Reklama

Gdybym wtedy została w domu, wszystko potoczyłoby się inaczej. Może nie byłoby wstydu, niepokoju, ani tych SMS-ów wysyłanych w pośpiechu. Może nadal udawalibyśmy z mężem, że wszystko jest w porządku. Że nasz związek ma sens, że jeszcze coś w nim tli się żywego. Jednak prawda była inna: nic się nie tliło. Wszystko wygasło. A ja… po prostu nie miałam już ochoty udawać. Potrzebowałam zmiany. Potrzebowałam... jego. I dostałam wszystko, czego chciałam. Czy mam wyrzuty sumienia? Tylko wtedy, gdy zbyt długo patrzę w lustro. A i to nie zawsze.

Nie czułam nic

– Kochanie, spakowałaś już te wszystkie zioła od Teresy? – zapytał Marek, zaglądając do sypialni, gdzie dopinałam walizkę.

– Są. Spokojnie, wszystko mam – odparłam, nie podnosząc wzroku. – Nawet ten dziwny syrop z sosny, którego nie znoszę.

– No to dobrze. I nie zapomnij poprosić w recepcji o dodatkowy koc, jak będzie ci zimno w nocy.

Przytaknęłam, choć miałam ochotę przewrócić oczami. To jego zatroskanie, jeszcze dwa lata temu byłoby dla mnie słodkie. Teraz było jak ciężki koc w duszne lato – nie do zniesienia.

– A ty co będziesz robił przez te dwa tygodnie? – zapytałam, łudząc się, że może choć raz mnie zaskoczy.

– Pewnie trochę popracuję. Mam kilka zleceń do domknięcia, może pojadę z chłopakami na ryby. Wiesz, nie będę siedział jak ten kołek.

Kiwnęłam głową i zapięłam zamek w walizce.

– Gotowe.

– To dawaj, zaniosę ci walizkę do auta – podszedł, ale ja już chwyciłam rączkę.

– Sama sobie poradzę.

Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie, jakby nie rozumiał, że przestałam być tą samą żoną, którą kiedyś znał.

– Dobrze. Tylko zadzwoń, jak dojedziesz, dobrze?

– Jasne.

Pocałował mnie w czoło, a ja… nic nie poczułam. Ani ciepła, ani wzruszenia. Tylko ulgę, że za chwilę będę daleko. Za trzy godziny miałam być w sanatorium. Tak myślał Marek. Prawda była inna. I była znacznie bardziej ekscytująca.

Byłam z nim szczęśliwa

– Spóźniłaś się dziesięć minut – rzucił z uśmiechem, gdy tylko wysiadłam z auta na parkingu przy stoku.

– A ty jak zwykle punktualny jak szwajcarski zegarek – odpowiedziałam, rzucając mu się na szyję.

Objął mnie mocno, zdecydowanie, zupełnie inaczej niż Marek.

Gotowa na dwa tygodnie kłamstw i grzechu?

– Gotowa bardziej niż kiedykolwiek – szepnęłam mu do ucha.

Zatrzymaliśmy się w pensjonacie oddalonym od miasta. Żadnych znajomych, żadnych sąsiadów, żadnych przypadkowych spotkań. Pokój z widokiem na góry, z kominkiem i balkonem, który aż prosił się o wieczorne wino i rozgrzane spojrzenia.

– Mówiłaś Markowi, że już jesteś w sanatorium? – spytał, rzucając klucze na stół.

– Tak. Wysłałam mu zdjęcie jakiegoś budynku z internetu i napisałam, że mają kiepski zasięg. Mam spokój.

– I wyrzuty sumienia?

Zawahałam się przez ułamek sekundy.

– Tylko trochę, ale potem patrzę na ciebie... i zapominam, że mam męża.

– Dobrze – przyciągnął mnie do siebie. – Bo przez te dwa tygodnie jesteś tylko moja.

– I tylko twoja chcę być.

Wieczorem siedzieliśmy przy kominku. Tutaj nie było trosk. Była tylko namiętność. I ten dziwny, niebezpieczny spokój. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę planuję wrócić do domu.

Nie chciałam wracać do męża

– Dziś zabiorę cię na ten dziki stok, o którym ci mówiłem – powiedział rano, zerkając na mnie znad kubka kawy. – Mało ludzi, zero kolejek. Idealne miejsce, żeby się zmęczyć i... nabrać apetytu.

– Apetytu na zjazdy czy na mnie? – zapytałam z uśmiechem, owinięta w kołdrę.

Jedno nie wyklucza drugiego – mruknął i przysiadł na łóżku. – Chodź, nie marnujmy dnia.

Droga na stok była malownicza – śnieg skrzypiał pod butami, a mróz szczypał policzki. Przez chwilę zapomniałam o wszystkim. Nie byłam mężatką. Nie miałam pięćdziesięciu dziewięciu lat i kredytu do spłacenia. Byłam dziewczyną, która właśnie przeżywa coś ekscytującego. Która pozwala się prowadzić przez las w objęciach faceta, przy którym wszystko wydaje się możliwe.

– Ciekawe, co twój Marek robi w tej chwili – rzucił złośliwie, podpinając narty.

Pewnie siedzi w dresie i je kanapkę z pasztetem – odpowiedziałam bez wahania.

– Romantycznie – parsknął śmiechem. – A ty jesteś tutaj, z typem, który zamiast pasztetu serwuje ci widoki.

Spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłam błysk.

– No to zjeżdżamy – powiedział.

Stok był stromy, śnieg idealny. Gdy zjechaliśmy na dół, dysząc ze zmęczenia i śmiejąc się jak dzieci, przez chwilę poczułam, że tak mogłoby wyglądać moje życie. Bez ukrywania się. Bez Marka.

– Chyba nie chcę wracać – wyrwało mi się.

– Nie musisz – odpowiedział spokojnie, patrząc mi prosto w oczy.

Coś we mnie pękło

Zatrzymałam się w pół ruchu, jeszcze z nartami przypiętymi do butów. Powiedział to tak zwyczajnie, jakby chodziło o wybór deseru, a nie o moje całe życie.

– Co to znaczy? – zapytałam ostrożnie. – Mówisz poważnie?

– A nie wyglądam? – uśmiechnął się lekko. – Mówię serio. Nie jestem żonaty. Nie mam dzieci, psa ani rośliny, którą ktoś musi podlewać. Ty też nie masz dzieci. A twój mąż... cóż, z tego, co opowiadasz, bardziej przypomina współlokatora niż partnera.

– Mimo wszystko, to mój mąż – westchnęłam, odpinając wiązania. – To nie takie proste.

– Nigdy nie jest. Czasem trzeba po prostu przestać udawać.

Siedzieliśmy potem w karczmie przy kominku. Pachniało przypalonym serem i drewnem. Kelnerka przyniosła nam gorącą czekoladę z bitą śmietaną, a ja miałam ochotę zapytać, czy można dodać do niej odrobinę odwagi.

– Myślisz, że to się może udać? – spytałam cicho.

– Spójrz na siebie. Jesteś inną kobietą niż ta, która wysiadała z samochodu dwa dni temu.

Przeraża mnie to – przyznałam.

– I dobrze. Wszystko, co warto przeżyć, na początku trochę przeraża.

Wieczorem nie chciałam spać. Leżeliśmy razem, a ja gapiłam się w sufit, czując, że coś we mnie pęka. Jakiś mur, który budowałam latami. Marek napisał sms-a:

„Jak się czujesz?”.

Spojrzałam na ekran. I po raz pierwszy nie odpisałam. Tylko odłożyłam telefon i wtuliłam się w jego ramiona.

Nie chcę wracać do tamtego życia – powiedziałam.

– To nie wracaj.

Podjęłam decyzję

– A jeśli się dowie? – zapytałam następnego dnia rano, siedząc na łóżku z kubkiem herbaty w dłoniach. – Jeśli Marek się domyśli, co naprawdę robiłam przez te dwa tygodnie?

– I co wtedy? – odpowiedział, przeciągając się leniwie pod kołdrą. – Zapyta cię o to przy śniadaniu? „Kochanie, zupa z soczewicy i... zdrada na deser”?

– Przestań – skrzywiłam się. – To nie jest śmieszne.

– Wiem. Pamiętaj, że masz prawo być szczęśliwa.

Wstał i podszedł do mnie, siadając obok. Jego dłoń objęła moje kolano.

– Powiedz mi jedno – zaczął powoli. – Kiedy ostatni raz czułaś się tak... żywa?

Nie odpowiedziałam. Nie musiałam. On znał odpowiedź.

– Właśnie. Więc może czas, żebyś zrobiła coś dla siebie. Po raz pierwszy od... ilu lat?

– Zbyt wielu – westchnęłam.

Milczeliśmy chwilę. Za oknem prószył śnieg, a stok kusił kolejnym dniem wolności i ryzyka.

– Wiesz, że mogłabym z tobą zostać. Przynajmniej na trochę – powiedziałam nagle. – Tylko muszę się z nim rozmówić. Uczciwie. Choćby dla siebie samej.

– Masz moje wsparcie. Niezależnie od tego, co postanowisz – powiedział. – Ale jeśli wrócisz tylko po to, żeby dalej odgrywać rolę, którą już dawno znienawidziłaś... to nie wracaj. Po prostu nie rób tego sobie.

– A jeśli on mnie zatrzyma?

– Nie zatrzyma. Bo nawet nie zauważył, że naprawdę odeszłaś.

Pocałowałam go długo, spokojnie. I wtedy już wiedziałam. Decyzja zapadła.

Spojrzał na mnie zaskoczony

Dwa dni później wróciłam do domu. Wjeżdżając na nasze osiedle, czułam się jak widmo – niby byłam sobą, ale jakby w innej wersji. Prawdziwej. Marek siedział na kanapie z laptopem na kolanach. W dresie, z kubkiem herbaty i tą samą miną, z którą żegnał mnie dwa tygodnie wcześniej.

O, już jesteś? – podniósł wzrok na chwilę. – Jak było? Pomogło coś na te kolana?

Zawahałam się. I przez chwilę naprawdę miałam ochotę znów skłamać. Uśmiechnąć się, opowiedzieć o ćwiczeniach, masażach i ziołowych inhalacjach. Nie potrafiłam.

Nie byłam w sanatorium.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Jak to?

– Pojechałam w góry. Z kimś. I nie żałuję tego. Nawet przez sekundę.

Wstał powoli, odłożył laptop na stolik.

To jakiś żart? Ty sobie... jakieś ferie zrobiłaś z kochankiem, a ja tu siedzę jak idiota i zmywam po obiedzie?

– Dokładnie tak – powiedziałam. – I może właśnie dlatego, że ty tu „siedzisz i zmywasz”, a ja tam... byłam szczęśliwa. Nie chcę już tak żyć. Nie chcę być twoją opiekunką.

Patrzył na mnie długo. Zbyt długo.

Więc to koniec? – spytał w końcu.

– Tak. Zaczęłam żyć na nowo. I nie zamierzam z tego rezygnować.

Wyszłam z kuchni, zostawiając go w tej samej pozycji, z tym samym kubkiem. Nie wybiegł za mną. Nie zapytał, z kim byłam. Może wiedział, że to bez znaczenia.

Karolina, 59 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama