Reklama

Lubię, gdy dom wypełnia się głosami dzieci. Ich śmiech niesie się po ścianach jak echo lepszych dni. Wtedy czuję, że jeszcze mam coś ważnego do zrobienia w tym życiu. Że jestem komuś potrzebna. Kiedy przyjeżdżają wnuki, moje serce mięknie.

Tadeusz siedzi wtedy w drugim pokoju. Z gazetą, z pilotem, z milczeniem. Jakby ich obecność go męczyła. Próbowałam. Prosiłam. Tłumaczyłam, że powinniśmy być częścią życia naszych dzieci i wnuków. A on tylko wzrusza ramionami, jakby to nie miało znaczenia. Jakby wszystko, co rodzinne, przestało go obchodzić.

Kiedyś było inaczej. Ale to „kiedyś” dawno się skończyło. Teraz jesteśmy jak współlokatorzy, mijamy się w kuchni, wymieniamy pojedyncze słowa. Niby razem, ale jednak osobno.

– Mamo, może zaproszę tatę na ten weekend? – zapytała mnie ostatnio Ania przez telefon. – Dzieci by się ucieszyły.

– No nie wiem – odparłam krótko, zaciskając mocniej palce na słuchawce.

Nie chciałam, żeby wyczuła moją frustrację. Ale czułam, że coś we mnie się zbiera. Coś, co w końcu będzie musiało wybuchnąć.

Mąż nie lubił wnuków

– Tadek, pojedziesz ze mną w sobotę do Ani? – zapytałam mimochodem, stawiając przed nim talerz z zupą. Barszcz czerwony, jego ulubiony, choć wątpię, by to jeszcze miało znaczenie.

– A po co? – rzucił bez odrywania wzroku od telewizora.

– Bo wnuki chcą cię zobaczyć – odpowiedziałam cicho, choć już we mnie kipiało. – Bo jesteś ich dziadkiem.

– Nie chce mi się. I tak nic z tego nie rozumiem. Krzyczą, biegają, ciągle coś chcą – mruknął i sięgnął po łyżkę, jakby temat był zakończony.

Stałam chwilę w miejscu, z ręcznikiem w dłoni. Patrzyłam na jego siwe włosy, na ręce, które kiedyś potrafiły mnie objąć. Teraz tylko drżały lekko, trzymając sztućce. Jak można być tak zimnym?

– Wiesz co? – przerwałam ciszę. – Może ty nie zasługujesz, żeby ktoś cię nazywał dziadkiem.

– Co ty wygadujesz… – burknął, ale spojrzał na mnie pierwszy raz od dawna.

– Ani razu nie zapytałeś, co u dzieci. Nie przytuliłeś wnuków. Nawet nie pamiętasz ich urodzin! Ale jak przyjdzie Dzień Dziadka, to będziesz czekał na laurkę, jakbyś był bohaterem roku.

Nie odpowiedział. Wzrok znów przeniósł na telewizor. Tyle tylko, że teraz nic nie widział. Ja też nie. Łzy miałam tuż pod powiekami.

– Jakbyś wiedziała, co ja myślę… Może byś zrozumiała – powiedział nagle, cicho.

Zamarłam. Ale nie dopytałam. Bo już wiedziałam – on i tak nie powie.

Nie rozumiałam tego

– Mamo, nie przejmuj się nim – powiedział Kuba, kiedy zadzwoniłam wieczorem. – Tata nigdy nie potrafił być blisko z nikim. Nie bierz tego do siebie.

– Ale przecież to jego wnuki. Chociaż z nimi mógłby... – urwałam. Czułam, że głos zaczyna mi drżeć.

– On nie potrafi, mamo. Pamiętam, jak miałem dziesięć lat i pytałem go, czy mogę się przytulić. Wiesz, co mi odpowiedział? "Nie jestem od tego." I wiesz co? Przestałem pytać.

Siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem zimnej herbaty. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy tak naprawdę ostatni raz rozmawialiśmy z Tadeuszem naprawdę. Nie o zakupach, nie o tym, że cieknie kran. O nas. O czymkolwiek, co miało sens.

Pamiętałam, jak kiedyś trzymał mnie za rękę na spacerze. Jak pisał liściki w pracy i wkładał mi do torebki. Gdzie to się podziało? Kiedy wybrał milczenie zamiast czułości?

Może zawsze taki był, a ja przez lata wmawiałam sobie, że to tylko etap. Że się zmieni. Że jak dzieci dorosną, jak będzie mniej pracy, jak… Jakieś zawsze „jak”.

– Mamo, ty zawsze próbowałaś. On nigdy. Ty przynajmniej dałaś z siebie wszystko.

Te słowa mnie uderzyły. Bo może to właśnie była prawda. Może ja przez całe życie próbowałam kogoś naprawić, kto nie chciał się zmienić. A teraz przez to cierpiały moje wnuki.

Podsłuchałam rozmowę męża

Drzwi do gabinetu były lekko uchylone. Niby przypadkiem, ale Tadeusz nigdy nie dbał o takie szczegóły. Siedział przy biurku, trzymając telefon przy uchu. Jego głos był cichy, ale wyraźny.

– No tak, może coś dzieciaki dadzą, w końcu Dzień Dziadka… – zaśmiał się krótko. – Niby nic im nie zrobiłem, ale jak się człowiek przez całe życie starał i nic z tego nie miał, to chociaż jakaś kartka by się przydała.

Zamarłam.

– Nie zasłużyłem na takie życie, Józek. Rodzina jak z lodu, wszyscy coś chcą, ale nikt nie rozumie – dokończył i zakończył połączenie.

Nie pukałam. Weszłam bez słowa.

– Podsłuchujesz teraz? – warknął.

– Nie musiałam. Drzwi były otwarte. I tak... usłyszałam. Całe życie coś ci się należy, co?

Zaczął coś mówić, ale przerwałam mu gestem.

– Tadeusz, ty naprawdę sądzisz, że da się kochać bez żadnego wysiłku? Bez czułości, obecności, bez choćby próby? Ty tylko czekasz. A ja mam dość.

Wstał, jakby chciał coś wyjaśnić. Ale nie miał słów.

– Wiesz, co najbardziej mnie boli? Że dzieciaki cię jeszcze lubią. Nie wiedzą, jaki jesteś naprawdę. A ty czekasz na ich laurki jak król na daninę. Żałosne.

Spojrzał na mnie długo. I pierwszy raz od dawna nie miał tej obojętnej maski.

– Myślisz, że ja nie cierpię? Że nie wiem, jaki jestem? Że nie czuję tego, co tracę? Ale już nie umiem inaczej, rozumiesz?

Nie odpowiedziałam. Nie umiałam.

Mąż był szczery

Siedzieliśmy naprzeciw siebie, jak obcy. On w swoim fotelu, ja przy stole z filiżanką kawy, która dawno wystygła.

– Miałem ojca, który mówił do mnie tylko wtedy, gdy coś zrobiłem źle – zaczął nagle Tadeusz. – Matka krzyczała, jakby to był jedyny sposób rozmowy. Nie pamiętam, żeby ktoś mnie kiedyś przytulił. Albo zapytał, jak się czuję.

Spojrzałam na niego. Jego głos był inny. Cichy. Pęknięty.

– Jak dorosłem, myślałem, że tak to wygląda. Że mężczyzna ma być silny, cichy, zdystansowany. A jak coś boli, to się zaciska zęby i idzie dalej.

– A rodzina? My? Ja? – zapytałam ostrożnie.

– Próbowałem na początku. Naprawdę. Ale to zawsze było jak chodzenie po cienkim lodzie. Nie wiedziałem, co robię. Bałem się bliskości. A z czasem… po prostu przestałem próbować.

– A ja? Myślisz, że moje dzieciństwo było sielanką? Też nie miałam łatwo, ale nie zamknęłam się jak ty. Próbowałam cię kochać, nawet gdy odpychałeś. Dawałam ciepło, choć wracał chłód.

Zamilkł. W jego oczach coś błysnęło, ale nie byłam pewna, czy to łzy, czy tylko zmęczenie.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam po chwili. – Że nawet teraz, kiedy już mówisz, czuję się z tym sama. Bo to wszystko za późno. Nie da się cofnąć tych lat.

Nie odpowiedział. Po prostu skinął głową. A potem zapadła cisza. Taka prawdziwa. Taka, która już niczego nie ukrywała.

Naprawdę nie pojechał

W sobotę rano ubrałam się starannie – tak, jak zawsze, gdy jechałam do wnuków. Pachniałam domowym ciastem i lawendą, choć w sercu nosiłam ciężar jak beton.

Nie jedziesz na Dzień Babci i Dziadka? – zapytałam jeszcze, stojąc w drzwiach.

Tadeusz siedział przy stole, przeglądał jakieś papiery, choć dobrze wiedziałam, że to tylko pretekst. Nie spojrzał nawet.

– Nie. Zostanę.

Skinęłam głową. Bez słowa wyszłam. Wnuki rzuciły mi się na szyję, jak zawsze. Ich uśmiechy rozgrzewały każdą zziębniętą część mnie. Ale kiedy młodszy zapytał:

– A gdzie dziadek? Przecież to jego święto...

Zawahałam się.

– Miał dziś coś ważnego. Obiecał, że następnym razem będzie – skłamałam.

Widziałam, jak robią się smutne. Wieczorem, gdy wróciłam, w domu pachniało zupą. Zaskoczyło mnie to. Na stole leżała dziecięca laurka – kolorowa, pełna serduszek. Tadeusz siedział obok, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. Patrzył na kartkę tak, jakby była listem z innego świata. Nie spojrzał na mnie. Nie musiał. W tej ciszy było wszystko – wstyd, żal, rezygnacja.

Zadzwonił telefon. Córka.

– Mamo, dzieci były trochę smutne, że dziadka nie było. Ale rozumiem. Po prostu... chciały mu coś dać.

– Wiem, kochanie – powiedziałam cicho. – Ale on na to nie zasłużył...

Marianna, 66 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama