Reklama

Wyjeżdżałam jako szara myszka, która boi się własnego cienia i decyzji męża. Wróciłam jako kobieta, która potrafi spojrzeć w dół z trzydziestu metrów i się nie zachwiać. A co najważniejsze, na fotelu pasażera w drodze powrotnej nie siedziałam już sama.

To nie był prezent, o jaki prosiłam

Wszystko zaczęło się od vouchera, który leżał na stole kuchennym niczym wyrzut sumienia. Kupiłam go z myślą o naszej dziesiątej rocznicy ślubu. To miał być weekend w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, kurs wspinaczkowy dla początkujących. Marzyłam o tym, byśmy zrobili coś razem, byśmy oderwali się od rutyny, która powoli zabijała każdą iskrę między nami. Tomasz, mój mąż, od miesięcy każdą wolną chwilę spędzał na kanapie. Jego życie ograniczało się do pracy, powrotu do domu, szybkiego obiadu i pilota od telewizora.

Kiedy pokazałam mu prezent, nawet nie podniósł wzroku znad ekranu telefonu.

– Wspinaczka? – zapytał z powątpiewaniem. – Magda, czy ty oszalałaś? Przecież ja mam lęk wysokości, a poza tym w ten weekend jest finał rozgrywek ligowych. Nie ma mowy.

Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Przecież wiedziałam, że nie ma lęku wysokości, wchodził na drabinę czyścić rynny bez mrugnięcia okiem. To była kolejna wymówka.

– Ale to już zapłacone – próbowałam walczyć, choć wiedziałam, że to przegrana sprawa. – Nie możemy tego odwołać. Proszę cię, Tomek. Potrzebujemy tego.

Wzruszył ramionami, sięgając po paczkę chipsów.

To jedź sama. Serio, zrób sobie babski wypad, czy coś. Odpoczniesz ode mnie, ja odpocznę od twojego narzekania, że nic nie robimy. Wyślę ci pieniądze na paliwo. Baw się dobrze.

Jego obojętność bolała bardziej niż kłótnia. Stałam tam, patrząc na człowieka, którego kiedyś kochałam nad życie, i widziałam tylko obce plecy w znoszonym t-shircie. Przez chwilę chciałam podrzeć ten voucher i wyrzucić go do kosza, a potem usiąść obok niego i w milczeniu gapić się w ekran, tak jak robiliśmy to przez ostatnie lata. Ale coś we mnie pękło. Może to była złość, a może resztki godności.

– Dobrze – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Pojadę.

Nie odwrócił się, gdy pakowałam walizkę. Nie zapytał, czy się boję, ani o której wrócę. Dla niego to był po prostu wolny weekend bez żony kręcącej się po domu.

Droga ku wolności budziła strach

Jazda samochodem zajęła mi trzy godziny. Przez pierwszą godzinę płakałam, wycierając łzy rękawem bluzy. Czułam się odrzucona i żałosna. Kto jeździ na rocznicowy wyjazd sam? Jednak im bliżej byłam celu, tym bardziej krajobraz za oknem zaczął mnie uspokajać. Białe ostańce wystające z zieleni lasów wyglądały majestatycznie i groźnie zarazem.

Na miejscu zbiórki czekała już grupa. Było nas ośmioro. Młoda para, dwóch studentów, starszy mężczyzna, który wyglądał na weterana górskich szlaków, oraz kobieta w moim wieku, która nerwowo poprawiała plecak. Instruktor, postawny brunet o imieniu Krzysztof, od razu przejął stery. Biła od niego pewność siebie i spokój, którego tak bardzo mi brakowało.

– Wspinanie to nie tylko siła mięśni – powiedział, gdy staliśmy pod pierwszą ścianą. – To przede wszystkim głowa. Musicie zaufać sprzętowi, partnerowi, ale przede wszystkim sobie. Jeśli nie uwierzycie, że dacie radę, to nie dacie.

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż powinny. Zaufać sobie. Kiedy ostatnio ufałam sobie? Od lat wszystkie decyzje konsultowałam z Tomaszem, a raczej dostosowywałam je do jego humorów. Wybór koloru ścian, miejsce na wakacje, a nawet to, co jemy na obiad – wszystko było podporządkowane jemu, żeby tylko był spokój. Tutaj, pod tą skałą, nie było Tomasza. Byłam tylko ja.

Moją partnerką do asekuracji została Dorota, ta nerwowa kobieta w moim wieku. Okazało się, że jest po rozwodzie i ten kurs to jej sposób na udowodnienie sobie, że życie się nie skończyło.

– Mój były mówił, że do niczego się nie nadaję – wyznała mi szeptem, gdy wiązałyśmy węzły.

– Mój woli telewizor niż czas ze mną – odpowiedziałam, czując, jak rodzi się między nami nić porozumienia. – Więc chyba obie mamy tu coś do udowodnienia.

Pierwszy chwyt i metafora mojego małżeństwa

Początki były tragiczne. Moje ciało, odzwyczajone od wysiłku innego niż noszenie zakupów, buntowało się przy każdym ruchu. Palce bolały od szorstkiej skały, a nogi trzęsły się jak galareta. Kiedy byłam w połowie pierwszej drogi, spojrzałam w dół i ogarnęła mnie panika.

– Nie dam rady! – krzyknęłam do Krzysztofa, kurczowo trzymając się występu skalnego. – Chcę na dół!

– Magda, spójrz na mnie! – głos instruktora był spokojny, ale nie znosił sprzeciwu. – Nie patrz w dół. Patrz na swoje ręce. Masz dobry chwyt. Podnieś prawą nogę. Tam jest mały stopień. Widzisz go?

– Widzę, ale spadnę!

– Nie spadniesz. Trzymamy cię. Zrób ten jeden ruch. Tylko jeden.

Zrobiłam to. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Kiedy dotarłam do łańcucha kończącego drogę, serce waliło mi jak młot pneumatyczny, ale w żyłach buzowała adrenalina, jakiej nie czułam od lat. Z góry świat wyglądał inaczej. Problemy, które zostawiłam w domu, wydawały się małe, odległe. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: mój strach był tylko w mojej głowie. Tomasz latami wmawiał mi, że jestem niesamodzielna, że bez niego sobie nie poradzę z rachunkami, z samochodem, z życiem. A ja właśnie weszłam na piętnaście metrów pionowej ściany. Bez niego.

Wieczorem siedzieliśmy przy ognisku. Mięśnie bolały mnie niemiłosiernie, ale był to przyjemny ból. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Dorota opowiadała o swoich dzieciach, studenci o egzaminach. Czułam się częścią grupy, akceptowana i słuchana. Nikt nie przerywał mi w połowie zdania, nikt nie patrzył w telefon, gdy mówiłam.

Myślałam o tych brązowych oczach...

Drugiego dnia, podczas przerwy na lunch, oddaliłam się nieco od grupy, żeby znaleźć chwilę ciszy w lesie. Usiadłam na zwalonym pniu i wyjęłam kanapkę. Wtedy usłyszałam szelest w krzakach. Początkowo się wystraszyłam, myśląc, że to dzik, ale z zarośli wyłonił się pies.

Był to średniej wielkości kundel, brudny, chudy tak, że widać mu było wszystkie żebra, i z jednym oklapniętym uchem. Stanął w bezpiecznej odległości i patrzył na mnie brązowymi, przerażonymi oczami.

– Cześć, piesku – powiedziałam łagodnie, nie wykonując gwałtownych ruchów. – Zgubiłeś się?

Pies nie drgnął, ale węszył w powietrzu. Rzuciłam mu kawałek szynki z kanapki. Zawahał się, rozejrzał, a potem błyskawicznie porwał jedzenie i cofnął się o krok.

– Masz, zjedz więcej – rzuciłam kolejny kawałek.

Jadł łapczywie, prawie nie gryząc. Wyglądał na takiego, który od tygodni nie miał nic w pysku. W jego oczach widziałam to samo, co czułam ja, gdy Tomasz mnie ignorował – ogromną samotność i brak nadziei na to, że ktoś go zauważy. Był niechciany, porzucony, skazany na siebie.

Gdy wróciłam do grupy, opowiedziałam o psie Krzysztofowi.

– Kręci się tu od kilku dni – westchnął instruktor. – Ktoś go pewnie wyrzucił z samochodu przy drodze. Ludzie są bezduszni. Próbowaliśmy go złapać, ale jest bardzo nieufny.

Nie mogłam przestać o nim myśleć. Podczas popołudniowej wspinaczki, zamiast skupiać się na chwytach, myślałam o tych brązowych oczach. Wieczorem, zamiast dołączyć do integracji, wzięłam resztki z kolacji i poszłam w to samo miejsce. Czekał tam.

Rozmowy przy ognisku otworzyły mi oczy

Przez następne dwa dni moja rutyna wyglądała tak: rano walka ze skałą i własnymi słabościami, po południu powolne oswajanie psa. Nazwałam go Borys, bo mimo wychudzenia miał w sobie jakąś taką dostojność. Z każdym kawałkiem kiełbasy podchodził bliżej. W końcu, ostatniego wieczoru, pozwolił się dotknąć. Kiedy położyłam rękę na jego skołtunionej sierści, oparł łeb o moje kolano i wydał z siebie głębokie westchnienie.

W tym samym czasie moje relacje z ludźmi z grupy zacieśniły się jeszcze bardziej. Dorota stała się moją powierniczką.

– Wiesz – powiedziała mi, gdy siedziałyśmy przy dogasającym ognisku, a Borys leżał tuż obok moich nóg. – Ten pies cię wybrał. Zwierzęta czują dobre energie. A ty masz w sobie mnóstwo dobra, tylko pozwoliłaś, żeby ktoś ci je zasłonił.

– Nie wiem, co zrobię, jak wrócę – wyznałam, patrząc w ogień. – Boję się, że jak przekroczę próg domu, cała ta siła ze mnie uleci. Że znów stanę się tą Magdą, która przeprasza, że żyje.

– Nie staniesz się – wtrącił się Krzysztof, który przysiadł się do nas z kubkiem herbaty. – Widziałem cię dzisiaj na „Zacięciu”. Walczyłaś do końca. Ta kobieta, która tam weszła, nie da się już zamknąć w klatce. A co do psa... nie możesz go tu zostawić. On bez ciebie zginie, a ty będziesz żałować.

To był moment przełomowy. Zdałam sobie sprawę, że moje „nie sama” w tytule tego wyjazdu nie musi oznaczać człowieka. Może oznaczać istotę, która potrzebuje mnie tak samo, jak ja potrzebuję bycia potrzebną. Ale nie jako służąca, tylko jako przyjaciółka.

Po prostu to zrobiłam

Niedzielne popołudnie nadeszło zbyt szybko. Pożegnania z grupą były wylewne. Wymieniliśmy się numerami telefonów, obiecaliśmy wspólne wypady na ściankę wspinaczkową w mieście. Dorota uściskała mnie mocno.

– Nie daj się, dziewczyno. Pamiętaj, jesteś skałą.

Największe wyzwanie czekało mnie jednak przy samochodzie. Borys, choć już mi ufał, bał się otwartych drzwi auta. Musiałam użyć całej swojej nowo nabytej cierpliwości i spokoju, by go przekonać. Kiedy w końcu wskoczył na tylne siedzenie, wyłożone moim kocem, poczułam dumę większą niż po zdobyciu szczytu.

Droga powrotna minęła mi w dziwnym stanie zawieszenia. Z jednej strony czułam smutek, że ten magiczny czas się skończył. Z drugiej – wiozłam ze sobą żywy dowód na to, że potrafię podejmować decyzje. Nie zadzwoniłam do Tomasza, by zapytać o zgodę. Nie zastanawiałam się, czy będzie krzyczał, że pies brudzi, że to koszty, że kłopot. Po prostu to zrobiłam.

Kiedy podjechałam pod nasz dom, w oknach paliło się światło. Telewizor migał niebieską poświatą. Nic się nie zmieniło. A jednak zmieniło się wszystko, bo ja byłam inna.

Otworzyłam drzwi wejściowe. Borys wślizgnął się za mną niepewnie, stukając pazurami o panele.

– Wróciłaś? – dobiegł mnie głos Tomasza z salonu. Nawet nie wstał. – Jak tam twoje skałki? Obiadu nie ma, zamówiłem pizzę, ale zjadłem wszystko.

Wzięłam głęboki oddech. Dawna Magda zaczęłaby się tłumaczyć, przepraszać, albo po cichu robić kanapki. Nowa Magda, ta z poobijanymi kolanami i magnezją wciąż obecną pod paznokciami, weszła do salonu pewnym krokiem. Borys truchtał przy mojej nodze.

Tomasz odwrócił głowę i zamarł. Pilot wypadł mu z ręki na kanapę.

– Co to jest? – zapytał, wskazując na psa. – Czyj to kundel?

– To Borys – powiedziałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. – I mieszka teraz z nami.

Chyba żartujesz. Nie zgadzam się. Wywal go natychmiast. Śmierdzi, jest brudny i nie będę miał psa w domu!

Wróciłam z gór inna. Wróciłam silniejsza

Poczułam, jak Borys kuli się przy mojej nodze, wyczuwając agresję w głosie męża. Kucnęłam przy nim i pogłaskałam go po łbie. Spojrzałam na Tomasza – na jego rozciągnięty dres, na pustkę w oczach, na brak jakiegokolwiek zainteresowania moimi przeżyciami, moim weekendem, mną.

– Nie wywalę go – powiedziałam głosem, którego sama nie poznawałam. Był twardy jak skała, na którą się wspinałam. – Jeśli on ci przeszkadza, to masz problem. Bo ja właśnie nauczyłam się, że w życiu trzeba chwytać to, co daje nam oparcie. Ten pies dał mi przez dwa dni więcej ciepła niż ty przez ostatnie dwa lata.

Tomasz otworzył usta, żeby coś powiedzieć, pewnie żeby nakrzyczeć, wyśmiać, zdominować. Ale zobaczył moją twarz. Nie było na niej strachu. Była determinacja kobiety, która wisiała na linie nad przepaścią i zrozumiała, że jedyną osobą, która może ją uratować, jest ona sama.

– Zrobiłam kurs, Tomek. Nauczyłam się asekurować. I wiesz co? Zrozumiałam, że w naszym małżeństwie to ja ciągle trzymam linę, a ty tylko wisisz i narzekasz. Mam tego dosyć. Borys zostaje. A co do ciebie... musimy poważnie porozmawiać o tym, czy ty też zostajesz.

Wzięłam psa i poszłam do kuchni nalać mu wody. Ręce mi nie drżały. Czułam spokój. Wiedziałam, że przede mną trudny czas, może rozwód, może walka o podział majątku. Ale wiedziałam też, że nie jestem sama. Mam swoje nowe umiejętności, mam przyjaciół z grupy, do których zaraz napiszę na komunikatorze, i mam Borysa, który właśnie chłeptał wodę, merdając nieśmiało ogonem.

Wróciłam z gór inna. Wróciłam silniejsza. I na pewno nie wróciłam sama, choć paradoksalnie, to właśnie samotność w małżeństwie pchnęła mnie do tego kroku. Czasami trzeba wyjechać, żeby w końcu wrócić do siebie.

Magda, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama