Reklama

Nie ukrywam, że walentynki zawsze wywoływały we mnie pewien dreszczyk emocji, nawet jeśli nasz związek z Szymonem przeszedł już w etap codzienności i wspólnych zakupów spożywczych w dresie. Mimo upływu lat lubiłam wierzyć, że romantyzm nie musi umierać wśród sterty brudnych naczyń i domowych spraw. Przez lata bywało różnie, czasem kwiaty, czasem tylko buziak w pośpiechu przed pracą, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że tegoroczne walentynki zapamiętam na długo z powodu… jednego niewinnego bukietu róż. Dzień zapowiadał się zwyczajnie, od rana krzątałam się po kuchni, Szymon z laptopem na kolanach, dzieci gdzieś biegały, kot drapał meble. Nie spodziewałam się niczego specjalnego – ot, kolejny lutowy dzień, który mógłby przejść bez echa. Los jednak postanowił mi przypomnieć, że życie potrafi zaskakiwać nawet po piętnastu latach małżeństwa.

Bukiet pachniał jak szczęście

Tego dnia nie spodziewałam się niczego. Szymon od rana był zabiegany, w kuchni brzęczały garnki, a ja zbierałam z podłogi okruszki po śniadaniu dzieci. Mój mąż nie był typem romantyka z filmów – raczej praktyczny, konkretny, czasem do przesady zdystansowany. Może właśnie dlatego, gdy tuż po południu zadzwonił dzwonek do drzwi, serce zabiło mi mocniej. Za drzwiami stał kurier z ogromnym, pachnącym bukietem 21 czerwonych róż. Takim, o którym każda kobieta choć raz w życiu marzy.

– Dla pani – uśmiechnął się, wręczając mi przesyłkę. Pudełko przewiązane czerwoną wstążką, kartka z życzeniami. Poczułam się jak bohaterka komedii romantycznej. Nawet nie słyszałam, jak Szymon stanął za moimi plecami.

– No widzisz, Wera, mówiłem, że się nie spodziewasz – powiedział, śmiejąc się cicho, i przyglądał mi się spod oka.

Pachniały obłędnie – świeże, wyraźnie wyselekcjonowane róże. Zanim cokolwiek powiedziałam, poczułam coś dziwnego: radość, wzruszenie, poczucie bycia wyjątkową. Zawsze twierdziłam, że wolę praktyczne prezenty, ale ten bukiet… był jak dotyk innej rzeczywistości. Otworzyłam kartkę, gotowa przeczytać czułe słowa od męża.

Myślałam, że to głupi żart

Odruchowo zerkając na Szymona, otworzyłam karteczkę przyczepioną do bukietu. Wypisane równym pismem życzenia – wszystko wyglądało poprawnie, aż do momentu, gdy przeczytałam imię: „Kochanej Beacie, z okazji walentynek. Twój Szymon”. Przez sekundę zastanawiałam się, czy to jakiś żart, może głupi wybryk albo wpadka kwiaciarki. Niestety, na kopercie widniał nasz adres, a bukiet był ewidentnie zamówiony przez mojego męża. Przy stole panowała dziwna atmosfera. Dzieci przeżuwały jeszcze resztki płatków, Szymon pił kawę i udawał, że wszystko jest jak zwykle. Ja, jak w transie, nalewałam kolejne kubki mleka, wpatrzona w róże, jakby miały mi zdradzić jakąś tajemnicę. W głowie kłębiły mi się pytania: czy to tylko pomyłka, czy coś więcej? Milczenie pomiędzy nami zaczęło rosnąć. Każda próba rozmowy kończyła się na pogodzie lub planach na wieczór.

– Ładny bukiet – odezwała się w końcu córka, patrząc na mnie spod rzęs.

– Tak, bardzo… ładny – przyznałam, czując, że głos mi się lekko łamie.

Szymon zerknął na mnie szybko, jakby chciał coś dodać, ale zamilkł. Przez chwilę miałam ochotę zapytać go wprost, ale… zabrakło mi odwagi.

Miałam mętlik w głowie

Mimo że próbowałam zachować pozory spokoju, od rana czułam narastające napięcie. Każda kolejna minuta tylko podsycała moją niepewność – co właściwie się wydarzyło? Po południu, kiedy dzieci poszły do koleżanki, a Szymon zamknął się z komputerem w gabinecie, zostałam sama z własnymi myślami i… bukietem. Przewracałam kartkę w dłoniach, wpatrując się w nieznane imię. Beata. Kim była Beata? Pracowała z Szymonem? Czy to on pomylił imiona, czy kwiaciarnia pomyliła zamówienia? W końcu nie wytrzymałam. Wzięłam do ręki telefon i wybrałam numer kwiaciarni, z której pochodził bukiet – adres był na zawieszce.

– Dzień dobry, chciałabym zapytać o bukiet róż dostarczony na mój adres – powiedziałam, starając się nie zdradzać drżenia w głosie. – Chodzi o dedykację…

Po chwili rozmowy z właścicielką kwiaciarni poczułam jeszcze większy mętlik. Pani zapewniła mnie, że zamówienie było na mój adres, z imieniem Beata wpisanym przez… zamawiającego, czyli Szymona. Podziękowałam, odkładając słuchawkę z uczuciem rozczarowania i irytacji. Wszystko wskazywało na to, że to nie pomyłka kwiaciarni, tylko Szymona. Czułam, że muszę zapytać go wprost, choć nie wiedziałam, jak zacząć tę rozmowę. Sprawdziłam jeszcze, że 21 róż oznacza, że uczucia wręczającego są niezwykle silne i głębokie.

Może coś przede mną ukrywał

Wieczorem nie mogłam już zebrać się na żaden gest bliskości. Oglądaliśmy razem telewizję, ale w powietrzu wisiała dziwna, ciężka cisza. Szymon zerkał na mnie ukradkiem, ale nie pytał, czy wszystko w porządku. Ja udawałam, że jestem zajęta, niby odpisywałam na wiadomości, niby coś czytałam, a myśli biegały jak oszalałe: kim jest Beata? Czy to tylko przypadek? Może coś przede mną ukrywał? Kiedy dzieci już spały, długo krążyłam po kuchni, nie mogąc zebrać się na rozmowę. W końcu nie wytrzymałam. Przysiadłam obok Szymona na kanapie, ściskając kartkę z bukietu w dłoni.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytałam cicho, nie patrząc mu w oczy.

On zawahał się przez moment, jakby sam zastanawiał się, czy warto cokolwiek wyjaśniać. Wziął ode mnie kartkę, spojrzał na napis i przez chwilę po prostu milczał.

– Zlecałem zamówienie w pośpiechu, przez telefon… – zaczął niepewnie. – Była kolejka, ktoś mnie popędzał… Pomyliłem imiona. Naprawdę.

Słuchałam go i nie wiedziałam, czy wierzyć. Szymon był roztrzęsiony, tłumaczył się chaotycznie, jakby sam siebie nie był pewien. Poczułam się dziwnie obco. W tej chwili nie umiałam już rozstrzygnąć, co jest prawdą.

Nie wiedziałam, co myśleć

Następnego dnia Szymon wychodził wcześniej do pracy, ale zanim zamknął za sobą drzwi, zatrzymał się na progu sypialni. Jego wzrok był zmęczony, w kącikach oczu pojawiły się cienie, których wcześniej nie widziałam.

Wiem, że wszystko zepsułem – powiedział z rezygnacją. – Chciałem zrobić coś wyjątkowego, a wyszło jak zwykle. Przez tę pomyłkę czujesz się zraniona, a ja nawet nie potrafię tego naprawić.

Patrzyłam na niego i czułam, jak złość walczy we mnie z żalem. Chciałam usłyszeć, że to był tylko głupi błąd, ale każde jego tłumaczenie wydawało mi się niepełne. W ciągu dnia kilka razy pisał do mnie krótkie wiadomości – „Przepraszam”, „Jest mi wstyd”, „Kocham cię”. Nie wiedziałam, co z tym zrobić. Próbowałam w pracy skupić się na czymkolwiek innym, ale przed oczami cały czas miałam ten nieszczęsny bukiet i kartkę z nie moim imieniem. Wieczorem czekał na mnie z herbatą. Próbował jeszcze raz.

– Wiem, że nie zasługuję na wybaczenie tak od razu, ale... po prostu mi zależy. Chcę, żebyś uwierzyła, że to nie miało znaczenia. To naprawdę była tylko głupia pomyłka, a ty jesteś dla mnie wszystkim. Milczałam dłuższą chwilę, nie potrafiąc znaleźć w sobie żadnych wielkich słów.

Złość zaczęła we mnie topnieć

W kolejnych dniach obserwowałam Szymona inaczej niż dotąd. Był cichszy, wycofany, próbował mnie rozbawić, częściej niż zwykle pytał, czy czegoś nie potrzebuję. Z czasem złość zaczęła we mnie topnieć, zostawiając po sobie tylko niedosyt i odrobinę goryczy. Długo rozważałam, czy to rzeczywiście był zwykły ludzki błąd, czy może sygnał, że coś między nami zaczęło się psuć. W końcu doszłam do wniosku, że prawdziwe życie nie przypomina bajek.

Czasem najpiękniejsze gesty zostają przykryte nieporadnością, nieuważnością, a nawet pomyłką. Szymon nigdy nie był mistrzem romantycznych niespodzianek, za to potrafił codziennie przynieść mi herbatę do łóżka, naprawić cieknący kran i być obok wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebowałam. Może właśnie na tym polega prawdziwa miłość – na codziennym wysiłku, na drobnych gestach i na umiejętności wybaczania. Nawet jeśli czasem komuś powinie się noga i przez chwilę poczujesz się źle. Zostałam z bukietem róż, który długo pachniał w naszym salonie. I długo jeszcze myślałam o tamtych walentynkach, które okazały się niezbyt idealne.

Weronika, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama