„Mąż myśli, że z ferii w Zakopanem przywiozłam tylko oscypki. Prawdziwą pamiątkę pozna za 9 miesięcy”
„Czas płynął. Mój brzuch rósł, a wraz z nim – niepokój. Michał był przeszczęśliwy. Chodził dumny, jakby sam to dziecko nosił. Malował pokój na żółto, kupował maskotki, wymyślał imiona. Mówił do brzucha. Głaskał go co wieczór. A ja… ja robiłam wszystko, by nie oszaleć”.

Z boku nasze małżeństwo wygląda idealnie. Michał – spokojny, poukładany informatyk. Ja – nauczycielka polskiego, dom ogarnięty, rachunki popłacone. Bez dramatu, bez długów. Ludzie mówią: „Wy to macie dobrze”. Ale nikt nie widzi, że wieczorami leżymy obok siebie jak współlokatorzy. Że odkąd skończyłam trzydziestkę, Michał patrzy na mnie rzadziej. A jeśli już, to raczej jak na zegarek, nie kobietę.
Od miesięcy czuję się jak cień. Niby jestem, ale znikam. Pomiędzy obiadem, praniem i ciszą przy kolacji.
– Wiesz, Aneta zaproponowała ferie w Zakopanem – powiedziałam pewnego wieczoru.
– Super pomysł – odparł, nie odrywając wzroku od ekranu.
Nie zapytał, kiedy. Nie zapytał, po co. Nie zapytał o nic. Ten wyjazd to nie miały być „wakacje od męża”. Po prostu chciałam znów coś poczuć. Choćby przez chwilę. Przypomnieć sobie, że jestem kobietą, nie tylko żoną, nauczycielką i „ogarniaczką życia”.
– Natalia – powiedziała Aneta przy pakowaniu – ty nie jedziesz po ciszę. Ty jedziesz po coś więcej.
Milczałam. Bo wiedziałam, że ma rację.
Trochę flirtowałam
W Zakopanem przywitało nas słońce i mróz, który szczypał w policzki. Pensjonat pachniał drewnem, czysto, cicho, bez dzieciaków za ścianą – idealnie. Pierwsze dwa dni były dokładnie tym, czego potrzebowałam: narty, grzane wino, rozmowy z Anetą do późna.
Trzeciego dnia pojechałyśmy do schroniska przy Morskim Oku. Lód skrzypiał pod butami, wszędzie śnieżnobiało. W połowie drogi Aneta zatrzymała się przy tabliczce GOPR.
– No spójrz tylko – pokazała palcem – takim facetom to ja bym się dała ratować.
Spojrzałam. Dwóch ratowników opierało się o skuter. Jeden z nich spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Bezczelnie, ale nie wulgarnie. Pewnie siebie. Wysoki, z zarostem i śniegiem we włosach. Gdy przechodziłam obok, zawołał:
– Uważaj, bo ślisko. Nie chciałbym mieć dziś nadgodzin.
Zachichotałam, zaskoczona sobą. Aneta rzuciła mi spojrzenie: „No, no...”. Wieczorem spotkałyśmy ich w schronisku. Ten sam facet podszedł z dwoma herbatami.
– Jeszcze was dziś nie uratowałem, ale chociaż rozgrzeję. Kamil.
– Natalia – odpowiedziałam, zerkając na Anetę, która już szła do toalety, zostawiając nas samych.
Rozmawialiśmy. O górach, ludziach, życiu. Był... uważny. Patrzył w oczy. Śmiał się z moich żartów. Słuchał.
Po raz pierwszy od dawna czułam się widziana.
– Zimno ci? – zapytał, kiedy zadrżałam lekko.
– Tylko w środku – odparłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Spojrzał na mnie tak, jak dawno nikt nie patrzył. Tego wieczoru wróciłyśmy późno. Aneta spojrzała na mnie z powątpiewaniem.
– Wiesz, że to się źle skończy, prawda?
Wzruszyłam ramionami.
– Może tego właśnie chcę.
Przekroczyłam własne granice
Trzy dni później znów spotkaliśmy się z Kamilem – tym razem podczas wieczornej wyprawy do schroniska nad Doliną Chochołowską. Aneta wracała wcześniej. Bolała ją kostka, wymówka idealna. Zostawiła mnie z nim – z uśmiechem, który mówił: „Decyzja należy do ciebie”.
W środku było ciepło, pachniało mokrym drewnem i czymś korzennym. Piliśmy herbatę z rumem. Siedzieliśmy przy kominku. I rozmawialiśmy. Tak po prostu. Ale ja już wiedziałam, że nie chodzi o rozmowę.
– I co zrobisz, jak spadnie śnieżyca? – zapytałam półżartem.
– Zatrzymam cię tu siłą – odpowiedział cicho. – Chyba że sama zostaniesz.
Zamarłam. Chciałam powiedzieć „nie”. Ale coś we mnie pękło. Michał nigdy nie patrzył tak, jak on teraz. Nie dotykał mnie tak delikatnie, nie czekał na każdy mój ruch.
Nie pamiętam, kto się pochylił pierwszy. Pamiętam ciepło jego dłoni pod moim swetrem, jego oddech przy moim uchu. Chciałam tego. To nie było romantyczne. To było intensywne, pełne desperacji, pragnienia. Po wszystkim leżałam z głową na jego ramieniu, a serce tłukło mi się w klatce.
– Zostań do rana – powiedział, głaszcząc mnie po włosach.
– To był moment. Nic więcej – wyszeptałam. – Nie pytaj o moje życie. Nie chcesz go znać.
Zebrałam swoje rzeczy nad ranem. Śnieg sypał gęsto. Nogi miałam jak z waty. Wróciłam do pensjonatu. Aneta już nie spała.
– Chcesz pogadać?
– Nie. Chcę zapomnieć – powiedziałam. Ale już wiedziałam, że nie zapomnę.
Mąż jednak się stęsknił
Wróciłam dzień później niż planowałam. Michał czekał na mnie na dworcu z bukietem róż. Zimowych, z kwiaciarni w przejściu podziemnym – trochę zmrożone, ale ładne. Miał też sernik. Mój ulubiony. Sam upiekł.
– Tęskniłem – powiedział, całując mnie w policzek.
Patrzyłam na niego, próbując przypomnieć sobie, jak to jest czuć coś więcej niż wdzięczność. Wieczorem przytulił się do mnie w łóżku, zaskakująco blisko. Jakby coś przeczuwał. Jakby chciał mnie zatrzymać.
– Może powinniśmy gdzieś razem pojechać? Tak po prostu, tylko my – zaproponował.
– Mhm. Może – wymamrotałam.
Czułam się jak oszustka. Jak złodziejka cudzego zaufania. Nie spałam całą noc. Myśli krążyły jak w kółku – „To się nie wydarzyło”, „To był tylko jeden raz”, „To nie miało znaczenia”. Kłamstwa.
Kilka tygodni później zrobiłam test. Nie planowałam ciąży. Z Michałem nie uprawialiśmy często seksu. Byliśmy przecież zmęczeni. Praca, stres, codzienność. Ciało stało się dla nas czymś użytkowym. Ale test pokazał dwie kreski. Siedziałam w łazience z drżącymi dłońmi i sercem w gardle. Michał się ucieszył. Złapał mnie w ramiona, śmiał się.
– To będzie nasze nowe otwarcie, czuję to – mówił.
A ja tylko kiwnęłam głową, czując, jak żołądek skręca mi się z lęku. Dziecko. Zimowy wieczór. Kominek. Jego dłonie. Wszystko zaczęło mi się składać. Tylko nie wiedziałam jeszcze – co ja z tym wszystkim zrobię.
Bałam się, co będzie
Czas płynął. Mój brzuch rósł, a wraz z nim – niepokój. Michał był przeszczęśliwy. Chodził dumny, jakby sam to dziecko nosił. Malował pokój na żółto, kupował maskotki, wymyślał imiona. Mówił do brzucha. Głaskał go co wieczór. A ja… ja robiłam wszystko, by nie oszaleć.
Nocami szukałam Kamila w sieci. Próbowałam, naiwnie. Znalazłam jego profil w mediach społecznościowych, ale nie miałem odwagi napisać. Co niby miałam mu powiedzieć? „Cześć, jestem tą, z którą przespałeś się raz w schronisku, a teraz noszę coś, co może być twoje”? Brzmiało to jak z kiepskiego melodramatu.
W końcu nie wytrzymałam i pojechałam do mamy. Siedziałyśmy przy kuchennym stole. Ona nalewała mi zupę, jakbym miała znów dziesięć lat. Milczałam. W końcu wyjęłam z siebie jednym tchem:
– To może nie być Michała dziecko.
Zamarła. Łyżka zatrzymała się w połowie drogi.
– Co ty wygadujesz, Natalka?
– Mamo, ja... to był jeden raz. Z kimś obcym. W górach. To było głupie, wiem.
Mama nie krzyczała. Nie płakała. Tylko patrzyła, długo.
– Michał cię nie skrzywdził. Kocha cię, widać to. Ale ty musisz wziąć odpowiedzialność. Tylko nie mów mu. Nie teraz. Nie rób dziecku piekła na wejściu.
– Ale co, jak to dziecko będzie do niego podobne jak do kaktusa? – jęknęłam.
Mama westchnęła.
– Czasem lepiej milczeć. Życie i tak wszystko weryfikuje.
Wróciłam do domu z jeszcze większym chaosem w głowie.
Córka miała inne oczy
Urodziłam. Michał był przy mnie, trzymał mnie za rękę i płakał, kiedy lekarz powiedział: „Ma pani córeczkę”.
Był zachwycony. Nazywał ją „naszym cudem”. Robił zdjęcia, wysyłał rodzinie, kupował za dużo ubranek. Pierwsze dni po porodzie były jak senny film – Michał zajmował się wszystkim. Mnie ogarniał lęk, coraz bardziej namacalny.
Córka była piękna. I... niepodobna do nikogo. Miała ciemne, oliwkowe oczy. Nikt w naszej rodzinie takich nie miał. Ani moja mama, ani jego. Ani kuzyni, ani teściowie.
Michał początkowo nie zauważył. Ale z czasem zaczął patrzeć inaczej. Dłużej. Zamyślał się, gdy przewijał córkę. Raz przyszedł do mnie do kuchni i powiedział:
– Zastanawiam się, czy nie zrobić jej testów genetycznych. Podobno teraz to już normalne...
Zamknęłam lodówkę z hukiem.
– Co ty sugerujesz?! – warknęłam.
– Nic... Po prostu ciekawi mnie, jakie ma geny. Chciałbym wiedzieć, ile ma po mnie.
– Ma po tobie wszystko, Michał. Masz jeszcze jakieś pytania?
Nie odpowiedział. Ale coś pękło. Zaczęłam się odsuwać. Od dziecka, od Michała, od siebie samej. Przestałam robić zdjęcia. Nie mogłam patrzeć, jak jego miłość rośnie, a moja... tonie w poczuciu winy. Kilka dni później znalazłam w jego szufladzie kopertę z napisem: „Genetyka – wynik”.
Nie miałam odwagi jej otworzyć. Ale Michał już ją czytał. Wiem, bo wieczorem nie przyszedł do łóżka. Spał na kanapie. Bez słowa.
Natalia, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W ferie nici z wyjazdu w góry, bo mąż ma ważniejsze rzeczy na głowie. Zostają nam sanki i lepienie bałwana pod oknem”
- „Pieniądze zawsze były dla nas ważniejsze niż bliskość. Nasz syn dorastał bez ciepła, bo my chcieliśmy żyć w luksusie”
- „Spędziłam ferie zajmując się córką szwagierki. Przez 14 dni żyłam w piekle, by ta mogła jeść włoską pizzę”