Reklama

Mówili mi, że jeśli będę zbyt ostra, zbyt wymagająca, zbyt niezależna, to żaden facet ze mną nie wytrzyma. Że powinnam się uśmiechać częściej, ustępować, być miła. Zamiast tego robiłam swoje. Miałam cięty język, byłam uparta i wiecznie niezadowolona. Mój mąż nieraz zamykał oczy ze złości, a sąsiedzi słyszeli nasze kłótnie przez ściany. Mimo wszystko wracał. Zawsze. Jak bumerang. Nawet gdy mówiłam mu, żeby się wynosił. Nawet gdy wyzywałam go od nieudaczników. Im bardziej go odpychałam, tym mocniej się przywiązywał. A może właśnie dlatego?

Myślałam, że trzaśnie drzwiami

Zaczęło się od czegoś głupiego. Miał wpaść po pracy tylko na chwilę, a wrócił dopiero przed północą. Nie odbierał telefonu, nie odpisał na żadną wiadomość. Siedziałam w kuchni z zimną herbatą i gorącą głową, a zegar wybijał kolejne minuty mojej irytacji. Kiedy w końcu otworzył drzwi, nawet się nie zająknął, że przeprasza.

– Miło, że wróciłeś do domu – rzuciłam bez podnoszenia wzroku.

– Coś się stało? – zapytał, jakby naprawdę nie miał pojęcia.

– A według ciebie wszystko w porządku? Człowiek, który znika na cały wieczór, mógłby chociaż napisać „żyję”. To nie boli.

– Przecież mówiłem rano, że po pracy idę z chłopakami na piwo.

– I co, telefon ci się w kieszeni rozpuścił?

Westchnął, jakby był bardziej zmęczony niż winny. Wkurzyło mnie to jeszcze bardziej. Od słowa do słowa zrobiła się awantura. Krzyczałam, że mam dość jego olewania, że traktuje mnie jak powietrze. On próbował coś tłumaczyć, ale przerywałam mu bezlitośnie. Na koniec kazałam spać na kanapie.

Spodziewałam się, że trzaśnie drzwiami. Zamiast tego... przytulił mnie. Mocno. I powiedział:

– Wiem, że krzyczysz, bo ci zależy.

Nie powiedziałam nic. Było mi głupio. A jednocześnie... poczułam się silna. To był moment, kiedy zrozumiałam, że on wróci. Zawsze.

Potrzebuję tych starć

Po tamtym wieczorze próbowałam przez chwilę być „tą lepszą wersją siebie”. Przez trzy dni się nie czepiałam, gotowałam jego ulubione obiady, a nawet pochwaliłam jego nowe buty. I co? Zero reakcji. Jakby nie zauważył. Jakbym była przezroczysta. Wrócił do swojego standardowego trybu: z pracy na kanapę, z kanapy do łóżka, z łóżka znowu do pracy. Bez większych rozmów. Cisza. Obcy mężczyzna przy stole.

Cisza w naszym mieszkaniu miała dziwny dźwięk – przypominała mi, że udawane spokój boli mocniej niż prawdziwe kłótnie. Kiedy byliśmy na siebie źli, przynajmniej się widzieliśmy. Teraz mijaliśmy się jak sąsiedzi.

– Fajnie, że jesteś – powiedziałam któregoś wieczoru, patrząc, jak wciąga kolację, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Mhm – mruknął beznamiętnie.

Wzięłam głęboki wdech. I wtedy wróciła ona – ta część mnie, która nie znosi być ignorowana.

– Czy ja mówię do ściany? – zapytałam ostro, stawiając talerz z głośnym stukiem na stole.

– Co znowu? – spojrzał na mnie zrezygnowany.

– Wiesz co? Chciałam być miła. Przez trzy dni. I czuję się jak idiotka.

– To przestań udawać. Bądź sobą – rzucił i odszedł do sypialni.

Zostałam sama w kuchni. I chociaż powinnam się złościć, uśmiechnęłam się pod nosem. On wiedział. Wiedział, że potrzebuję starć, żeby czuć, że jeszcze coś nas łączy.

I nagle wszystko stało się jasne

Zaczęłam obserwować. Jak reaguje, gdy jestem miła. Jak reaguje, gdy jestem kąśliwa. I nagle wszystko stało się jasne. Najbardziej żywy był wtedy, kiedy rzucałam w niego spojrzeniami ostrzejszymi niż noże w kuchni. Kiedy przewracałam oczami, gdy opowiadał żarty, które śmieszyły tylko jego. Kiedy mówiłam mu, że ma dwie lewe ręce, a mimo to i tak wszystko robiłam sama.

Któregoś popołudnia rozbił szklankę. Odruchowo krzyknęłam:

– Ty naprawdę masz talent do niszczenia wszystkiego, czego dotkniesz!

Zamiast się zdenerwować, uśmiechnął się. Uśmiechnął się jak chłopiec, którego właśnie przyłapano na psikusie.

– No, zaczynasz brzmieć jak ty – rzucił z rozbawieniem, zbierając odłamki z podłogi.

– A jak mam brzmieć? Jak twoja matka? – parsknęłam, nie odpuszczając.

– Błagam, nie obrażaj mnie tak – odpowiedział i oboje się zaśmialiśmy.

To było coś w naszym stylu. Ta szorstka czułość. Ta wieczna gra, kto komu bardziej dopiecze, ale z przymrużeniem oka. Dla innych byłam wredna. Dla niego – pociągająca. I czułam to coraz wyraźniej. Lubił, gdy stawiałam granice. Gdy nie dawałam sobą rządzić. Gdy potrafiłam go zrugać, a potem z tym samym ogniem pocałować.

Wiedział, że jestem trudna. Że potrafię być nie do zniesienia. A jednak wracał. Wracał z pracy wcześniej, przynosił batoniki, których nie lubiłam, ale wiedział, że ja je uwielbiam. I znów się śmialiśmy. Na przekór wszystkiemu.

Wracał zawsze

Miał momenty słabości. Zdarzało się, że wychodził, trzaskając drzwiami, mówiąc, że tak się nie da. Że go męczę. Że nie jestem partnerką, tylko przeciwnikiem. Raz nawet spakował torbę i nocował u kolegi. Przysłał mi wtedy jedną wiadomość: „Daj mi czas”. Nie odpisałam. Czekałam. I nie minęło 48 godzin, jak znowu stał pod drzwiami z tym swoim skruszonym spojrzeniem.

– Nie potrafię bez ciebie – powiedział cicho.

– A ja bez spokoju – odpowiedziałam chłodno.

Wszedł bez słowa, zdjął buty i położył się na kanapie. Jakby wracał z wojny. Z jednej strony miałam ochotę wyrzucić go z powrotem, z drugiej – zrobiłam mu herbatę. Wiedziałam, że wróci. Bo wracał zawsze.

Czasem się zastanawiałam, co go tak trzymało. Przecież mógł mieć kobietę, która by go głaskała po głowie, chwaliła każdy jego ruch. Ja mówiłam, że krzywo wbił gwóźdź, że jajka są za twarde, że znowu coś zgubił. A mimo to trzymał się mnie kurczowo.

– Masz w sobie coś... czego nie da się zostawić – powiedział raz, kiedy zapytałam wprost.

– Na przykład?

– Ogień. I chłód. I to, że nie wiem, którą wersję ciebie dostanę, aż nie otworzysz ust.

Może lubił tę niepewność. Może uzależnił się od tych emocji, które inni ludzie próbują z życia wyrzucić. On ich potrzebował jak powietrza. A ja, choć byłam zmęczona, w głębi serca cieszyłam się, że znowu tu jest.

Któregoś dnia nie wrócił

Tamtego dnia wszystko wyglądało jak zawsze. Pokłóciliśmy się o coś zupełnie błahego – chyba o jego kurtkę zostawioną na środku łóżka. Powiedziałam, że nie jestem jego służącą. On odparł, że nie jest moim dzieckiem. Wyszłam z kuchni, zatrzaskując drzwi, zanim zdążył cokolwiek dopowiedzieć.

Nie było w tym nic nowego. Takich awantur mieliśmy dziesiątki. Rano się mijaliśmy, wieczorem znów wszystko wracało do normy. Tym razem jednak coś było inaczej. Wieczór minął, a jego nie było. Telefon milczał. Nie napisał. Nie zadzwonił. Próbowałam się nie przejmować, ale gdy nastała noc, zaczęłam chodzić w kółko po mieszkaniu.

O trzeciej nad ranem napisałam tylko: „Gdzie jesteś?”. Żadnej odpowiedzi. Minął dzień. Drugi. Trzeci. Nagle poczułam, że to nie jest już teatr, który znamy na pamięć. Że nie jestem już tą, na którą wraca się zawsze. W głowie dudniło mi jedno pytanie: „Dlaczego akurat teraz?”

Czwartego dnia zadzwonił. Głos miał spokojny, jakby opadł z emocji.

– Muszę odpocząć. Nie od ciebie. Od nas.

Nie powiedziałam nic. Tym razem to nie była cisza, która boli. To była cisza, która tłumi wszystko – nawet nadzieję.

Nie próbowałam go zatrzymać. Może dlatego, że wiedziałam, że jeśli wróci, to nie z powodu przyzwyczajenia. A jeśli nie wróci... to znaczy, że ta cała gra w ogień i lód, w końcu przestała go grzać i chłodzić.

Nie każda zołza wygrywa...

Minęły tygodnie. Przestałam sprawdzać telefon co godzinę, chociaż każda wiadomość od nieznanego numeru sprawiała, że serce biło szybciej. Nie wrócił. Nie napisał. Może to była jego ostatnia próba – sprawdzić, czy tęsknota też może być bronią. A może naprawdę miał dość. Do dziś nie wiem.

Z początku sądziłam, że bez niego będę spokojniejsza. I byłam. Tylko że ten spokój miał pusty smak. Nagle nikt się ze mną nie kłócił o pierdoły, nikt nie przynosił batonika, który „miałam niby nie lubić”, nikt nie odpowiadał ciętą ripostą na moje złośliwości. Cisza przestała być wygodna – stała się martwa.

Czasem stoję przy kuchennym blacie i mówię coś do siebie, jakby on nadal siedział przy stole. Wciąż łapię się na tym, że zostawiam dla niego miejsce na kanapie. Nie płaczę. Nie umiem. W zamian mam w głowie setki scen, w których mogłam powiedzieć mniej, zamiast więcej. W których mogłam ugryźć się w język. Ale nie ugryzłam. Bo wierzyłam, że zawsze wróci.

Zrozumiałam jedno – nie każda zołza wygrywa. Facet może cię kochać za charakter, za siłę, za pazur. Ale nawet najcierpliwszy mężczyzna w końcu przestaje wracać, jeśli za każdym razem dostaje po twarzy słowami.

Dziś nie wiem, czy wróci. Może tak. Może nie. Wiem tylko, że jeśli wróci – nie będę już udawać zołzy, żeby czuć się silna. Bo miłość to nie walka. I nie gra. To dom, do którego wraca się z radością, nie z przyzwyczajenia.

Nina, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama