„Mąż nagle stał się romantyczny i czuły. Byłam pewna, że ma coś za uszami, ale prawda okazała się zupełnie inna”
„Wszystko się zgadzało – czułość, troska, prezenty. To były klasyczne próby odkupienia win. Może poczuł się winny. Może chciał mnie przygotować na coś. I nagle przestałam się zastanawiać, czy mnie zdradza. Zaczęłam się zastanawiać, z kim. W nocy przewracałam się z boku na bok, wsłuchując się w jego spokojny oddech. A w mojej głowie układał się plan”.

- Redakcja
Mąż nigdy nie należał do romantyków. Przez większość naszego małżeństwa wystarczały mu konkretne gesty. Umyty samochód, pełna lodówka, ciepła zupa po pracy. Ja też się do tego przyzwyczaiłam. Nie oczekiwałam kwiatów. Dlatego gdy zaczął przynosić bukiety bez okazji, zapaliła mi się czerwona lampka. Róże, tulipany, frezje – co kilka dni coś nowego. Do tego te spojrzenia, zbyt czule i zbyt często. Nagle zaczął mnie dotykać jak wtedy, gdy dopiero się poznawaliśmy. Niby nic podejrzanego, ale kobieta wie. Czułam, że coś się dzieje. Nie wiedziałam tylko, jak bardzo się mylę co do tego, czego powinnam się bać.
„Tak po prostu”
Wróciłam zmęczona po całym dniu pracy. Ledwie zdjęłam buty, a on już stał w przedpokoju z bukietem czerwonych róż. Uśmiechał się jak nastolatek, który właśnie zrobił coś głupiego, ale uroczo głupiego.
– To dla ciebie – powiedział. – Tak po prostu.
Patrzyłam na niego przez chwilę bez słowa. Po prostu „tak po prostu”? Od dziesięciu lat nic nie było „tak po prostu”. Żyliśmy w schematach. Praca, dzieci, zakupy, rachunki. Kwiaty dostawałam ostatnio chyba na naszą piątą rocznicę. I to tylko dlatego, że mu przypomniałam dzień wcześniej.
Wzięłam kwiaty, podziękowałam, pocałowałam go w policzek. Zachowywałam się normalnie, ale w głowie już pracowałam. Coś było nie tak. Jeszcze nie wiedziałam co, ale znałam go na tyle, żeby wiedzieć, że nie robi takich rzeczy bez powodu. Był czuły. Zbyt czuły. Wieczorem nalał mi wina, zaproponował wspólny film, przyniósł koc. Niby zwykły wieczór, ale czułam się jak na scenie.
– Wszystko w porządku? – zapytałam niby od niechcenia.
– Jasne – uśmiechnął się. – Po prostu jesteś dla mnie ważna.
Uśmiechnęłam się, ale w środku miałam chaos. Taki, który każe człowiekowi zacząć się bać.
Zbyt piękne, by było prawdziwe
Z dnia na dzień było tego więcej. Kwiaty stały w każdym pokoju, aż zabrakło mi wazonów. Zaczął dopytywać, czy czegoś mi nie potrzeba, czy nie chcę gdzieś wyjść, czy jestem szczęśliwa. Tylko że ja nie byłam szczęśliwa. Byłam zaniepokojona.
Któregoś wieczoru zapytał, czy mam ochotę na kolację w tej włoskiej restauracji, gdzie chodziliśmy na początku związku. Zgodziłam się, choć nie mogłam pozbyć się wrażenia, że próbuje coś zatuszować. Wypachnił się, ogolił dokładnie – nawet założył koszulę, której nie widziałam na nim od lat.
Siedzieliśmy przy stoliku, a on patrzył na mnie tak intensywnie, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
– Co się dzieje? – zapytałam nagle, nie wytrzymując napięcia.
– Nic. Po prostu… chcę ci pokazać, jak bardzo cię kocham.
Piękne słowa. Zbyt piękne. Zaczęłam myśleć, że ma kochankę. Wszystko się zgadzało – czułość, troska, prezenty. Klasyczne „próby odkupienia win”. Może poczuł się winny. Może chciał mnie przygotować na coś. I nagle przestałam się zastanawiać, czy mnie zdradza. Zaczęłam się zastanawiać, z kim. W nocy przewracałam się z boku na bok, wsłuchując się w jego spokojny oddech. A w mojej głowie układał się plan.
W poszukiwaniu prawdy
W sobotę rano powiedziałam, że jadę do siostry. W rzeczywistości pojechałam pod jego siłownię. Wiedziałam, że chodzi tam raz w tygodniu, ale nigdy nie interesowałam się, o której dokładnie. Tym razem czekałam. Usiadłam w samochodzie zaparkowanym naprzeciwko wejścia i obserwowałam. Po czterdziestu minutach wyszedł. Sam. Żadnej blondynki, żadnych podejrzanych spojrzeń, żadnego szeptania do telefonu.
Pojechałam za nim. Wydawało się, że jedzie prosto do domu, ale skręcił wcześniej. Zaparkował przed małą kwiaciarnią, wysiadł i po chwili wyszedł z kolejnym bukietem. Róże. Znowu.
Wróciłam do domu przed nim i udawałam, że właśnie skończyłam sprzątać. Gdy wszedł, od razu podał mi kwiaty i pocałował w czoło. Wyglądał na zadowolonego. Spokojnego. A ja byłam coraz bardziej sfrustrowana.
– Nie musisz tak często kupować mi kwiatów – powiedziałam, układając je w wazonie.
– Wiem. Ale chcę. Zasługujesz na wszystko, co dobre.
Ten jego spokój doprowadzał mnie do szału. Byłam przekonana, że coś ukrywa. I nie potrafiłam tego dłużej znosić. Tydzień później, kiedy wyszedł do pracy, wzięłam jego laptopa. Był zalogowany. Przejrzałam skrzynkę mailową, historię przeglądarki, foldery. I wtedy znalazłam plik, którego nazwa sprawiła, że zrobiło mi się słabo.
Odpowiedź znalazłam w jego laptopie
Wiadomość nazywała się „Wyniki. Pilne”. Otworzyłam z duszą na ramieniu. Myślałam, że zobaczę coś, co potwierdzi moje najgorsze przypuszczenia. Pojawił się skan dokumentu z laboratorium. Badania krwi, oznaczenia, wartości, których nie rozumiałam. Przewinęłam niżej. Tam znajdowało się podsumowanie. Lekarski podpis, data sprzed kilku tygodni i zdanie, które zapamiętam na długo: „wskazane dalsze konsultacje onkologiczne”.
Zamknęłam laptop, jakbym właśnie dotknęła czegoś, co mogłoby mnie poparzyć. Usiadłam przy stole. Patrzyłam na wazon pełen świeżych róż i nie mogłam powstrzymać łez. Nie kochanka. Nie zdrada. Tylko strach. Choroba. Mój mąż – ten sam, którego oskarżałam w myślach o podwójne życie – sam się z tym wszystkim zmagał.
Kiedy wrócił do domu, siedziałam w kuchni, już spokojniejsza, choć w środku nadal byłam rozbita.
– Musimy pogadać – powiedziałam cicho.
Zatrzymał się w progu, jakby wiedział, co nadchodzi.
– Przejrzałam twój laptop. Znalazłam wyniki.
Zamarł. Przez chwilę nie mówił nic, tylko patrzył na mnie tymi swoimi zmęczonymi oczami. Potem usiadł naprzeciwko.
– Nie chciałem cię martwić. Nie jestem jeszcze pewien, co to dokładnie. Nie chciałem, żebyś się bała, zanim ja się nie oswoję.
Zacisnęłam dłonie na jego.
– Już się boję. Ale chcę się bać z tobą.
Razem i w prawdzie
W kolejnych dniach powoli opowiadał mi wszystko. O tym, że od kilku miesięcy czuł się osłabiony, że poszedł na badania sam, w tajemnicy. Nie chciał mnie obciążać. Mówił, że najpierw musi mieć pewność, zanim wszystko powie. Tylko że pewność nie przyszła. Przyszło „podejrzenie” i strach.
Zrozumiałam wtedy, że te wszystkie kwiaty, czułość i próby bliskości były jego sposobem na radzenie sobie z lękiem. Chciał zatrzymać nasz świat w jednym kawałku. Może się pożegnać – nie fizycznie, ale emocjonalnie. Może się przygotować, może mnie przygotować. Albo po prostu być blisko, zanim coś się zmieni.
Zapisaliśmy go na kolejne badania. Teraz już razem. Siedziałam z nim w poczekalni, ściskając jego dłoń, jakby miało mu to pomóc. On już nie udawał, że wszystko gra. Ja już nie udawałam, że niczego nie wiem.
Nadal przychodził z kwiatami. Czasem śmialiśmy się, że nasza kuchnia przypomina teraz ogród botaniczny. Ale było w tym coś krzepiącego. Jakbyśmy oboje potrzebowali czegoś pięknego pośród niepewności.
Nie mówił już „tak po prostu”. Teraz mówił: „bo cię kocham”, „bo chcę, żebyś wiedziała”, „bo nie wiem, co będzie”. I to wszystko miało większą wartość niż jakiekolwiek zapewnienia o zdrowiu czy spokoju.
Już nie pytałam „dlaczego”
Diagnoza przyszła miesiąc później. Nie była wyrokiem, ale nie była też zupełnie pocieszająca. Zaczęliśmy nowe życie – między wizytami u lekarzy, konsultacjami i leczeniem. Codzienność stała się nieco inna, mniej beztroska, bardziej ostrożna. Ale jednocześnie bardziej prawdziwa. Niczego już nie udawaliśmy. Żadnych niedopowiedzeń, żadnych sekretów.
Kwiaty pojawiały się nadal. Czasem z kwiaciarni, czasem zerwane po drodze, czasem tylko narysowane na karteczce przyklejonej do lodówki. Już nie pytałam „dlaczego”. Wiedziałam. To był jego sposób, by pokazać, że nadal tu jest. Że walczy. Że kocha.
Wcześniej sądziłam, że zdrada to najgorsze, co może spotkać kobietę w małżeństwie. Myliłam się. Najgorsze to patrzeć, jak ktoś ci bliski się boi, a ty przez własne domysły nie jesteś wtedy przy nim. Widziałam winę, gdzie była miłość. Widziałam tajemnicę, gdzie był lęk. Żałuję, że nie zapytałam wprost.
Nie wiem, co będzie dalej. Nikt nie wie. Ale teraz, kiedy przynosi mi kwiaty, już się nie boję. Bo wiem, że to nie zapowiedź końca. To jego codzienne „kocham cię”. I może właśnie to, choć tak proste, uratowało nas bardziej niż cokolwiek innego.
Iwona, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzina liczy, że w Dzień Babci zrobię keks i będę czekać na wnuki. Zdziwią się, gdy nie zastaną mnie tego dnia w domu”
- „Dzień Babci i Dziadka miałam spędzić gapiąc się w ścianę w samotności. Jedna wiadomość od córki tylko pogorszyła sprawę”
- „Wyjazd w góry miał naprawić moje relacje z synem. Zamiast tego usłyszałem, że dla niego jestem tylko weekendowym ojcem”