„Mąż kazał mi się wynosić, gdy wyszło na jaw, co zrobiłam w sylwestra. To nie była tylko moja wina”
„Nie mamy dzieci. Zawsze było, że jeszcze nie teraz, nie w tym momencie, albo zobaczymy w przyszłym roku. A potem nagle masz 33 lata i łapiesz się na tym, że śpisz z obcym człowiekiem, choć jego imię znasz od lat. Ostatni raz przytulił mnie chyba w zeszłe święta. Albo może jeszcze wcześniej”.

- Redakcja
Nie wiem, kiedy przestałam być szczęśliwa. Zresztą to nigdy nie dzieje się nagle, tak jak przewrócenie szklanki, która rozbija się o podłogę z hukiem. Bardziej przypomina kapanie kranu – najpierw denerwuje, potem przestajesz to zauważać, aż nagle odkrywasz, że pod twoimi stopami jest już kałuża, a ty nawet nie wiesz, kiedy się zebrała. Od 7 lat jestem żoną Mateusza – człowieka tak opanowanego, że mógłby prowadzić ruch drogowy w czasie apokalipsy. Kiedyś to mnie pociągało – jego spokój, rozsądek, to że „zawsze wie, co robi”. A potem ten sam spokój zamienił się w milczenie, a rozsądek w dystans. Tak jakby... wyłączył się ze wszystkiego, co miało związek ze mną.
Nie mamy dzieci. Zawsze było „jeszcze nie teraz”, „nie w tym momencie”, „zobaczymy w przyszłym roku”. A potem nagle masz trzydzieści trzy lata i łapiesz się na tym, że śpisz z obcym człowiekiem, choć jego imię znasz od lat. Ostatni raz przytulił mnie tak naprawdę… chyba w zeszłe święta. Albo jeszcze wcześniej? Teraz rozmowy między nami są jak wymiana danych z tabelek: „kupiłeś mleko?”, „jutro mam prezentację, nie zapomnij wyprowadzić psa”, „przeleję ci na konto za rachunki”. Nic więcej.
Jestem samotna. Tak naprawdę samotna – w łóżku, w kuchni, na kanapie. I to nie jest to samo, co „być singielką”. To jest gorsze – bo niby masz kogoś, a czujesz się jak duch. A duchy czasem robią głupie rzeczy, żeby ktoś je w końcu zauważył. Wszystko zaczęło się w Sylwestra. Myślałam, że to będzie kolejna smutna noc. Ale myliłam się. Tylko że nie wiedziałam jeszcze, że po tej nocy wszystko się rozpadnie.
Wyszłam bez pożegnania
– To naprawdę nie możesz pójść? – zapytałam go jeszcze raz, opierając się o framugę kuchni.
– Justyna, przecież mówiłem. Raport mam do oddania drugiego. Szef już mnie cisnął – odpowiedział Mateusz, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa. Mieszkanie pachniało kawą i jego chłodną obojętnością.
– Ale przecież wiesz, że mi zależało... – zaczęłam, ale już wiedziałam, że mówię do ściany.
– Idź sama. Przynajmniej się rozerwiesz – rzucił, jakby rzucał kość psu.
Wyszłam bez pożegnania. Sylwia jak zwykle zorganizowała imprezę na bogato – drinki, muzyka, światełka. Ludzie tańczyli, śmiali się, całowali w kątach. A ja piłam wino i udawałam, że jestem częścią tego świata.
– Sama? – usłyszałam znajomy głos. Michał. Mój kumpel ze studiów. Zawsze potrafił rozśmieszyć mnie w trzy sekundy.
– Sama – przyznałam. – Mateusz jak zwykle ma ważniejsze sprawy.
Śmialiśmy się, wspominaliśmy, jak razem zdawaliśmy ten koszmarny egzamin z metodologii. Śmiał się, że zawsze byłam najładniejszą dziewczyną na roku. Później dotknął mojej dłoni. Zbyt długo.
– Po co ja tu przyszłam? – pomyślałam. – Czemu on nie chce już mnie? – zaczęło mi dudnić w głowie, jak refren piosenki, której nie umiesz wyłączyć.
A potem była północ. Zimne ognie. Zimne usta. Michał pochylił się, a ja nie odsunęłam się ani o centymetr.
Wróciłam z pustką w oczach
Rano Mateusz robił kawę jak zwykle. Jakby nic się nie zmieniło. Jakby nie miał pojęcia, że ja – jego żona – wróciłam do domu nad ranem, z rozmazanym makijażem i pustką w oczach.
– Długo tam byłaś? – rzucił, nie patrząc na mnie.
– U Sylwii? Zostałam trochę dłużej. Wiesz, tańce, wino... – odpowiedziałam zbyt szybko.
Podsunął mi filiżankę. Milczeliśmy. Kawa parzyła usta. Sumienie – duszę. Wieczorem zadzwoniła Sylwia. Odebrałam szybko, uciekając do łazienki.
– I co ty, do cholery, zrobiłaś?! – zaczęła bez przywitania.
– Nie wiem. Nie chciałam... To się po prostu stało – szeptałam, siedząc na brzegu wanny.
– Justyna, to był błąd. On nie jest warty tego. I Mateusz... Jeśli się dowie...
– Nie może się dowiedzieć – przerwałam. – To był tylko raz. Nic nie znaczył.
Tylko że znaczył. I wiedziałam o tym każdego wieczoru, kiedy próbowałam zasnąć obok człowieka, który traktował mnie jak cień.
„On też pewnie nie jest święty”, „To tylko pocałunek...”, „To przez samotność” – próbowałam się oszukać. Ale wystarczyło, że zamykałam oczy i czułam dotyk Michała. A potem otwierałam je i widziałam plecy Mateusza – odwrócone, obce, zimne. Czułam, jak coś się we mnie rozrywa. Jak coś, co zawsze było stałe – pęka. Może to była miłość. A może tylko złudzenie.
Prawda wyszła na jaw
– Kim, do cholery, jest Michał? – zapytał Mateusz, stojąc w drzwiach sypialni, z telefonem w dłoni.
Zamarłam. Zamarło we mnie wszystko. Serce, krew, oddech.
– Co? – wyszeptałam, choć dobrze wiedziałam, że nie muszę udawać.
– Nie udawaj głupiej. Słyszałem w nocy jak szeptałaś jego imię. Kilka razy. I... – zamilkł na chwilę. – Dzisiaj sprawdziłem twój telefon.
Przysunął się i rzucił go na łóżko. Otwarta wiadomość od Michała. Tylko jedno zdanie: „Myślisz o tej nocy? Bo ja nie mogę przestać”. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
– Mateusz... To nie tak... – zaczęłam drżącym głosem.
– A jak? No powiedz. Może to ja czegoś nie rozumiem? – ironia w jego głosie cięła mnie jak żyletki. – Zdradziłaś mnie, Justyna. I nawet nie miałaś odwagi się przyznać.
Podeszłam do niego.
– Przepraszam... Ja... Czułam się samotna... Ty mnie odpychałeś, zamknąłeś się... – dusiłam się łzami.
– Więc poszłaś z pierwszym lepszym do łóżka? – przerwał. – Dziękuję, że mi to wyjaśniłaś.
Odwrócił się i wyszedł. Wrócił po pięciu minutach z walizką.
– Pakuj się. Wynoś się stąd. Nie jesteś już tą samą osobą, za którą się ożeniłem.
Nie błagałam. Nie prosiłam. Wzięłam torbę, płaszcz i wychodząc, słyszałam tylko trzask zamykanych drzwi.
Czułam się bez życia
– Możesz u mnie zostać, ile chcesz – powiedziała Sylwia. Głos miała cichy, delikatny, jakby bała się, że rozpadnę się od jej słów.
Stałam na klatce z walizką i jedną torbą przewieszoną przez ramię. Płaszcz nasiąkł grudniową mżawką, a ręce mi się trzęsły. Sylwia mieszkała sama. Miała wolny pokój, w którym rozgościłam się jak nieproszony gość. Płakałam w ciszy. Patrzyłam w sufit. Nie spałam prawie wcale. Czułam się jak jakiś zombie – bez życia, ale wciąż się ruszający. Wieczorem przyszła do mnie z herbatą.
– Justyś... przecież to się musiało kiedyś rozwalić. Ty i Mateusz... to się już dawno sypało.
– Ale ja... zdradziłam go, Sylwia – powiedziałam, gapiąc się w parę z kubka. – Ja to zrobiłam. Ja to rozwaliłam.
– Sama tego nie rozwaliłaś – odpowiedziała.
Milczałam. Po godzinie, w ciemnościach, usłyszałam sygnał wiadomości: „Myślisz o tym, co się stało?”. Michał. Patrzyłam na ekran długo. W końcu odłożyłam telefon. Nie odpisałam. Bo tak, myślałam. Ale to już nie miało znaczenia.
Spotkanie z Mateuszem
Spotkaliśmy się w parku. Ja zaproponowałam. On się zgodził – lakonicznie, bez emocji. Siedział już na ławce, gdy podeszłam. W dłoniach obracał kubek z kawą na wynos. Wyglądał na zmęczonego. Albo po prostu wypranego z uczuć.
– Dzięki, że przyszedłeś – zaczęłam, siadając obok.
– Mów – rzucił chłodno.
– To nie była... relacja. To był impuls. Chwila słabości. Czułam się jak powietrze, Mateusz. Jak duch w naszym mieszkaniu. Michał był tylko odbiciem tego, czego mi brakowało... – urwałam. – Ale wiem, że to nie jest żadne wytłumaczenie.
– Masz rację. Nie jest.
Patrzył przed siebie. Na gałęzie bez liści. Na psa biegnącego z patykiem.
– Ja nie jestem zły, Justyna – powiedział cicho. – Ja jestem pusty. A to gorsze. Wiesz, czego mi naprawdę brakowało przez te ostatnie lata? Prawdy. Szczerości. Ty udawałaś, że wszystko gra, ja udawałem, że cię jeszcze kocham. Może gdybyśmy wcześniej pogadali, coś by się dało uratować. Ale teraz...
Odwrócił głowę. Spojrzał mi w oczy.
– Nie wrócisz już do tego domu. Nie do mnie. Nie potrafię ci już ufać.
Pokiwałam głową. Nie płakałam. Bo wszystko już ze mnie wypłynęło. Wstał. Bez pożegnania odszedł w stronę alei. A ja zostałam. Znów sama. Ale tym razem – naprawdę sama.
Justyna, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W wigilijny wieczór atmosfera była jak na pogrzebie. Nawet sernik babci Eli nie poprawił nikomu nastroju”
- „Czułam, że mąż mnie zdradza, a on robił dobrą minę do złej gry. Myślał, że drogim prezentem pod choinkę zamydli mi oczy”
- „Teściowa myślała, że po ślubie będę żyć pod jej dyktando. To moja sprawa, jak dbam o męża i swój dom”