Reklama

Są takie dni, kiedy od rana do wieczora nie mam chwili dla siebie. Praca, zakupy, dzieci, obiad, pranie, a potem jeszcze rachunki, szkoła i znowu kolacja. Mój mąż? On potrafił przesiedzieć cały dzień w fotelu, z pilotem w jednej ręce i telefonem w drugiej. Kiedyś myślałam, że to się zmieni. Że to tylko etap, chwilowe zmęczenie. Ale ten etap trwał już piąty rok, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że nie czuję już złości – tylko obojętność. A może coś gorszego – rozczarowanie.

Codzienność na moich barkach

Wstawałam pierwsza. Zanim w kuchni zaczęło pachnieć kawą, miałam już za sobą ścielenie łóżek, szykowanie śniadań i sprawdzanie planu lekcji dzieci. W międzyczasie mąż przekręcał się na drugi bok i mamrotał przez sen coś o tym, że jeszcze pięć minut. W ciągu dnia pracowałam zdalnie, więc oprócz swojej etatowej pracy, ogarniałam też mieszkanie. Kurier? Oczywiście do mnie. Zebranie w szkole? Kto inny, jak nie ja.

Czasami, kiedy zasuwałam z mopem po całym mieszkaniu, zerkałam do salonu. On siedział. Po prostu siedział. Nogi na pufie, kanapowy koc na kolanach, pilot w ręce, a wzrok utkwiony w ekranie. Czasem zerkał na mnie i rzucał:

– Kochanie, może byś usiadła na chwilę? Przecież nie musisz teraz sprzątać.

– A kto to niby zrobi? Wróżka? – odpowiadałam sarkastycznie, ale on tylko wzruszał ramionami i znowu wbijał wzrok w telewizor.

Wieczorami czułam się, jakby ktoś wypompował ze mnie powietrze. Padałam na łóżko z poczuciem, że każdy dzień wygląda dokładnie tak samo. Jednostajnie. Bez szansy na zmianę. Czasami łudziłam się, że zauważy, jak bardzo jestem zmęczona. Ale nie zauważał. Albo nie chciał. A ja – choć coraz częściej miałam łzy w oczach – mówiłam sobie, że to tylko chwilowe. Że jakoś się ułoży.

Pilot ważniejszy niż żona

Sobota rano. W idealnym świecie to dzień, w którym rodzina robi coś razem, może porządki, może spacer. W naszym – on siedział w fotelu, a ja szorowałam łazienkę. Z założenia mieliśmy posprzątać wspólnie. W rzeczywistości usłyszałam tylko:

– Kochanie, zaraz się za to wezmę, tylko skończę ten odcinek.

Minęło piętnaście minut. Potem godzina. Potem całe przedpołudnie.

– Ile można oglądać jeden program? – spytałam, ocierając czoło brudną dłonią.

– Przecież to seria. Daj mi skończyć, zaraz pomogę – odburknął.

Tylko że „zaraz” nigdy nie nadchodziło. Gdy w końcu wyszłam z wiadrem do kuchni, zobaczyłam go rozłożonego jak książkę – z nogą zarzuconą na podłokietnik, popcornem na brzuchu i z taką błogością na twarzy, jakby był w spa.

– Ja też bym chciała tak poleżeć – rzuciłam niby mimochodem.

– To połóż się! Kto ci broni?

– Może to, że jeśli ja się położę, to nikt nie posprząta, nikt nie ugotuje i nikt nie ogarnie życia?

– Oj, przesadzasz. Dramatyzujesz, jak zwykle.

Ten jego ton... obojętny, znużony, jakbym była muchą, która brzęczy mu nad uchem. W tamtym momencie nie chodziło już o to, że nie sprząta. Chodziło o to, że przestał mnie słyszeć. Przestał mnie widzieć.

Ktoś nie zna zmywarki

To był zwykły poniedziałek, ale jak zawsze – pełen nerwów. Dzieci znów nie mogły znaleźć butów, ja szukałam kluczy, a on... siedział. Nawet nie spojrzał znad telefonu. Wróciłam z pracy późnym popołudniem, zmęczona, z siatkami w dłoniach. W kuchni – stos naczyń. Śniadaniowych. Z rana. Nietkniętych.

– Czemu nie włożyłeś ich do zmywarki? – zapytałam, stawiając torby na blacie.

– Bo nie wiedziałem, czy są czyste.

– A nie mogłeś sprawdzić?

– Myślałem, że ty wiesz...

– Aha. Czyli jak ty nie wiesz, to czekasz, aż ja wrócę i ogarnę. Świetnie.

Westchnął ciężko, jakby go to wszystko przerastało. Podszedł do zmywarki, otworzył ją z teatralnym ruchem i spojrzał w środek.

– No są czyste. Ale te z rana już nie wejdą.

– Serio? A umycie ich ręcznie to już wyzwanie ponad siły?

Wzruszył ramionami i wrócił do salonu. Stałam chwilę w kuchni, patrząc na jego plecy. Na ten fotel, który był przedłużeniem jego ciała. Jakby naprawdę zapuszczał tam korzenie. Przestałam mówić. Po prostu wzięłam gąbkę i zaczęłam myć te nieszczęsne talerze. Nie dlatego, że chciałam. Tylko dlatego, że wiedziałam, że nikt inny tego nie zrobi.

A potem znowu – kolacja, dzieci, pranie. A on? Znów w fotelu. Z tym samym pilotem. Jakby czas dla niego płynął zupełnie inaczej. Wolniej. Wygodniej.

Wizyta, która otworzyła mi oczy

To była spontaniczna wizyta. Moja siostra wpadła z mężem i dziećmi na niedzielny obiad. Zazwyczaj się zapowiadała, ale tym razem przyjechali bez uprzedzenia. I może właśnie dlatego wszystko wyszło tak naturalnie – bez czasu na udawanie. On, oczywiście, siedział w fotelu, w dresach, z kubkiem herbaty i bez cienia zakłopotania.

– O, jak u was przytulnie – powiedziała siostra, rozglądając się po salonie. – A co robicie dziś?

– Ja nic – odparł mój mąż z uśmiechem. – Niedziela jest od odpoczynku.

– A moja szwagierka nie ma wolnych niedziel? – rzucił półżartem jej mąż.

– Ona to się z tym lubi bawić – odpowiedział mój, nawet nie patrząc na mnie.

Poczułam, jak zadrżała mi ręka. Stałam w kuchni, mieszając zupę, i nagle zrobiło mi się gorąco. Wyszłam do salonu i z uśmiechem podałam kawę, ale w środku kipiałam. Patrzyłam, jak jej mąż pomaga dzieciom zdejmować kurtki, jak przynosi talerze, jak bierze małą na kolana i tuli. A mój? Jakby go to wszystko nie dotyczyło.

Po obiedzie siostra podeszła do mnie, kiedy zmywałam.

– Ty naprawdę wszystko tu sama ogarniasz?

Wzruszyłam ramionami. Co miałam powiedzieć? Że tak, bo jeśli nie ja, to nikt?

– Jesteś zmęczona – szepnęła. – I to widać.

Pierwszy raz ktoś to powiedział na głos. I pierwszy raz poczułam, że naprawdę mam dość. Nie złości. Nie frustracji. Dość – tej samotności w duecie.

Sprawiedliwość po mojemu

Od tamtej niedzieli coś we mnie pękło. Po prostu przestałam. Przestałam robić wszystko. Nie z przekory. Z rozsądku. Wracałam z pracy i siadałam. Patrzyłam, jak dzieci same rozpakowują plecaki, jak w kuchni piętrzą się naczynia, jak w koszu zalega pranie. I nic nie mówiłam.

Pierwszego dnia był zdziwiony. Drugiego – zniecierpliwiony. Trzeciego – zirytowany.

– Czemu nie ma obiadu? – zapytał, zaglądając do lodówki.

– Nie miałam czasu.

– Ale przecież ty wracasz wcześniej.

– No i?

– Przecież zawsze gotujesz.

– Zawsze, ale nie dziś.

Westchnął ciężko i zamówił pizzę. Dzieci były zachwycone, ale jemu mina zrzedła, gdy zobaczył cenę. Potem zaczął pytać, czemu brudne rzeczy nie są uprane. Czemu nie ma czystych skarpetek. Czemu dzieci jadły na śniadanie suchy chleb.

– A co ja? – burknął. – Mam wszystko sam robić?

– A ja miałam?

Długo milczał. Patrzył na mnie jak na kogoś zupełnie obcego. Ale nie ruszyłam się. Siedziałam na kanapie, pierwszy raz z książką w ręce i gorącą herbatą, która nie zdążyła wystygnąć. I pierwszy raz poczułam, że mam prawo. Do zmęczenia. Do nicnierobienia. Do odpoczynku. Jak on.

Lepsze to niż wieczne „zaraz”

Minął tydzień. Moje milczenie wciąż trwało. On próbował coś robić – raz nawet umył podłogę, ale bardziej z nieporadnością niż zaangażowaniem. Nie komentowałam. Nie poprawiałam. Nie chwaliłam. Patrzyłam z dystansu, jakby to nie był mój dom, tylko jakiś film, który oglądam z boku.

Wieczorem usiadł obok mnie. Bez pilota. Bez telefonu. Po prostu – usiadł.

– Wiem, że przesadziłem. Że cię zawiodłem – powiedział cicho.

Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu nie miałam już siły rozmawiać. Tyle razy mówiłam, tłumaczyłam, prosiłam. Teraz byłam już tylko zmęczona. I spokojna. W tej ciszy było coś kojącego. Prawdziwego.

– Mogę coś poprawić?

– Nie wiem. Ale możesz spróbować.

Nie rzuciłam się w ramiona. Po prostu wstałam, poszłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Zostawiłam go w ciszy. Nie jako karę. Jako odpowiedź. Bo czasem najgłośniejszym krzykiem jest właśnie milczenie.

Od tamtej pory bywało różnie. Nie zmienił się nagle w rycerza ze zmywarką. Ale zaczął się starać. Powoli. Niezgrabnie. Jak ktoś, kto uczy się chodzić. A ja? Uczę się nie brać wszystkiego na siebie. Uczę się odpoczywać. Uczę się mówić „nie”. I choć sprawiedliwości dalej nie ma, to przynajmniej jest odrobina spokoju.

Ewa, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama