wszedł do sypialni pół godziny później, szukając ładowarki, i zobaczył otwartą szafę, zbladł.

— Co ty robisz?

— Staram się — odpowiedziałam, zapinając zamek walizki. — Staram się o siebie. Bo przy tobie też przestałam. Uwierzyłam, że życie polega na wegetacji przed telewizorem. Ale dzisiaj zobaczyłam, że ty potrafisz żyć inaczej. Tylko nie ze mną.

— Sylwia, przestań, to tylko gorszy dzień… — zaczął, podchodząc do mnie, ale cofnęłam się.

— Nie, Wojtek. To nie jest gorszy dzień. To jest twoje życie. Masz dwa życia. Jedno kolorowe, pachnące i pełne energii dla obcych ludzi. I drugie – szare, brudne i smutne dla mnie.

Wyszłam z domu tej nocy. Pojechałam do Beaty. Nie wiem, czy to koniec naszego małżeństwa na zawsze. Wojtek dzwoni, przysyła kwiaty, obiecuje poprawę. Mówi, że zacznie się "starać" również w domu. Ale ja nie wiem, czy chcę, żeby ktoś się dla mnie "starał" z przymusu. Zobaczyłam prawdę. Zobaczyłam, że jego brak higieny i ogłady w domu to nie wynik zmęczenia, ale wyboru. Świadomego wyboru, że ja nie zasługuję na tę lepszą wersję. Teraz, kiedy siedzę w małym wynajętym pokoju, piję kawę i patrzę w lustro, widzę kobietę, która też przestała o siebie dbać, by dopasować się do męża. I wiecie co? Właśnie umalowałam usta czerwoną szminką. Tak po prostu. Dla siebie. Bo jest sens się starać. Zawsze.

Sylwia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama