Reklama

Nigdy nie potrzebowałam wiele. Nie zazdrościłam koleżankom nowych torebek czy wakacji za granicą. Cieszyłam się, że mam cudowne dzieci, męża z pracą i ciepły dom. Marek powtarzał, że trzeba żyć skromnie, bo czasy niepewne, a ja wierzyłam. Wierzyłam w to przez prawie dwadzieścia lat naszego małżeństwa. I tłumaczyłam dzieciom, że taty oszczędność to nie skąpstwo, tylko przezorność. Zresztą sama sobie to powtarzałam, kiedy po raz kolejny odwieszałam sukienkę w sklepie albo odmawiałam sobie ulubionego sera, bo „jest za drogi”. A kiedy Kinga, nasza szesnastoletnia córka, wracała ze szkoły i z wyrzutem pytała, dlaczego wszystkie jej koleżanki mają markowe kurtki, a ona musi chodzić w połatanej po kuzynce, z trudem powstrzymywałam łzy.

– Mamo, serio? Znowu nie jedziemy na ferie?! Nawet Marta z klasy jedzie do Zakopanego! A my co?! Tylko siedzimy w tym mieszkaniu! – wrzeszczała ostatnio, trzaskając drzwiami pokoju.

– Kinga, wiesz, że tata mówił, że teraz nie ma na to pieniędzy... – zaczęłam spokojnie.

– A kiedy niby będą?! – krzyknęła jeszcze, zanim zniknęła w swoim pokoju.

Zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. Bolało. Ale co miałam jej powiedzieć? Że sama już nie wierzę w to „oszczędzamy na przyszłość”? Że coraz częściej mam wrażenie, że coś tu nie gra, że może Marek coś ukrywa? Jeszcze kilka lat temu nawet by to przez myśl nie przeszło. Teraz... coraz częściej przyłapuję się na tym, że go obserwuję. Jego wiecznie przyklejony do dłoni telefon, tajemnicze delegacje, nocne rozmowy. I ta dziwna obojętność w jego oczach, kiedy na niego patrzę. Ale to przecież niemożliwe, prawda?

Tego dnia zaczęłam słuchać bardziej

Zaczęło się niewinnie. Ot, kolejna delegacja. Marek spakował się w pięć minut, rzucił tylko:

– Wracam w sobotę wieczorem, może w niedzielę rano.

I wyszedł. Nawet mnie nie pocałował na pożegnanie. Siedziałam wtedy przy kuchennym stole, gapiąc się na parujące kubki z herbatą. Jego i mój. Przez lata zawsze zostawiał swój pusty. Teraz nawet nie tknął. Dzień po jego wyjeździe Oskar poczuł się gorzej. Zadzwoniłam do Marka, by mu o tym powiedzieć. Odebrał po kilku sygnałach, szeptem.

– Co się stało? – zapytał jakby zniecierpliwiony.

– Oskar się źle czuje. Chyba podaję z nim na konsultacje…

– To jedź. Muszę kończyć, jestem na spotkaniu.

Rozłączył się. Bez: „przytul go ode mnie”, „zadzwonię później”. Zdziwiło mnie to. Wieczorem postanowiłam przejrzeć jego szafkę z dokumentami, szukając numeru do specjalisty. Znalazłam zamiast tego potwierdzenie przelewu – 2000 złotych wysłane na obce nazwisko. Tytuł: „utrzymanie”. Wbiłam wzrok w kartkę. „Utrzymanie”? Czyje? Kogo? Wrócił dopiero w niedzielę wieczorem.

– Miałeś wrócić wcześniej – powiedziałam w progu.

– Nie zaczynaj, Anita.

– Ale dlaczego nie dzwoniłeś? Nie martwiłeś się o syna?

Wzruszył ramionami, a potem, po raz pierwszy od dawna, podniósł głos:

– Mam dość tych wiecznych dram! Zamiast się cieszyć, że haruję jak wół, to jeszcze pretensje!

Zamilkłam. Ale od tego dnia zaczęłam słuchać bardziej. I widzieć więcej.

Nie mogłem wybrać

Marek jakby wyczuł, że coś się zmieniło. Był bardziej ostrożny, ale też... bardziej nieobecny. Dzieci to czuły. Oskar dopytywał, czy tata znowu „uciekł do roboty”, a Kinga coraz częściej mówiła, że tata nie ma dla niej czasu. Zaczęłam łączyć kropki. Delegacje, które się przedłużały. Spóźnione powroty. Paragony z restauracji, w których rzekomo nie był. I ten dziwny przelew, który nie dawał mi spokoju. Któregoś wieczoru usiadłam do jego laptopa. Marek zostawił go otwartego, a ja… nie potrafiłam się powstrzymać.

Miałam wyrzuty sumienia, ale one zgasły, gdy zobaczyłam na nim wiadomość. „Kochana, przelew jak zwykle zrobiony. W weekend nie dam rady, Anita coś podejrzewa. Powiedz Lenie, że ją bardzo kocham. Postaram się być za tydzień.” Lena? Przelew zrobiony? Nie dam rady, Anita coś podejrzewa. Zrobiło mi się niedobrze. Nie spałam całą noc. Następnego dnia, kiedy Marek wszedł do kuchni, zaparzyłam mu kawę. Zachowywałam się spokojnie. Aż za spokojnie.

– Marek... – zaczęłam. – Kto to jest Lena?

Zamarł. Filiżanka stuknęła o blat, kawa się rozlała.

– Słucham?

– Pytam, kto to jest Lena. I co to za przelew? – rzuciłam kartkę na stół.

Marek długo milczał. A potem usiadł, schował twarz w dłoniach i powiedział cicho:

– Wiedziałem, że się w końcu dowiesz. Lena... to moja córka.

– Od jak dawna?

Podniósł wzrok.

– Siedem lat.

– Siedem lat?! – warknęłam. Wzięłam głęboki oddech. – Siedem lat miałeś drugą rodzinę, dziecko, kobietę... i mnie okłamywałeś każdego dnia?

– Anita, to nie tak. To się jakoś... zaczęło i nie mogłem się z tego wyplątać. Nie chciałem was zostawiać, ale... tam też jest dziecko.

– I co? Chciałeś żyć w dwóch domach? Podwójne życie jak z kiepskiego serialu? – krzyknęłam, zrzucając filiżankę z blatu. Rozbiła się z hukiem.

– Nie mogłem wybrać – odpowiedział głucho. – Kochałem was obie. I bałem się. Bałem się, że wszystko zniszczę.

– Już zniszczyłeś.

Wyszedł. Po prostu wyszedł. A ja zostałam sama. Z drżącymi dłońmi, rozbitą porcelaną i sercem pękniętym na pół.

Nie powiedziałam ani słowa

Nie wiedziałam, jak to powiedzieć dzieciom. W nocy chodziłam po mieszkaniu, jakby każdy kąt mógł mi podpowiedzieć odpowiednie słowa, ale nie znalazłam żadnych. Wiedziałam jednak, że nie mogę już dłużej ich okłamywać. Usiedliśmy wszyscy przy stole. Marek nie wrócił. Może dobrze. Nie chciałam, żeby dzieci patrzyły, jak ich matka rozkleja się przy nim.

– Muszę wam coś powiedzieć – zaczęłam, głaszcząc dłonie Oskara. – Tata... nie będzie już mieszkał z nami.

Oskar otworzył szeroko oczy.

– Jak to, to znaczy... on już nas nie kocha?

Zacisnęłam szczęki.

– Oczywiście, że kocha. Musi tylko poukładać sobie pewne rzeczy.

Oskar zaczął płakać. Przytuliłam go, ale sama byłam jak z waty. Kinga wybiegła do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Oskar wtulił się we mnie mocno, jakby się bał, że i ja zniknę. Następnego dnia przyszedł Marek. Spakował torbę w milczeniu. Nie patrzył na mnie. Tylko kiedy wyszedł, usłyszałam, jak mówi cicho do Oskara:

Zadzwonię do was jutro. Kocham cię, synku.

Kinga nawet nie zeszła z pokoju. A ja… ja stałam w przedpokoju i nie powiedziałam ani słowa. Bo wszystko, co miałam do powiedzenia, już wypowiedziałam. Krzykiem. Łzami. Milczeniem.

On już dawno do niej nie należał

Nie planowałam się z nią spotkać. Nie chciałam oglądać kobiety, która „ukradła” mi męża. Ale któregoś dnia, na parkingu pod sklepem, zobaczyłam ich. Marka, Natalię i tę małą dziewczynkę. Śmiali się. Wyglądali... jak rodzina. A ja? Ja byłam tłem. Milczącą, zniszczoną kobietą po czterdziestce, która przeżyła całe życie z kimś, kto grał na dwa fronty. Napisałam do niej. Krótko. Bez pretensji. Chciałam się spotkać. Chciałam... nie wiem. Może zrozumieć. Wybrałyśmy kawiarnię w centrum miasta. Przyszła punktualnie.

– Dziękuję, że przyszłaś – powiedziałam cicho, mieszając herbatę.

– Nie wiedziałam, czy to dobry pomysł – odpowiedziała. – Ale... rozumiem, że chcesz porozmawiać.

– Wiedziałaś, że ma rodzinę.

– Od początku – przyznała bez mrugnięcia okiem. – Marek nie kłamał. Powiedział, że jest żonaty. Ale mówił też, że to małżeństwo jest tylko na papierze. Że mieszkacie razem „ze względu na dzieci”.

Zacisnęłam dłoń na filiżance.

– Śmieszne. Tylko ja o tym nie wiedziałam. Zabrałaś mi rodzinę.

– On już dawno do niej nie należał – odpowiedziała spokojnie.

Zamilkłam. Te słowa bolały bardziej niż wszystko. Wyszłam pierwsza. Na pożegnanie powiedziałam tylko:

– Życzę ci, żeby cię nie okłamywał tak jak mnie.

Nie odpowiedziała.

Anita, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama