Reklama

Walentynki zawsze były dla mnie czymś więcej niż datą w kalendarzu. Może naiwnie, ale traktowałam je jak cichy sprawdzian bliskości, uważności, tego, czy jeszcze komuś na mnie zależy. Tego roku cisza była wyjątkowo głośna. Żadnych kwiatów, żadnej kartki, nawet głupiego uśmiechu. A ja stałam w kuchni z kubkiem zimnej herbaty i czułam, jak coś we mnie pęka.

Rozczarował mnie

Obudziłam się wcześnie. Przez chwilę leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit. Zamiast tego usłyszałam tylko trzask drzwi od łazienki.

Dzień dobry.

– Mhm – odpowiedziałam, nawet na niego nie patrząc.

Chwilę później krzątałam się po kuchni. Kątem oka zauważyłam, że zerknął na mnie niepewnie.

Wszystko w porządku? – zapytał.

– A powinno być? – odparłam i w końcu spojrzałam mu w oczy.

Zmarszczył brwi, jakby naprawdę nie rozumiał.

Coś się stało?

Odstawiłam kubek na blat. Herbata rozlała się trochę, ale nie wytarłam.

Wiesz, jaki jest dzisiaj dzień? – zapytałam spokojnie, aż sama się zdziwiłam swoim tonem.

– Czternasty… – zawahał się. – A, no tak. Walentynki.

No właśnie – powiedziałam. – Walentynki.

Zapadła cisza. Paweł poprawił pasek od zegarka, jak zawsze, gdy był zestresowany.

– Przecież wiesz, że ja nie przywiązuję do tego wagi – rzucił w końcu. – To takie… komercyjne.

– A ja przywiązuję. I mówiłam ci o tym. Nie raz.

– Myślałem, że wystarczy, że jesteśmy razem – odpowiedział, już z lekką irytacją.

– Razem, ale osobno – wypaliłam. – Bo ja tu stoję i czuję się kompletnie niewidzialna.

Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale spojrzał na zegarek.

– Spóźnię się do pracy. Porozmawiamy wieczorem, dobrze?

– Jasne – skinęłam głową. – Idź.

Drzwi zamknęły się za nim cicho. Usiadłam przy stole i dopiero wtedy poczułam, że drżą mi ręce. Wiedziałam jedno: skoro muszę sama dbać o siebie, to nie będę udawać miłej, tylko dlatego, że tak jest wygodniej. Znam swoją wartość. Nawet jeśli on chwilowo o niej zapomniał.

Serce waliło mi jak oszalałe

Przez cały dzień chodziłam jak nakręcona. Telefon leżał na stole i ani razu nie zawibrował. Ani krótkiej wiadomości. Ani głupiego serduszka. Z każdą godziną narastało we mnie poczucie, że to nie tylko o ten dzień chodzi. Kiedy Paweł wrócił z pracy, było już ciemno. Zdjął buty, powiesił kurtkę i zajrzał do kuchni.

– Hej – powiedział ostrożnie. – Zrobiłaś coś do jedzenia?

– Nie – odpowiedziałam. – Nie miałam ochoty.

Westchnął, jakby go to zmęczyło bardziej niż cały dzień pracy.

Znowu dramatyzujesz – rzucił, otwierając lodówkę.

– To nie dramatyzowanie – powiedziałam cicho. – To zmęczenie.

Odwrócił się w moją stronę.

– Czym?

– Tym, że muszę się dopominać o uwagę. Tym, że moje potrzeby są zawsze na końcu listy.

– Przecież niczego ci nie brakuje – odburknął. – Mamy dom, stabilność…

– A rozmowę? – przerwałam mu. – Zainteresowanie? Poczucie, że jestem dla ciebie kimś więcej niż współlokatorką?

Zamknął lodówkę z impetem.

– Naprawdę robisz aferę o brak prezentu?

Podeszłam bliżej, serce waliło mi jak oszalałe.

– Nie o prezent. O to, że nawet nie przyszło ci do głowy, że mógłbyś coś dla mnie zrobić. Cokolwiek.

Patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. W jego oczach nie było złości, raczej zdziwienie. I to zabolało najbardziej.

Nie wiedziałem, że to aż tak ważne – powiedział w końcu.

– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam. – Nie wiedziałeś. Bo nie słuchasz.

Usiadłam na kanapie, czując, że jeśli powiem jeszcze jedno zdanie, to się rozpłaczę. Paweł stał przez moment bez ruchu, po czym poszedł do drugiego pokoju. Zostałam sama z ciszą, która nagle stała się nie do zniesienia. Po raz pierwszy od dawna dopuściłam do siebie myśl, że może miłość to nie tylko bycie razem. Może to też codzienne wybieranie drugiej osoby. A jeśli tylko ja dokonuję tego wyboru?

Czułam strach

Noc była niespokojna. Przewracałam się z boku na bok, licząc pęknięcia w suficie. Każde z nich wydawało się symbolem czegoś, czego nie dopilnowaliśmy. Rano wstałam pierwsza. W kuchni było chłodno. Zaparzyłam kawę tylko dla siebie. Kiedy usłyszałam jego kroki, nawet się nie odwróciłam.

– Dzień dobry – powiedział niepewnie.

– Dzień dobry – odpowiedziałam spokojnie, aż sama się zdziwiłam, że potrafię tak brzmieć.

Usiadł naprzeciwko mnie.

Myślałem wczoraj o tym, co mówiłaś – zaczął. – Może faktycznie przesadziłem.

Podniosłam wzrok.

– Może?

– No… – zawahał się. – Nie jestem dobry w te wszystkie okazje. Wiesz o tym.

Wiem – skinęłam głową.

Westchnął ciężko.

– Czy ty naprawdę chcesz się kłócić o jeden dzień w roku?

Odstawiłam kubek.

– Nie. Ja chcę się wreszcie przestać kłócić o wszystko, co jest dla mnie ważne, a dla ciebie niewygodne.

Zmrużył oczy.

– Czyli co? Mam się zmienić, bo ty tak chcesz?

– Nie – odpowiedziałam. – Masz się zastanowić, czy chcesz być ze mną taką, jaka jestem. Bo ja już nie chcę być niewidzialna.

Zapadła długa cisza.

Dajesz mi ultimatum? – zapytał w końcu.

– Strawiam granicę – powiedziałam cicho. – I to ogromna różnica.

Wstałam od stołu. Czułam strach, ale też coś nowego, niemal wyzwalającego. Paweł nic nie powiedział. A ja po raz pierwszy zrozumiałam, że niezależnie od tego, co zrobi, ja już zrobiłam coś ważnego dla siebie.

Uśmiechnęłam się smutno

Tego dnia wróciłam z pracy wcześniej. W domu panowała cisza, t. Na stole leżała kartka, położona niedbale, jakby w pośpiechu.

„Muszę wyjść. Wrócę późno”.

Nic więcej. Żadnego „porozmawiamy”, żadnego „przemyślałem”. Przez chwilę stałam bez ruchu. Poczułam ukłucie w klatce piersiowej, ale zaraz po nim przyszło coś jeszcze – złość, czysta i wyraźna. Usiadłam na kanapie i spojrzałam na mieszkanie. Na nasze mieszkanie. Zdjęcia na półce, wspólne, uśmiechnięte. Zastanawiałam się, ile z tych uśmiechów było prawdziwych, a ile po prostu wygodnych. Minęły godziny. Zrobiłam sobie kolację, zjadłam ją w ciszy, bez telewizora. Każdy dźwięk na klatce schodowej sprawiał, że na moment wstrzymywałam oddech. W końcu usłyszałam klucz w zamku.

Jesteś – powiedziałam, zanim zdjął kurtkę.

Drgnął, jakby nie spodziewał się, że będę czekać.

– Tak. Musiałem zostać dłużej.

– Naprawdę? Może uciekłeś ode mnie?

– Nie uciekłem – zaprzeczył szybko. – Musiałem wszystko przemyśleć.

– I co wymyśliłeś? – zapytałam, patrząc mu prosto w twarz.

Zdjął buty, bardzo powoli.

– Że nie lubię, gdy stawiasz mnie pod ścianą.

– A ja nie lubię, gdy mnie ignorujesz – odpowiedziałam. – Jesteśmy kwita?

Pokręcił głową.

– Ty wszystko komplikujesz.

Te słowa spadły na mnie jak zimny prysznic. Wstałam.

– Nie komplikuję. Nazywam rzeczy po imieniu.

Zbliżył się o krok.

– Zawsze byłaś taka… wymagająca.

Uśmiechnęłam się smutno.

– A ty zawsze liczyłeś, że przestanę.

Patrzyliśmy na siebie długo, jak obcy ludzie, którzy nagle zrozumieli, że mówią innymi językami.

Wybrałam siebie

Nie było dramatycznych gestów ani wielkich słów. Paweł poszedł spać, a ja zostałam w salonie, siedząc na podłodze pod oknem. Patrzyłam na światła miasta i po raz pierwszy od dawna nie próbowałam zgadywać, co on myśli. Skupiłam się na sobie. Rano obudził mnie dźwięk walizki. Stał w przedpokoju, zapięty po samą szyję, jakby chciał się odgrodzić nie tylko kurtką.

Wyprowadzam się na jakiś czas – powiedział. – Muszę poukładać sobie w głowie.

Skinęłam głową. Ku jego zaskoczeniu, nie zapytałam „dlaczego”, nie prosiłam, żeby został.

– Dobrze – odpowiedziałam spokojnie.

Patrzył na mnie przez chwilę, jakby liczył, że jednak pęknę.

To wszystko? – zapytał.

– To wszystko – potwierdziłam. – Na teraz.

Zatrzymał się jeszcze w drzwiach.

Nie sądziłem, że tak łatwo się zgodzisz.

Podeszłam bliżej, ale nie dotknęłam go.

– To nie było łatwe. To było konieczne.

Kiedy wyszedł, zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Łzy w końcu popłynęły. Bolało. Jednak pod tym bólem była też ulga. Nie musiałam już udowadniać, że zasługuję na uwagę. Wiedziałam to. Walentynki minęły, ale coś się zaczęło. Nie nowy związek. Nie euforia. Coś znacznie ważniejszego – zgoda na siebie, bez umniejszania, bez czekania, aż ktoś inny nada mi wartość. Jeśli Paweł wróci, będzie musiał zaakceptować kobietę, która już się nie zgadza na bycie dodatkiem do czyjegoś życia. A jeśli nie wróci – poradzę sobie. Bo pierwszy raz od dawna wiem, że bycie miłą nie może być warunkiem miłości.

Monika, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama