Reklama

Nie wiem, kiedy mój mąż stał się takim zrzędą, ale coś czuję, że zaczęło się to mniej więcej wtedy, gdy dzieci wyprowadziły się z domu. Co roku, gdy wyciągałam z piwnicy pudła z bombkami, narzekał, że „to wszystko jest takie na siłę”. Na „Kevin sam w domu” przewracał oczami, a na mój przerośnięty sweter z reniferem mówił tylko: „Serio, Kalina?”.

I choć jeszcze pięć lat temu sam planował nam randki na jarmarkach, teraz co najwyżej robił rundkę po parkingu, żeby „zobaczyć, czy się gdzieś nie korkuje”. Ale wiecie co? Ja się tak łatwo nie daję. Grudzień to mój miesiąc. Pachnie cynamonem, świeżym piernikiem i tym cudownym uczuciem, że może być lepiej. A jeśli mój własny mąż tego nie czuł – to najwyraźniej trzeba było mu o tym przypomnieć.

Zgubił gdzieś świąteczny nastrój

– Czy ty naprawdę musisz wieszać te światełka już pierwszego grudnia? – zapytał Paweł, wchodząc do salonu z kubkiem czarnej jak smoła kawy i miną, jakby właśnie wrócił z pogrzebu.

– A co, grudzień cię zaskoczył jak pierwszy śnieg drogowców? – odparłam z przekąsem, zaplątana w choinkowy łańcuch jak węgorz w siatkę rybacką. – W zeszłym roku też marudziłeś, a potem jadłeś makowca na kolację i płakałeś na „To właśnie miłość”.

– Nie płakałem. Miałem coś w oku – mruknął i zniknął w kuchni.

Westchnęłam. Kiedyś lubił te nasze świąteczne zwyczaje. Nawet się przebierał za świętego Mikołaja, choć miał do tego tyle chęci co kot do kąpieli. A teraz? Wszystko było „na pokaz”, „na siłę” albo „dla znajomych w internecie”. W jego świecie magia grudnia umarła gdzieś między rachunkiem za gaz a koniecznością odśnieżania auta o szóstej rano.

– Paweł, co się z tobą dzieje? – zapytałam, kiedy wrócił i usiadł ciężko w fotelu.

– Nic. Po prostu… nie czuję tego wszystkiego. Ten cały świąteczny klimat, te reklamy, kolędy w listopadzie… Wszystko jakieś takie sztuczne, jakby ktoś próbował mi sprzedać emocje w promocji dwa za jeden.

– Ale przecież nie chodzi o reklamy. Chodzi o nas, o to, co tworzymy. Chyba że ci już nie zależy… – powiedziałam ciszej, niż planowałam.

Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby dopiero teraz zauważył, że stoję przed nim z łzami w oczach.

– Kalina… Nie o to chodzi. Po prostu… nie wiem. Chyba zgubiłem gdzieś ten nastrój.

– No to go znajdziemy. Razem – odparłam, uśmiechając się blado.

Mikołajki były idealnym pretekstem

Nie rzuciłam się od razu na ratowanie grudnia. Znam Pawła na tyle, by wiedzieć, że nastroju nie da się mu wcisnąć na siłę. Ale naszła mnie myśl, prosta i ciepła jak wełniane skarpety: jeśli on nie czuje magii, to może trzeba ją zorganizować. Po swojemu. Mikołajki były idealnym pretekstem.

Przez kilka dni zachowywałam się normalnie, co wymagało nie lada talentu aktorskiego, bo już wtedy miałam schowane w szufladzie coś, co miało go rozbroić. Wiedziałam, że z koncertami jest jak z miłością – albo cię poruszy, albo nie był wart zachodu. Ten koncert miał poruszyć. Paweł uwielbiał tę kapelę. Kiedyś, zanim zaczęliśmy żyć w harmonogramie i rozpisce na zakupy, puścił mi ich w samochodzie i patrzył na mnie, jakby sprawdzał, czy też się zakocham.

Więc kupiłam bilety.

Szóstego grudnia rano podsunęłam mu pod talerz kopertę z napisem „Na wszelki wypadek, gdybyś jednak znalazł trochę magii”.

– Co to? – mruknął podejrzliwie, odkładając widelec.

– Mikołaj był. Tylko zostawił prezent w mojej szufladzie. Leniwy drań.

Otworzył kopertę, spojrzał na bilety i… przez chwilę nic. Żadnego uśmiechu, żadnego „wow”. Tylko to jego zmarszczone czoło i oczy błądzące po kartkach, jakby szukał pułapki.

– Ty… Ty kupiłaś nam bilety na koncert?

– Nie. Sobie kupiłam. Ty jesteś bonusem. Idziesz?

Spojrzał na mnie. I wtedy to zobaczyłam – pierwszy raz od dawna jego usta lekko drgnęły. Uśmiech numer jeden. Skromny, ale był.

– Jasne. Idę.

Coś się w nim tli

Koncert odbywał się w starym teatrze, przerobionym na salę koncertową. Miejsca stojące, tłum pachnący perfumami i zimą. Paweł, choć jeszcze w samochodzie kręcił nosem na „parkowanie kilometr od wejścia”, teraz milczał. W jego oczach nie było znużenia. Raczej… coś w rodzaju skupienia.

– Przepraszam, mogę? – zapytałam, wciskając się przez tłum, wracając z dwoma plastikowymi kubkami z herbatą. – Jedna z cukrem, zgadnij która?

– Ta, która mnie nie oparzy – zażartował. I wtedy drugi raz się uśmiechnął. Tym razem bardziej.

– Nie wierzę – szepnęłam z zadowoleniem. – Zaczynasz wracać do siebie.

– Może po prostu zmarzłem i herbata robi swoje?

Albo magia grudnia. Kto wie.

Zgasło światło. Zagrzmiały pierwsze dźwięki. Tłum ryknął z zachwytu. A Paweł… Paweł stanął tuż za mną, objął mnie w pasie i przyciągnął tak, jak kiedyś, gdy staliśmy na przystanku i marzliśmy, czekając na autobus. Poczułam w jego dotyku to, czego brakowało mi od miesięcy – ciepło bez pośpiechu, obecność bez obowiązku.

– Kalina… – szepnął mi do ucha.

– Tak?

– Dzięki.

– Za co?

– Za to, że nie przestałaś wierzyć, że jeszcze coś się we mnie tli.

Odwróciłam się do niego i spojrzałam w oczy. Nie musiał nic dodawać. Światło sceny odbijało się w jego źrenicach, a on wyglądał, jakby naprawdę widział coś więcej niż muzyków. Może mnie. Może nas. A może właśnie to, co zgubił – atmosferę, którą kiedyś lubił.

To działa

Po koncercie wyszliśmy na ulicę, a tam – śnieg. Prawdziwy, gęsty śnieg, jakby ktoś w niebie rozciągnął watę i pociął na miliony kawałków. Paweł przystanął, spojrzał w górę i się zaśmiał. Tak, zaśmiał. Głośno, z zaskoczeniem, jakby niebo robiło mu żart, ale wyjątkowo trafiony.

– Dobra, przyznaję – powiedział, podnosząc ręce i łapiąc śnieg na dłonie. – To już lekka przesada. Najpierw koncert, teraz śnieg. Jeszcze mi powiedz, że w bagażniku masz termos z grzańcem i worek mandarynek.

– Termos jest. Mandarynki zjadłam wczoraj. Ale mam jeszcze pierniczki.

– Nie wierzę…

– A jednak – wyciągnęłam z kieszeni małą torebkę z domowymi pierniczkami. – W kształcie serc. Przypadek? Nie sądzę.

Zatrzymaliśmy się na środku chodnika. Ludzie nas omijali, a ja czułam, jakby nikt poza nami nie istniał. Paweł sięgnął po pierniczka, ugryzł i spojrzał na mnie z powagą.

– Kalina, może jestem zgrzybiały i cyniczny, ale teraz czuję coś dobrego. Coś, czego dawno nie czułem.

– Czy to… magia grudnia?

– To chyba ty. Ty jesteś tą magią. Przepraszam, że zapomniałem.

Ścisnęło mnie w gardle. Śnieg topniał na mojej czapce, a w oczach zaczęło piec. Nie dlatego, że zimno. Tylko dlatego, że pierwszy raz od miesięcy Paweł naprawdę tam był. Obok mnie. Nie ciałem. Sercem.

Niespodzianka o poranku

Następnego dnia zbudził mnie zapach kawy. Coś było nie tak. Zazwyczaj to ja parzyłam kawę, a Paweł… no cóż, on wychodził do pracy z kanapką w kieszeni i ziewnięciem zamiast „do widzenia”. Tymczasem teraz – proszę – kuchnia pachniała jak z reklamy. Zeszłam na dół i zatrzymałam się w drzwiach. Stół był nakryty. Był obrus – ten „dla gości”, była świeczka, był kubek z parującą kawą i… bukiet tulipanów. Tulipanów. W grudniu.

– Żartujesz sobie? – zapytałam, nie dowierzając.

– Dzień dobry, pani Magio Grudnia – powiedział Paweł, opierając się o blat z tym swoim uśmiechem – tym rzadkim, prawdziwym, od ucha do ucha. – Pomyślałem, że skoro ty robisz cuda, to ja też mogę się postarać.

– Skąd ty…?

– Znalazłem kwiaciarnię, która działa w nocy. Wiesz, są jeszcze szaleńcy na tym świecie. Jak my.

Usiadłam przy stole, tuląc dłonie do kubka. Spojrzałam na niego z taką czułością, że aż mnie to zaskoczyło.

– Paweł, ty naprawdę wracasz do żywych.

– Bo ktoś mi przypomniał, jak to jest żyć. Czuć. Chcieć. Dziękuję ci, Kalina. Serio. Za koncert, za pierniczki, za cierpliwość i za to, że nie zostawiłaś mnie samego w tej mojej grudniowej znieczulicy.

– Zostawić cię? Prędzej ubiorę renifera w sweter.

Zaśmiał się. A ja wiedziałam, że nie chodziło tylko o koncert. Chodziło o nas. O pamięć tego, co było. I o odwagę, żeby znów poczuć.

Było inaczej

Wieczorem, już po kolacji, Paweł podszedł do mnie, kiedy rozwieszałam kartki świąteczne na sznurku z klamerkami. Ujął moją dłoń i pocałował w kostki palców – gest, który znałam z czasów, gdy dopiero się w sobie zakochiwaliśmy.

– Kalina – zaczął cicho. – Wiem, że ostatnio byłem... nie do zniesienia.

– Oj tam, wystarczyło cię tylko trochę odśnieżyć – uśmiechnęłam się, ale nie żartobliwie. Ciepło.

– Nie wiem, czy ten grudzień jakoś się nagle magicznie zmienił, ale może to ja musiałem się zmienić, żeby go znów zobaczyć. W tobie. W nas.

Usiedliśmy razem przy oknie, patrząc, jak śnieg znów zaczął cicho sypać. W tle grała stara płyta – właśnie ta, którą kupiliśmy kiedyś w małym sklepie z winylami podczas weekendu nad morzem. Dźwięki były ciche, nieśmiałe. Takie jak my czasem, kiedy jesteśmy sobie najbliżsi.

Chcesz jutro pojechać na jarmark? – zapytał. – Może znajdziemy nowe bombki.

Roześmiałam się.

– Jeśli będą z brokatem, to biorę.

Spojrzał na mnie i pokiwał głową, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie musiał. Wszystko już zostało powiedziane. Czasem wystarczy pierniczek, śnieg i jeden bilet, żeby przypomnieć komuś, że magia istnieje. Czasem wystarczy, że się ją po prostu poda komuś do ręki. Cicho. Z uśmiechem.

Kalina, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama