„Mąż narzekał, że liczniki biją jak szalone, a miękki papier toaletowy to zbędny luksus. W końcu wystawiłam mu rachunek”
„Leżałam w ciemności, słuchając odgłosów domu. Przypomniałam sobie czasy, kiedy nie zastanawiałam się nad takimi rzeczami. Kiedy światło było po prostu światłem. Tego wieczoru pomyślałam po raz pierwszy, że to nie rachunki mnie męczyły. Tylko to, że coraz rzadziej czułam się jak intruz we własnym domu”.

- Redakcja
Zaczęło się od rzeczy tak małych, że wstyd było je nazywać problemem. Jedno kliknięcie włącznika, jedno spojrzenie, jedno zdanie rzucone mimochodem. A jednak z czasem te drobiazgi zaczęły układać się w ciężar, który nosiłam w sobie codziennie. Coraz częściej łapałam się na tym, że w naszym domu nieustannie starałam się kontrolować. Żyłam ciszej, oszczędniej — jakby moje istnienie też podlegało rozliczeniu.
Czułam się jak intruz
Wyszłam z łazienki, wycierając dłonie w ręcznik, który pamiętał lepsze czasy. Woda jeszcze szumiała w rurach, a lustro było zaparowane. Zostawiłam zapalone światło, bo zamierzałam za chwilę wrócić. Jednak zanim zdążyłam dojść do kanapy, Paweł wstał.
– Natalia, światło – powiedział spokojnie, jakby przypominał o zamkniętych drzwiach.
Nie odpowiedziałam. Usłyszałam tylko kliknięcie. Zgasło.
– Przecież dopiero co wyszłam – rzuciłam, bardziej do siebie niż do niego.
– Ale już tam nie byłaś – odparł, siadając z powrotem. – Rachunki same się nie zapłacą.
To zdanie znałam na pamięć. Miało różne wersje, ale sens zawsze ten sam. Usiadłam obok, czując, jak coś we mnie się kurczy. Telewizor grał za głośno, jakby chciał zagłuszyć ciszę między nami.
Na zewnątrz byliśmy zgodnym małżeństwem. Paweł uporządkowany, ja spokojna. On pamiętał o terminach, ja o drobiazgach. Nikt nie widział, jak bardzo pilnowałam każdego gestu. Liczyłam, ile razy dziennie zapalam światło. Ile wody zużywam. Czy mogę zrobić herbatę, czy lepiej poczekać.
– Znowu kupiłaś ten drogi papier. Szary by wystarczył – powiedział nagle, nie patrząc na mnie.
– Ten był w promocji – odpowiedziałam szybko. Zbyt szybko.
Skinął głową, jakby odnotował fakt. Nie było krzyku, pretensji, tylko ta jego cisza, w której zawsze czułam się winna. Jakbym coś zawaliła, choć nie wiedziałam co dokładnie.
Poszłam do sypialni wcześniej. Leżałam w ciemności, słuchając odgłosów domu. Przypomniałam sobie czasy, kiedy nie zastanawiałam się nad takimi rzeczami. Kiedy światło było po prostu światłem. Tego wieczoru pomyślałam po raz pierwszy, że to nie rachunki mnie męczyły. Tylko to, że coraz rzadziej czułam się jak intruz we własnym domu.
Liczyła się tylko kasa
Pieniądze pojawiały się w naszych rozmowach zawsze niby przypadkiem. Przy stole, w sklepie, w drodze do znajomych. Nigdy wprost, zawsze między słowami. Jakby Paweł tylko głośno myślał, a ja przypadkiem znalazła się w zasięgu tych myśli.
– Ile dostałaś wypłaty w tym miesiącu? – zapytał pewnego popołudnia, gdy zdejmowałam buty w przedpokoju.
– Normalnie – odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, do czego zmierza.
– Normalnie to nie jest odpowiedź – westchnął. – Wiesz, że musimy wszystko planować.
Słowo „musimy” brzmiało jak „ty”. Usiadł przy stole z zeszytem, w którym skrupulatnie notował wydatki. Znałam ten zeszyt lepiej niż własne myśli. Każda rubryka była ważna. Ja? Coraz mniej. Liczyła się tylko kasa.
– Może mogłabyś poszukać czegoś bardziej stabilnego – rzucił, nie podnosząc wzroku. – Tak, żeby było wiadomo, na czym stoimy.
– Szukam – skłamałam półgłosem. A może nie skłamałam, tylko nie umiałam tego nazwać inaczej.
W sklepie brałam najtańsze rzeczy. Przy kasie zawsze czułam napięcie, jakby ktoś miał mnie przyłapać na czymś nieodpowiednim. Kiedy raz wróciłam z nową bluzką, Paweł długo wpatrywał się w metkę.
– Naprawdę była ci potrzebna? – zapytał.
– Stara była zniszczona.
– Dało się jeszcze ponosić.
Skinęłam głową. Zawsze kiwałam. Najgorsze było to, że on naprawdę wierzył, że robi dobrze. Że dba o mnie, o nas. A ja powoli przestawałam widzieć w sobie jego partnerkę. Coraz częściej czułam się jak ktoś, kogo trzeba kontrolować, żeby maksymalnie ograniczyć wydatki.
Poczułam niepokój
Z Iwoną spotkałam się w małej kawiarni niedaleko jej mieszkania. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie, a ona od razu zaczęła opowiadać o pracy, planach, o tym, że znów coś zmienia. Słuchałam jej z mieszaniną podziwu i zmęczenia.
– A ty? – zapytała w końcu, uśmiechając się uważnie. – Co u ciebie?
– W porządku – odpowiedziałam automatycznie.
– To nie jest odpowiedź – zaśmiała się cicho. – Serio, Natalia. Jak się masz?
Zawahałam się. Przez chwilę chciałam powiedzieć o wszystkim naraz, ale zamiast tego zaczęłam bronić Pawła.
– Oszczędzam. Wiesz, Paweł ciągle na coś odkłada. On po prostu lubi mieć kontrolę. Martwi się – tłumaczyłam. – Czasy są jakie są.
Iwona zmrużyła oczy.
– A ty? Też się martwisz, czy tylko mu przytakujesz?
To zdanie uderzyło mnie mocniej, niż chciałam przyznać. Spojrzałam na swoje dłonie. Były spięte.
– On ciężko pracuje, zarabia na dom. Ja mam tylko dorywcze zlecenia – dodałam ciszej. – To normalne, że…
– Że co? – przerwała. – Że masz tak żyć?
Nie podniosła głosu. Właśnie to bolało najbardziej. Jej spokój. Pewność, że nie przesadza.
– Pamiętasz, jaka kiedyś byłaś? – zapytała po chwili. – Zawsze miałaś swoje zdanie. Teraz mówisz, jakbyś przepraszała za każdy oddech.
Wracałam do domu z ciężarem w klatce piersiowej. Broniłam Pawła, a jednocześnie pierwszy raz poczułam niepokój, który nie chciał zniknąć. Jakby ktoś otworzył mi oczy na prawdę, a ona była bolesna.
Zaczęłam uciekać w pracę
Praca była jedynym miejscem, gdzie w końcu nie odczuwałam presji. Wchodziłam do biura wcześniej, zanim zrobiło się głośno, i przez chwilę miałam wrażenie, że znowu jestem sobą. Tomasz siedział zwykle przy biurku pod oknem, z kubkiem herbaty i notesem pełnym zapisków. Był zawsze punktualny i dokładny. Dobrze mi się z nim pracowało.
– Możesz zerknąć? – zapytał któregoś dnia, podsuwając mi dokumenty. – Masz do tego dobre oko.
To zdanie zatrzymało mnie na moment. Dobre oko. Nie „jeśli masz czas”, nie „może się przyda”. Po prostu fakt. Usiadłam obok i zaczęliśmy omawiać szczegóły. Słuchał. Nie poprawiał mnie w pół zdania. Kiedy się myliłam, mówił spokojnie, bez wyższości.
– Kiedyś chciałaś robić to na stałe, prawda? – zapytał mimochodem.
– Kiedyś chciałam wiele rzeczy – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Spojrzał na mnie uważnie, ale nie drążył. Ta zwykła powściągliwość była czymś, do czego nie byłam przyzwyczajona. W jego obecności nie czułam się ciężarem ani problemem do rozwiązania. Byłam pracownicą. Osobą, która coś potrafi.
Wracając do domu, złapałam się na tym, że idę wolniej. Jakbym chciała zatrzymać w sobie to uczucie jak najdłużej. A potem przekraczałam próg i wszystko wracało na swoje miejsce. Zeszyt Pawła leżał na stole. Światło w kuchni było zgaszone.
– Długo dziś byłaś – rzucił.
– Miałam więcej zadań.
– Oby to się przełożyło na coś konkretnego – odpowiedział.
Te słowa wywołały we mnie cichą złość. Nie wybuchła. Osadziła się gdzieś głęboko, ciężka i niewygodna. Po raz pierwszy nie chciałam jej tłumaczyć ani zagłuszać. Pomyślałam o tym, kim byłam, zanim nauczyłam się znikać. I poczułam, że tej wersji mnie jest coraz trudniej oddychać.
Nie chcę dla siebie takiego życia
Tego wieczoru znów zapaliłam światło w łazience. Zwyczajnie, bez demonstracji. Myłam ręce dłużej niż zwykle, jakby ciepła woda mogła mnie uspokoić. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i miałam wrażenie, że widzę kogoś obcego. Kogoś, kto za długo przepraszał za to, że jest. Paweł wszedł bez pukania. Nawet na mnie nie spojrzał. Sięgnął ręką nad moją głową i zgasił światło.
– Natalia, mówiłem ci, że to niepotrzebne – powiedział znużonym tonem. – Każdy grosz się liczy.
Coś we mnie pękło. Nie głośno. Cicho, jak sucha gałąź pod butem.
– To nie o światło chodzi – odezwałam się. Mój głos był spokojniejszy, niż się spodziewałam. – Tylko o to, że przestałam się tu liczyć.
Westchnął, jakby to on był zmęczony.
– Przesadzasz. Gdyby nie ja, nie poradziłabyś sobie. Ktoś musi myśleć rozsądnie.
Te słowa zawisły między nami. Wypowiedziane mimochodem, bez złości. Właśnie dlatego bolały najbardziej. Poczułam, jak iluzja, że jesteśmy po tej samej stronie, właśnie się kruszy. Zapaliłam światło ponownie. Powoli i świadomie. Paweł spojrzał na mnie zaskoczony.
– Co ty robisz?
– Zostawiam je włączone – odpowiedziałam. – Jak ci się nie podoba, to twój problem.
Nie krzyczał, nie kłócił się. Stał tylko w progu, jakby nie wiedział, co zrobić z tą nową wersją mnie. A ja siedziałam na brzegu wanny, w jasnej łazience, i pierwszy raz od dawna nie miałam ochoty zniknąć. W końcu znalazłam w odwagę i postanowiłam że nie dam się zgasić. Od teraz będzie musiał sam żyć w ciemności, bo ja już wiem, że nie chcę dla siebie takiego życia.
Natalia, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pączki w tłusty czwartek miały zmiękczyć serce teściowej. Ale 1 jej uwaga wywołała lawinę wzajemnych oskarżeń”
- „W domu ciągnie od okien i bieda aż piszczy, ale syn ani myśli o zarobku. Nie mam, co liczyć ani na uszczelki, ani na pomoc”
- „Syn wrócił z ferii u taty i powiedział mi coś, co mnie kompletnie złamało. Czy ja naprawdę jestem aż tak złą matką?”