„Mąż dał mi na walentynki kule do kąpieli, choć nawet nie mamy wanny. Za ignorancję będzie pokutował do Wielkanocy”
„Kule do kąpieli od męża na walentynki to nie był tylko nietrafiony prezent. To było bolesne zrozumienie, jak łatwo można przestać być zauważaną w małżeństwie. Jeden drobiazg sprawił, że zaczęłam inaczej patrzeć na nas i na siebie”.

- Redakcja
Walentynki zawsze wydawały mi się dniem umownym, bardziej symbolem niż realnym sprawdzianem uczuć. A jednak tamtego poranka poczułam napięcie, jakby coś wisiało w powietrzu. Nie spodziewałam się wielkich gestów, raczej potwierdzenia, że jesteśmy dla siebie ważni. Jeden drobny moment sprawił jednak, że zaczęłam patrzeć na swoje małżeństwo inaczej, niż kiedykolwiek wcześniej.
„To przecież drobiazg”
Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Za oknem było jeszcze szaro, a w mieszkaniu panowała ta specyficzna cisza poranka, zanim dzień na dobre się rozpędzi. Tobiasz krzątał się w kuchni, słyszałam stłumiony dźwięk ekspresu i szelest papieru. Przez chwilę poczułam coś na kształt ciepła. Pomyślałam, że może dziś będzie inaczej. Że ten jeden dzień wyrwie nas z rutyny.
Kiedy wyszłam z sypialni, uśmiechnął się do mnie krótko, jakby odhaczył ważny punkt.
– Wszystkiego dobrego – powiedział, podając mi niewielką torbę.
Była lekka, pachniała czymś słodkim. Wzięłam ją ostrożnie, jakby w środku było coś kruchego. Zajrzałam do środka. Kolorowe opakowanie, pastelowe barwy, obietnice relaksu wypisane drobnym drukiem.
– Ojej, dziękuję – odpowiedziałam szybko, zanim zdążyłam pomyśleć.
Kule do kąpieli. Kilka sztuk, starannie ułożonych, każda w innym kolorze. Tobiasz patrzył na mnie z wyczekiwaniem, więc uniosłam kąciki ust jeszcze wyżej. Przez głowę przemknęła mi myśl, że przecież liczy się gest. Że nie powinnam być drobiazgowa. Że inni mają gorzej.
– Wiem, że lubisz takie rzeczy – dodał, nalewając sobie kawy.
Skinęłam głową, choć poczułam lekki ucisk w żołądku. Lubiłam. Kiedyś. W poprzednim mieszkaniu, z wanną, do której mogłam się zanurzyć po długim dniu. Teraz mieliśmy tylko prysznic, ale tę myśl natychmiast odsunęłam. Przecież nie chodziło o techniczne szczegóły.
Usiedliśmy przy stole. Tobiasz zerknął w telefon, ja obracałam opakowanie w dłoniach, czytając opisy zapachów, jakbym naprawdę miała z nich skorzystać. W środku odezwał się cichy głos, pytający, czy on naprawdę tego nie zauważył.
– Fajne – powiedziałam w końcu. – Naprawdę.
Nie chciałam psuć poranka. Nie chciałam być tą, która marudzi, która wyciąga wnioski z byle czego. Przez lata nauczyłam się obniżać poprzeczkę tak nisko, że prawie jej nie widziałam. To przecież drobiazg – powtarzałam sobie, popijając kawę, która tego dnia smakowała jakoś inaczej.
To nie była jednorazowa gafa
Tobiasz wyszedł do pracy, zamykając za sobą drzwi z tym samym pośpiechem co zwykle. Położyłam torbę z prezentem na pralce. Łazienka była mała, funkcjonalna, dokładnie taka, jaką Tobiasz lubił najbardziej. Kabina prysznicowa z przezroczystą szybą, wąska półka na kosmetyki, żadnych zbędnych dodatków. Wannę oddaliśmy bez żalu, kiedy się wprowadzaliśmy. Przynajmniej on oddał. Ja wtedy wzruszyłam ramionami, mówiąc, że przecież nie będę leżeć godzinami w wodzie. Kłamałam, ale nawet przed sobą.
Wyjęłam jedną kulę z opakowania. Intensywnie pachniała. Obracałam ją w palcach, stojąc naprzeciw kabiny prysznicowej. Absurd tej sytuacji uderzył mnie nagle z całą mocą. Nie było tu miejsca na ten prezent. Tak jak coraz częściej nie było miejsca na mnie.
Oparłam się o umywalkę i poczułam, jak coś we mnie pęka. Najpierw cicho, prawie niezauważalnie. Przypomniałam sobie, jak mówiłam Tobiaszowi, że nie lubię poranków w biegu. Jak wspominałam, że prysznic to konieczność, nie przyjemność. Jak opowiadałam przyjaciółce, że czasem tęsknię za drobiazgami, które sprawiały, że czułam się zaopiekowana. Tobiasz był wtedy obok, słuchał jednym uchem, odpowiadał zdawkowo.
Położyłam kulę na brzegu umywalki, jak dowód w jakiejś cichej sprawie. To nie była pomyłka jednego dnia. To było podsumowanie wielu lat, w których moje słowa gdzieś ginęły. W których ja sama uczyłam się mówić mniej, prosić ciszej, nie oczekiwać. Poczułam złość, ale też smutek. Zrozumiałam, że nie chodzi o łazienkę ani o brak wanny. Chodziło o to, że Tobiasz nie był uważny.
Dla niego to tylko przewrażliwienie
Rozmawialiśmy wieczorem, choć długo zbierałam się w sobie, żeby w ogóle zacząć. Tobiasz siedział na kanapie z laptopem na kolanach, ekran odbijał mu się w okularach. Ja krążyłam po pokoju, udając, że sprzątam, jakby od tego zależało, czy moje słowa będą miały sens.
W końcu usiadłam naprzeciwko niego i powiedziałam, że poczułam się dziwnie z tym prezentem. Starałam się mówić spokojnie, bez oskarżeń. Tłumaczyłam, że nie chodzi o przedmiot, tylko o wrażenie, że nie do końca mnie zna. Że to zabolało bardziej, niż się spodziewałam.
Tobiasz spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby próbował zrozumieć, o co robię zamieszanie. W jego słowach pojawiło się zdziwienie, potem irytacja. Usłyszałam, że przesadzam, że zawsze wszystko analizuję, że to miał być miły gest. Że zamiast się cieszyć, szukam problemów tam, gdzie ich nie ma.
Im więcej mówił, tym bardziej miałam wrażenie, że rozmijamy się kompletnie. Ja mówiłam o uczuciach, on odpowiadał logicznymi argumentami. Ja próbowałam opisać pustkę, on sprowadzał ją do nieporozumienia. W pewnym momencie poczułam, że moje zdania brzmią coraz ciszej, jakbym się wycofywała.
Zauważyłam, że zaczynam go przepraszać. Za ton, za moment, za swoje emocje. Za to, że w ogóle coś poczułam. Tobiasz wrócił wzrokiem do ekranu, jakby sprawa została zamknięta. Dla niego to była krótka wymiana zdań. Dla mnie kolejny dowód, że kiedy próbuję być szczera, zostaję sama z tym, co mówię. Kiedy poszłam do sypialni, poczułam ogromne zmęczenie. Nie kłótnia mnie wyczerpała, tylko świadomość, że znów nic się nie zmieniło. Że powiedziałam wszystko, co potrafiłam, a i tak nie trafiło do celu.
To historia o byciu niewidzialną
Z Kaliną, moją przyjaciółką, spotkałam się dwa dni później. Usiadłyśmy w małej kawiarni, do której chodziłyśmy jeszcze na studiach. Nic się w niej nie zmieniło, tylko my miałyśmy więcej zmarszczek i mniej złudzeń. Kalina spojrzała na mnie uważnie już przy powitaniu, jakby coś wyczytała z mojego sposobu poruszania się.
– Co się dzieje? – zapytała cicho, kiedy kelnerka odeszła od stolika.
Zaczęłam od walentynek, od prezentu, mówiąc o tym z lekkim uśmiechem, jakby to była anegdota. Słowa same układały się w zdania, które miały umniejszyć problem. Kalina słuchała bez przerywania. Nie kiwała głową ze zrozumieniem, nie wtrącała rad. To było gorsze, bo zmuszało mnie do mówienia dalej. Opowiedziałam też o rozmowie z Tobiaszem, o tym, jak próbowałam wyjaśnić, co czuję, i jak szybko zostało to sprowadzone do mojego przewrażliwienia. Gdy skończyłam, zapadła chwila ciszy.
– A kiedy ostatnio poczułaś, że on naprawdę jest ciekawy ciebie? – zapytała w końcu.
To pytanie zatrzymało mnie na dobre. Przebiegłam myślami ostatnie miesiące, potem lata. Szukałam konkretnego momentu, ale zamiast niego pojawiło się uczucie pustki. Kalina nie naciskała, tylko patrzyła na mnie spokojnie.
– Wiesz, to nie brzmi jak historia o kulach do kąpieli – dodała. – To brzmi jak historia o byciu niewidzialną.
Poczułam, jak oczy zaczynają mnie piec. Nikt wcześniej nie nazwał tego tak prosto. Uświadomiłam sobie, że zawsze opowiadałam o Tobiaszu, tłumacząc go przed innymi. Teraz po raz pierwszy ktoś nie próbował go usprawiedliwiać. I co gorsza, miała rację.
Wyszłam z kawiarni z ciężkim sercem, ale też z czymś nowym. Z myślą, że może nie jestem przewrażliwiona. Może to, co czuję, jest realne. I może to nie był pojedynczy błąd, tylko wzorzec, którego wcześniej nie chciałam zobaczyć.
„Małżeństwo to nie bajka, a faceci tacy są”
Do mamy pojechałam w niedzielę. Nie planowałam tej wizyty, po prostu któregoś ranka obudziłam się z myślą, że muszę ją zobaczyć. Jakby rozmowa z nią mogła mi coś uporządkować. Albo przeciwnie – utwierdzić w tym, co znałam od zawsze.
Przyjęła mnie jak zwykle. Ciepły obiad, pytania o pracę, o Tobiasza, wypowiadane jednym tchem, bez czekania na odpowiedź. Siedziałyśmy przy stole, a ja mieszałam łyżką w talerzu, zbierając się w sobie. Powiedziałam jej o walentynkach. O prezencie. O rozmowie, która mnie bardziej zabolała niż sam gest. Starałam się nie brzmieć jak ktoś, kto szuka współczucia. Chciałam tylko powiedzieć na głos to, co we mnie rosło.
Mama westchnęła i spojrzała na mnie z tym swoim znajomym wyrazem twarzy, w którym było jednocześnie zmęczenie i pobłażliwość.
– Iga, małżeństwo to nie bajka – odpowiedziała spokojnie. – Mężczyźni tacy są. Trzeba czasem odpuścić, nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze.
Poczułam, jak coś we mnie się napina. Słyszałam te zdania całe życie. Że lepiej przemilczeć. Że ważne, żeby był spokój. Że nie można ciągle chcieć więcej, bo można stracić to, co się ma.
– A jeśli to boli? – zapytałam ciszej, niż planowałam.
Mama wzruszyła ramionami. Powiedziała, że ból mija, że każdy związek tak wygląda, że ona też miała swoje rozczarowania. W jej głosie nie było złości. Była rezygnacja, która nagle wydała mi się strasznie ciężka.
Wracając do domu, zrozumiałam, że przez lata brałam jej sposób myślenia za normę. Uczyłam się, że moje potrzeby są czymś, co można odłożyć na później. Albo w ogóle. I nagle dotarło do mnie, że to „później” nigdy nie nadchodzi. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może nie chcę powtarzać tej lekcji. Nawet jeśli nie wiedziałam jeszcze, co zrobię dalej.
Wcale nie oczekuję za dużo
Zostałam w łazience długo po tym, jak zamknęłam za sobą drzwi mieszkania. Stałam boso na chłodnych płytkach i patrzyłam na kabinę prysznicową, jakby miała mi coś jeszcze powiedzieć. Na pralce leżał walentynkowy prezent. Ten sam, który kilka dni wcześniej próbowałam obrócić w żart, w drobiazg bez znaczenia.
Wzięłam do ręki jedną kulę. Była nadal nienaruszona, pachniała obietnicą chwili, która nigdy nie miała nadejść. I wtedy dotarło do mnie z całą jasnością, że to nie była pomyłka. Tobiasz nie zapomniał, że nie mamy wanny. On po prostu nie pomyślał o mnie. O mojej codzienności, o tym, co mówię, czego potrzebuję, jak żyję obok niego.
Najbardziej bolało uświadomienie sobie, jak długo sama to usprawiedliwiałam. Jak często mówiłam sobie, że przesadzam, że oczekuję za dużo, że tak wygląda dorosłe życie. Ten prezent był tylko pierwszym momentem, w którym nie dało się już udawać, że wszystko gra.
Nie podjęłam wtedy żadnej wielkiej decyzji. Nie spakowałam walizki, nie urządziłam dramatycznej rozmowy. Zrobiłam coś znacznie trudniejszego. Pozwoliłam sobie pomyśleć, że moje uczucia są ważne. Że obojętność potrafi ranić bardziej niż brak idealnych gestów.
Odłożyłam kulę z powrotem do opakowania. Wiedziałam jedno: zestaw, który „sprawdza się zawsze”, już nigdy nie będzie dla mnie niewinnym prezentem. Stał się dowodem na to, że jeśli chcę być widziana, nie mogę dłużej znikać sama przed sobą.
Iga, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzinnymi siłami chcieliśmy zafundować babci nową łazienkę. Przez to, co zrobiła kuzynka, seniorka płacze po nocach”
- „Wredna sąsiadka miała dla mnie niespodziankę na walentynki. Wyjaśniła mi ochoczo, co mój mąż robił w tanim hotelu”
- „W ferie mój mąż nie wypuszczał z rąk telefonu. W końcu odkryłam, komu tak ochoczo wysyła swoje zdjęcia z gór”