„Mąż marudził, bo gotowałam inaczej niż jego matka. Szybko dałam mu bilet w 1 stronę prosto do kuchni teściowe”
„Minął tydzień. Nie zadzwonił. Po prostu się ulotnił. A ja? Początkowo miałam ochotę zadzwonić, nakrzyczeć, wylać wszystko, co się we mnie gotowało. A potem… przyszła ulga”.

- Redakcja
Nie byłam jedną z tych dziewczyn, które marzą o ślubie od dzieciństwa. To nigdy nie było moją bajką. Długo byłam przekonana, że wolę mieć koty niż męża. A potem pojawił się on. Niby zwyczajny, a jednak jakoś sprawił, że przestałam się bać słowa „razem”. Przez pierwszy rok naszego małżeństwa wydawało mi się, że wszystko gra. Kupiliśmy mieszkanie, wzięliśmy kredyt, posadziliśmy dwa kaktusy. Typowa dorosłość. Jednak szybko się okazało, że mój mąż emocjonalnie nie oddalił się za bardzo od rodzinnego fotela, z którego matka podsuwała mu pod nos schabowe, pierogi i kompot z rabarbaru. A ja? Ja miałam inne przepisy. Inne smaki. Inne podejście do życia. Nie podejrzewałam jednak, że różnice kulinarne mogą doprowadzić do czegoś, co znajomi potem żartobliwie nazwali „rozwodem przez rosół”. Tyle że mnie wcale nie było do śmiechu.
Nie smakowała mu moja kuchnia
– Ty to specjalnie robisz? – zapytał mój mąż, patrząc podejrzliwie w talerz.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Przepraszam bardzo, co niby specjalnie robię?
– No… gotujesz takie... dziwne rzeczy. Ta zupa… ona smakuje, jakbyś wsypała tam, nie wiem, trawę cytrynową czy inne wynalazki.
– Bo wsypałam. To zupa z soczewicy z imbirem i trawą cytrynową. Pyszna, zdrowa. Przepis z internetu.
– Ale po co? Przecież można normalnie. Mama zawsze robiła pomidorową na rosole, z ryżem albo makaronem. A nie jakieś... eksperymenty.
– Twoja mama nie wynalazła pomidorowej. To tylko jedna z wielu zup. Chciałam, żebyśmy jedli też coś innego.
– No ale czemu nie może być zwyczajnie? W domu wszystko smakowało, jak trzeba. Tu wszystko jest inne.
– Bo nie jesteśmy w domu twojej mamy. Jesteśmy w naszym domu. I to jest moja kuchnia.
Zamilkł, ale widziałam po minie, że był gotów zaraz coś powiedzieć.
– Chcesz, to sobie ugotuj tę swoją pomidorową – dodałam spokojnie, ale z przekąsem.
– Czyli teraz wszystko na mojej głowie, tak? – rzucił dramatycznie i odsunął talerz. – Może faktycznie trzeba było zostać u mamy.
– Może – odparłam, wstając od stołu. – Tam przynajmniej wiesz, co dostaniesz na obiad.
Nie odpowiedział. Widziałam, że pierwszy raz zaczyna rozważać tę opcję na poważnie.
Byłam na niego zła
Michał przez kilka dni chodził nadąsany. W domu atmosfera zrobiła się gęsta. W sobotę rano, zanim zdążyłam zaparzyć kawę, zadzwonił jego telefon. Znałam ten ton głosu na pamięć.
– Cześć, mamuś… Tak, wszystko w porządku… Nie, nie jestem głodny… Julia coś ugotowała, ale… No, wiesz, nie twoje smaki.
Zerknęłam na niego znad kubka. Nie krył się nawet. Świetnie.
– Tak, pamiętam, jak robiłaś tę karkówkę z morelami… O Jezu, aż mi ślinka cieknie… – rozmarzył się.
– Michał – przerwałam mu spokojnie. – Jak chcesz karkówkę z morelami, to może pojedź do mamy. Nie musisz jej wspominać jakby umarła.
Zamilkł, ale tylko na chwilę.
– Może pojadę – rzucił wyzywająco. – Przynajmniej ktoś tam wie, jak się gotuje.
– Proszę bardzo – odparłam. – I weź walizkę. Będzie ci łatwiej tam zostać.
Trzasnął drzwiami sypialni. Po chwili słyszałam, jak coś pakuje. Nie zatrzymałam go. Nie było sensu.
Ręce mi się trzęsły
Minął tydzień. Nie zadzwonił. Nie zapytał, czy czegoś nie potrzebuję, nie wrócił po ulubioną bluzę, nie zostawił nawet liściku. Po prostu się ulotnił. A ja? Początkowo miałam ochotę zadzwonić, nakrzyczeć, wylać wszystko, co się we mnie gotowało. A potem… przyszła ulga. Sobotnie popołudnie, telefon. Wyświetliło się „teściowa”. Oczywiście.
– Halo?
– Dziecko… Michał u mnie jest, mówił ci? – zaczęła miło, choć coś w jej głosie już mnie irytowało.
– Tak, domyśliłam się, kiedy przestał się odzywać.
– No wiesz, on jest taki zmęczony. Musiał odpocząć, zebrać myśli. Przeciążony, biedaczek. Ja tu go karmię, dbam o niego. Dzisiaj zrobiłam mu jego ulubione naleśniki z twarożkiem.
– No to świetnie, cieszę się jego szczęściem – odpowiedziałam sucho.
–Lubię cię, naprawdę. Jednak kobieta powinna znać potrzeby swojego mężczyzny. Michał od zawsze lubił proste jedzenie.
– Czyli mam się dopasować. Rozumiem. Tylko że nie jestem jego kucharką, tylko żoną.
– Oj, Julia… – westchnęła. – On tęskni. Tylko jest uparty. I głodny. Na duszy też.
– Proszę mu przekazać, że jeśli zgłodnieje wystarczająco – wie, gdzie mieszkam. A jak nie, to smacznego.
Rozłączyłam się, zanim powiedziała coś więcej. Ręce mi się trzęsły, ale nie z żalu. Z wściekłości.
Dałam mu szansę
Wrócił w środę wieczorem. Bez zapowiedzi. Po prostu stanął w drzwiach z miną, jakby wyszedł tylko po mleko.
– Cześć – rzucił.
Oparłam się o framugę i spojrzałam na niego bez słowa.
– Przyszedłem… pogadać – dodał w końcu. – Możemy?
– Tak.
Wszedł, zdjął buty, ale nie rozpakowywał się. Zajął miejsce na kanapie, jakby nadal nie był pewien, czy tu jeszcze należy.
– Mama mi wszystko gotowała, jak dawniej… – zaczął ostrożnie. – Ale wiesz co? Już po trzech dniach miałem dość. Nawet jej schabowe nie smakowały tak, jak kiedyś.
– Może to nie schabowe się zmieniły, tylko ty – powiedziałam spokojnie.
– Może… – westchnął. – Zrozumiałem, że ja nie jestem dzieckiem. Że nie chcę być obsługiwany jak nastolatek.
– Nie potrzebuję męża, którego trzeba karmić, tulić i głaskać po głowie. Potrzebuję partnera. Dorosłego faceta, z którym mogę się czasem nie zgadzać i mimo to nadal tworzyć coś wspólnego.
– Wiem. Dlatego wróciłem. Jeśli jeszcze mogę…
– Masz trzy dni próby. W tym czasie nie jęczysz, nie porównujesz mnie do mamy i jesz wszystko, co podam. Potem zdecyduję.
– Umowa stoi.
Nie byłam dla niego ważna
Pierwszego dnia się starał. Zjadł krem z dyni bez komentarza, nawet podziękował. Drugiego – cisza przy kolacji, choć kątem oka widziałam, jak krzywi się na tofu. Trzeciego dnia pękł.
– No nie, przepraszam, ale co to jest? – zapytał, patrząc na talerz jak na eksperyment z laboratorium.
– Makaron ryżowy z sosem orzechowym. Pyszny. I zdrowy – odpowiedziałam spokojnie.
– Ale czemu ty nie możesz ugotować czegoś… normalnego? Ziemniaki, schabowy, ogórek kiszony. Przecież to nie wymaga dyplomu z kuchni fusion!
– Jeszcze nie minęły trzy dni – odłożyłam widelec – Miałeś próbę generalną. I właśnie ją oblałeś.
– No błagam cię, to tylko jedzenie! Naprawdę to dla ciebie aż tak ważne?
– Nie chodzi o jedzenie. Chodzi o to, że wszystko, co robię po swojemu, kwestionujesz. Jakby twoje było domyślnie lepsze, bo „mama tak robiła”.
– Ale ja… po prostu chcę czuć się dobrze w domu. A tu… ciągle coś innego, nowe smaki, przyprawy, nazwy, których nie ogarniam!
– I to ci przeszkadza bardziej niż bycie mężem dorosłej kobiety?
Zamilkł.
– Nie wiem. Może po prostu nie pasujemy do siebie.
Wstałam i zaczęłam zbierać talerze.
– Chyba masz rację. Bo ja wolę być sobą. A nie odgrzewaną wersją twojej mamy.
Tym razem nie spakował się w ciszy. Tupał po mieszkaniu jak obrażony przedszkolak. Nie zamierzałam go zatrzymywać.
Poczułam się wolna
Minął miesiąc. Cisza. Żadnych telefonów, SMS-ów, pukania do drzwi. Wreszcie zaczęłam oddychać pełną piersią. Gotowałam, co chciałam, słuchałam muzyki bez słuchawek, oglądałam seriale do późna i nikt nie jojczył, że „jutro rano trzeba wstać”. Kiedy w końcu zadzwonił, zignorowałam. Dopiero przy trzeciej próbie odebrałam.
– Chciałem tylko zapytać, jak się masz.
– Dobrze. A ty?
– Mama mnie karmi. Czasem aż za bardzo.
– No proszę. Marzenia się spełniają.
– Wiem, że zawaliłem i nie oczekuję, że mnie przyjmiesz z powrotem. Jednak jakbyś kiedyś miała za dużo tej swojej dziwnej zupy z soczewicą… możesz do mnie zadzwonić.
– Mam tej zupy tyle, ile trzeba, ale dzięki za troskę.
– Czyli… to koniec?
– Tak. I wiesz co? Nawet nie czuję żalu. To było jak wyrwanie drzazgi – przez chwilę bolało, ale potem ulga.
– Dobrze. To… trzymaj się.
– Ty też. I smacznego.
Rozłączyłam się. Spojrzałam na parujący garnek. Pachniał imbirem, świeżą kolendrą i wolnością. Usiadłam przy stole z książką, zupą i uśmiechem. Nie potrzebowałam męża, który wraca do mamusi z powodu przyprawy. Potrzebowałam siebie. I właśnie siebie odzyskałam.
Julia, 26 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż wyjechał za granicę, żeby robić karierę. Wmawia mi, że jest biznesmenem, a może co najwyżej szorować cudze trony”
- „Synowa tylko o sobie myśli, a wnuki całe dnie biegają samopas po podwórku. Nie mogłam tego tak zostawić”
- „Poszłam z teściem na mszę, a on, zamiast się modlić, bajerował wszystkie sąsiadki. Aż się wstydu za niego najadłam”