„Mąż latał za spódniczkami, gdy ja rozpadałam się na kawałki. Podglądałam go w necie i nie mogłam uwierzyć, co wyprawia”
„Zaczęłam się zastanawiać, kiedy to się zaczęło. Czy już wtedy, gdy byliśmy razem, pisał do niej? Może wtedy, kiedy zaczął wracać późno i mówił, że siedzi nad projektami? A ja wierzyłam, że to tylko stres i że to minie. Minęło, ale razem z naszym małżeństwem. Nie potrafiłam przestać o niej myśleć”.

- Redakcja
Po rozwodzie długo nie mogłam dojść do siebie. Niby to ja złożyłam papiery, niby byłam pewna swojej decyzji, a jednak coś mnie uwierało. Mijały tygodnie, a ja wciąż zaglądałam na jego profil. Zdjęcia, relacje, nawet komentarze jego znajomych – wszystko analizowałam zbyt dokładnie. Mówiłam sobie, że tylko sprawdzam, jak sobie radzi, ale prawda była bardziej bolesna. Siedziałam wieczorami z telefonem w dłoni, podczas gdy on... imprezował z nową dziewczyną, uśmiechnięty i jakby lżejszy. Czy to znaczyło, że byłam dla niego tylko ciężarem? Nie umiałam przestać podglądać jego życie beze mnie.
Złapałam się na tym, że go śledzę
Rozwód odbył się cicho, bez krzyków, bez dramatów. Sprawnie, jakbyśmy załatwiali przerejestrowanie auta, a nie zakończenie kilkunastoletniego związku. Może dlatego to do mnie nie docierało. Wróciłam do pustego mieszkania i próbowałam żyć dalej. Przez pierwsze dni cieszyłam się ciszą, własnym łóżkiem bez chrapania obok i tym, że nikt nie zostawia brudnych kubków po kawie na stole. Po tygodniu jednak zaczęłam sprawdzać jego profil. Tak po prostu. Z ciekawości.
Chciałam wiedzieć, czy dodał coś nowego, czy wygląda na smutnego. Nie wyglądał. Wręcz przeciwnie – na zdjęciu z siłowni uśmiechał się szeroko, jakby zrzucił z siebie cały ciężar. W relacjach był na kręglach z jakimiś znajomymi. Widziałam, że ktoś go oznaczył, więc kliknęłam. I tak trafiłam na zdjęcie, które nie dawało mi spokoju – stał obok dziewczyny, której nie znałam. Miała rude włosy, mocny makijaż i krótką sukienkę. Oboje śmiali się jak królowie życia.
Powiedziałam sobie, że to tylko koleżanka. Przecież dopiero co się rozwiedliśmy. Jeszcze nie czas, by zaczął się z kimś spotykać. To byłoby... nie fair? Ale mimo to wieczorem znowu weszłam na jego profil. I następnego dnia też. Scrollowałam coraz głębiej. Sama się na tym złapałam – nie byłam już tylko ciekawa. Uzależniłam się. Każde zdjęcie, każda nowa relacja wbijała mnie głębiej w tę spiralę.
Zamienił mnie na młodszą
Nie znałam jej, ale czułam, że muszę wiedzieć o niej wszystko. Weszłam na jej profil. Maja – 28 lat, dietetyczka, miłośniczka jogi i podróży. Wyglądała jak z reklamy szczęścia. Nawet zdjęcia miała jakby lepiej doświetlone niż moje. Porównywałam nasze twarze, oczy, nogi. Przeglądałam jej relacje z wakacji w Grecji, a potem zdjęcia z kawiarni, w której kiedyś byliśmy razem – ja i mój były. Pamiętałam, co wtedy zamówił, jak się śmiał, jak patrzył mi w oczy. Teraz patrzył tak na nią.
– Młodsza, zgrabniejsza i pewnie mniej marudzi – mruknęłam do siebie, siedząc po ciemku w kuchni, z kubkiem zimnej herbaty.
Zaczęłam się zastanawiać, kiedy to się zaczęło. Czy już wtedy, gdy byliśmy razem, pisał do niej? Może wtedy, kiedy zaczął wracać późno z pracy i mówił, że „siedzi nad projektami”? A ja wierzyłam, że to tylko stres i że to minie. Minęło, ale razem z naszym małżeństwem. Nie potrafiłam przestać o niej myśleć. O niej i o nim razem. Widziałam ich razem na zdjęciu z koncertu, potem na pikniku, później, jak stoją przy jakimś food trucku z ramenem. To wszystko robił ze mną. Dokładnie to samo. Jakby odgrywał nasze życie z kimś nowym. Jakby tylko zmienił aktorkę u boku.
Nie śpię, tylko scrolluję
Noce były najgorsze. Leżałam w łóżku, wpatrzona w ekran telefonu, z twarzą oświetloną zimnym światłem. Przeklinałam się w myślach, że znowu to robię, że znowu tam wchodzę, ale palec sam przesuwał ekran. Jak zahipnotyzowana. O drugiej w nocy wchodziłam na jej profil. Przeglądałam komentarze, zdjęcia sprzed lat. Ona nawet śpi ładnie. On komentował jej zdjęcie sprzed sześciu tygodni serduszkiem. Tego dnia jeszcze byliśmy małżeństwem.
Przewracałam się z boku na bok. Wiedziałam, że jutro będę niewyspana, rozdrażniona. A jednak nie potrafiłam się powstrzymać. To było silniejsze ode mnie. Jakbym tym podglądaniem sama się karała. Jakby ból był potrzebny, żebym nie zapomniała. Może wciąż miałam nadzieję, że zobaczę coś, co mi da satysfakcję – ich kłótnię, jej odejście, jego samotność, ale nic takiego się nie pojawiało. Codziennie tylko więcej wspólnych zdjęć, wspólnych miejsc, wspólnych uśmiechów. Jakby życie, które mi się rozpadło, przeszło do niej, świeższe, lepsze, bez mojego udziału.
Rano budziłam się z bólem głowy, z uczuciem ciężaru w klatce piersiowej. Nie mówiłam nikomu, co robię. Wstydziłam się. Moja siostra sądziła, że jestem „na dobrej drodze” – że chodzę na jogę, czytam książki, odbudowuję siebie. A ja budowałam swoje więzienie z postów i stories. Scrollując dalej, jeszcze jeden raz, jeszcze jedno zdjęcie, jeszcze jeden cios w żołądek.
Zaczęłam się porównywać
Każde nowe zdjęcie Mai było jak zwierciadło, w którym widziałam własne braki. Patrzyłam na jej uśmiechniętą twarz, idealnie gładką cerę, te dopracowane stylizacje, które wyglądały jakby były prosto z wybiegu. A ja? Stałam przed lustrem w piżamie, z workami pod oczami i włosami związanymi w rozczochrany koczek. Kiedyś dbałam o siebie, malowałam się codziennie, biegałam trzy razy w tygodniu. Teraz… zmuszałam się, żeby wstać z łóżka.
Czułam, jak narasta we mnie niepokój. Zaczęłam nawet sprawdzać jej treningi. Pokazywała ćwiczenia na brzuch, na pośladki, na ramiona. Próbowałam je powtarzać, ale już po kilku minutach odpuszczałam. Zrzucałam winę na brak energii, ale prawda była taka, że ćwiczyłam nie dla siebie, tylko po to, by jakoś „dogonić” kobietę, którą on wybrał po mnie. A może jeszcze wcześniej. Odgrywałam sobie w głowie różne scenki. Jak spotykamy się przypadkiem w sklepie. Jak ona stoi obok niego, a ja wchodzę pewnym krokiem, wyglądając lepiej niż kiedykolwiek. Oczywiście on wtedy patrzy na mnie z tym swoim dawnym spojrzeniem. Absurdalne fantazje, a jednak podtrzymywały mnie przy życiu.
Którejś nocy usiadłam na łóżku i zaczęłam przewijać swoje własne stare zdjęcia. Te sprzed lat, kiedy razem jeździliśmy w góry, kiedy śmialiśmy się z byle czego, kiedy mówił mi, że jestem „jego jedyną”. Pamiętałam, jak mnie obejmował i nagle poczułam coś dziwnego – jakby nie chodziło już o jego nową dziewczynę, tylko o mnie samą. Jakby te porównania stały się wyłącznie biczem, który sama na siebie ukręciłam. A mimo to dalej scrollowałam. Jakby na dnie internetu kryło się jakieś wyjście z bólu.
Prawda wyszła przypadkiem
To było w sobotę. Jechałam autobusem do mamy, a telefon wibrował w kieszeni kurtki. Powiadomienie – znajomy udostępnił post. Zwykle ignorowałam takie rzeczy, ale tym razem kliknęłam. I wtedy zobaczyłam zdjęcie. On – mój były – na jakiejś imprezie firmowej. A obok niego… jego szefowa. Ta sama, o której kiedyś mówił z dziwnym błyskiem w oku. Starsza od Mai, brunetka, z energią, której nigdy nie rozumiałam.
Zdjęcie miało podpis: „W końcu razem!”. Zamarłam. Przewinęłam niżej. Komentarze pełne gratulacji, emotek, serduszek. W jednym z nich ktoś napisał: „Cieszę się, że zdecydowaliście się ujawnić po tylu miesiącach!”. Tylu miesiącach? Czyli to ona, nie Maja? Cofnęłam się na profil tej dziewczyny. Zniknęło zdjęcie profilowe z moim byłym. Relacje wygasły. Nic nie pasowało. Wieczorem napisałam do naszej wspólnej znajomej i bez ogródek zapytałam:
– Czy on spotyka się z Mają?
Odpisała szybko.
– Maja? Nie. Nigdy się z nią nie umawiał. Przecież ona prowadziła kampanię dla jego firmy. Razem robili zdjęcia, ale on ma romans z szefową, już od dawna.
Usiadłam ciężko na kanapie. Czyli cały mój ból, porównania, zazdrość, nocne sesje scrollowania – to wszystko było niepotrzebnie? Wymyśliłam sobie rywalkę. Żyłam wyobrażeniem. To nie Maja „zabrała” mi męża. To on sam odszedł – i to do kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto był obecny w jego życiu znacznie wcześniej, niż sądziłam.
Czas wylogować się z jego życia
Zrozumienie przyszło nie jak grom z jasnego nieba, tylko jak cichy, ciężki oddech. Przez miesiące zatruwałam się jego obecnością, choć fizycznie już go nie było. Sama trzymałam się kurczowo wyobrażenia, że on żyje dalej moim kosztem. Że ta nowa kobieta to moja konkurentka. A przecież on dawno już poszedł inną drogą – i to nie do Mai, tylko tam, gdzie mnie nigdy nie chciał zabrać. Usiadłam przy biurku i pierwszy raz od rozwodu otworzyłam pusty dokument. Bez tytułu, bez planu. Zaczęłam pisać. Nie o nim. O sobie. O tym, co boli, co gniecie w środku, ale też o tym, co jeszcze we mnie żyje. Może nikt tego nie przeczyta. Może to nie będzie ważne, ale poczułam ulgę. Jakby w końcu ktoś mnie wysłuchał.
Przestałam wchodzić na jego profil. Odinstalowałam wszystkie te sociale. Nie obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie wrócę – wiedziałam, jak działa ten mechanizm, ale na razie... miałam dosyć. Dosyć porównań, wieczorów w ciemności i pogoni za iluzją. Były mąż przestał być „moim byłym”, a stał się po prostu... człowiekiem, którego kiedyś znałam. Nic więcej. Wyszłam z domu na spacer bez telefonu w dłoni. Liście na drzewach mieniły się ostatnim światłem jesieni, a ja wreszcie oddychałam pełną piersią. Już nie byłam tą, która cierpi w ciszy za ekranem. Byłam sobą. Może trochę poobijaną, ale w końcu wolną.
Milena, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rzuciłam się w ramiona nieznajomego, bo byłam żądna wrażeń. Gdy wyszło na jaw, kim jest mój kochaś, opadła mi szczęka”
- „Zięć traktował mnie jak darmową pomoc domową. Gdy w końcu postawiłam jasne granice, zrobił coś obrzydliwego”
- „Wszyscy powtarzają, że mój mąż to ideał. Nie mają pojęcia, że żyję w zimnym jak listopadowa noc białym małżeństwie”