Reklama

To miał być dzień pełen słodkiego zapomnienia. Od lat tłusty czwartek był naszym małym świętem, dniem, w którym liczyła się tylko przyjemność. Wstałam przed świtem, żeby zagnieść ciasto według przepisu babci, marząc o tym, jak Paweł mruczy z zadowolenia, gryząc puszystą kulę nadzianą różą. Nie wiedziałam wtedy, że jedyną rzeczą, która tego dnia okaże się pusta w środku, będzie moje małżeństwo, a on swój apetyt zaspokajał już dawno poza domem.

Zapach, który miał przywołać wspomnienia

W kuchni pachniało drożdżami i smażonym smalcem już od czwartej rano. To był zapach mojego dzieciństwa, bezpieczeństwa i domu. Dla mnie tłusty czwartek nie był po prostu okazją do zjedzenia słodyczy. To był rytuał. Pamiętam, jak na początku naszego małżeństwa Paweł potrafił zjeść sześć pączków na raz, śmiejąc się, że kochanego ciała nigdy za wiele.

Byłam dumna z tego przepisu. Wymagał cierpliwości. Ciasto musiało „oddychać”, jak mawiała moja babcia. Musiało rosnąć w cieple, bez przeciągów, otulone lnianą ściereczką. Traktowałam je z czułością, której – teraz to widzę – brakowało w moim związku od miesięcy. Gniotłam sprężystą masę, wkładając w to całą siłę moich ramion i całą nadzieję mojego serca. Wierzyłam, że droga do serca mężczyzny wciąż prowadzi przez żołądek. Jakże naiwna byłam, sądząc, że konfitura z płatków róży jest w stanie naprawić to, co pękło między nami w ciszy.

Paweł zmienił się rok temu. To nie stało się z dnia na dzień, to był proces. Najpierw zaczął narzekać na bóle pleców, potem kupił karnet na siłownię. Cieszyłam się. „Zadbamy o siebie, kochanie” – mówił, a ja kiwałam głową, chociaż sama wolałam jogę w domowym zaciszu niż spocone sale pełne żelastwa. Z czasem siłownia stała się jego drugim domem. Wracał późno, pachnący cytrusowym żelem pod prysznic, z tą dziwną iskrą w oku, którą brałam za endorfiny po treningu. Wyrzeźbił sylwetkę, kupił nowe, dopasowane koszule. Ja zostałam w domu ze swoimi wypiekami.

Tego ranka chciałam mu zrobić niespodziankę. Przecież był tłusty czwartek! Ułożyłam gorące pączki na porcelanowej paterze, posypałam je obficie cukrem pudrem i zaparzyłam jego ulubioną kawę. Czekałam, aż wejdzie do kuchni, wyobrażając sobie ten błysk w jego oku.

Nawet dzisiaj nie skusił się na moje pączki

Kiedy wszedł, był już ubrany w garnitur. Wyglądał świetnie, nie mogłam temu zaprzeczyć. Granatowa marynarka idealnie opinała jego barki. Spojrzał na stół, a potem na mnie. Jego wzrok nie był jednak ciepły. Był... oceniający.

– Pączki? – zapytał, jakbym postawiła przed nim miskę z trucizną. – Marlena, wiesz, że to nie dla mnie? Jeden taki to godzina biegania.

Poczułam, jak uśmiech zastyga mi na twarzy.

– Ale to tradycja, Paweł – próbowałam obrócić to w żart, choć w środku coś mnie ścisnęło. – Domowe, na żółtkach, z różą. Twoje ulubione. Zjedz chociaż jednego, na szczęście.

Podszedł do ekspresu, nalał sobie drugiej czarnej kawy bez cukru. Nawet nie usiadł.

– Nie mogę. Mam dzisiaj ważny dzień w firmie, a potem trening. Nie chcę czuć się ociężały.

Odstawił kubek, cmoknął mnie w czoło – chłodno, beznamiętnie, jakby całował ciotkę na imieninach – i wyszedł. Zostałam sama z górą pączków, które nagle przestały pachnieć domem, a zaczęły śmierdzieć moją porażką. Usiadłam przy stole i z bezsilności zjadłam jednego. Był idealny. Puszysty, słodki, lekko kwaskowaty od nadzienia. A jednak smakował jak popiół. Łzy kapały mi na talerz, mieszając się z cukrem pudrem. Czułam się niepotrzebna. Wtedy zadzwoniła Kaśka, moja przyjaciółka ze studiów.

– I jak? Twój sportowiec skusił się na rozpustę? – zapytała wesoło.

– Nie – mruknęłam, starając się ukryć drżenie głosu. – Powiedział, że nie ma ochoty.

– Marlena... – ton Kaśki zmienił się natychmiast. – Nie chcę cię denerwować, ale widziałam go wczoraj. I przedwczoraj też.

– Gdzie? Na siłowni?

– Nie. W tej nowej kawiarni przy rynku. Z jakąś młodą laską. Śmiali się, jedli jakieś ciastka.

Serce podeszło mi do gardła.

Czułam się jak włamywacz, ale musiałam...

Zaprzeczyłam. Oczywiście, że zaprzeczyłam. Powiedziałam Kaśce, że to na pewno jakaś klientka, że Paweł ma teraz dużo spotkań biznesowych. Ale ziarno niepewności zostało zasiane i zaczęło kiełkować w zastraszającym tempie.

Paweł był maniakiem gadżetów. Miał najnowszy smartwatch, który mierzył mu tętno, kroki, poziom stresu i jakość snu. Wszystko synchronizowało się z aplikacją na jego telefonie, ale... zapomniał o jednym. Mieliśmy wspólny tablet, który leżał w salonie i służył głównie do sterowania muzyką i przeglądania przepisów. Kiedyś, miesiące temu, zalogował się tam na swoje konto w chmurze i nigdy się nie wylogował.

Podeszłam do tabletu z drżącymi rękami. Czułam się jak włamywacz we własnym życiu. Kliknęłam w ikonkę aplikacji zdrowotnej. Synchronizacja sprzed 15 minut. Spojrzałam na wykresy. O godzinie 10:00, czyli teraz, powinien być w biurze. Jego tętno było spokojne, spoczynkowe.

Ale potem zerknęłam na zakładkę „Lokalizacja treningów”. Miał włączony GPS w tle. Niebieska kropka wcale nie pulsowała w centrum biurowym na Domaniewskiej. Była na drugim końcu miasta, na nowym, strzeżonym osiedlu, gdzie wynajem kawalerki kosztuje więcej niż moja miesięczna pensja.

„Może ma tam spotkanie?” – pomyślałam, desperacko chwytając się resztek zaufania. Ale potem zobaczyłam historię z zeszłego tygodnia. „Trening siłowy” o 18:00. A przecież wtedy nie miał być na siłowni. Zrobiło mi się niedobrze. On nie spalał tych kalorii na bieżni. Był z kochanką. Wtedy, gdy ja szukałam przepisów na zdrowe kolacje, żeby mu zaimponować. Wtedy, gdy ja prasowałam jego koszule, żeby wyglądał perfekcyjnie.

Moje prywatne śledztwo z pączkami w tle

Musiałam to sprawdzić. Nie mogłam tak po prostu siedzieć i czekać, aż wróci i powie, że jest zmęczony po „ciężkim dniu”. Spakowałam pączki do pudełka – sama nie wiem po co, może to był jakiś odruch bezwarunkowy – i wsiadłam do samochodu.

Jazda przez miasto była koszmarem. Każde czerwone światło wydawało się trwać wiecznie. W głowie układałam scenariusze. Może to pomyłka? Może GPS szwankuje? A może on po prostu ma tam jakąś tajną metę, gdzie... nie wiem, skleja modele samolotów? Absurdalne myśli przelatywały mi przez głowę, byle tylko oddalić tę jedną, najbardziej oczywistą.

Dojechałam na miejsce. Nowoczesne bloki ze szkła i betonu. Zaparkowałam w bocznej uliczce, z której miałam widok na wyjazd z garażu podziemnego. Czekałam. Minęła godzina. Czułam się żałosna. I wtedy go zobaczyłam. Drzwi klatki schodowej otworzyły się. Wyszedł Paweł. Nie miał na sobie marynarki, koszulę miał rozpiętą pod szyją, rękawy podwinięte. Wyglądał na zrelaksowanego, młodszego o dziesięć lat. A obok niego szła ona. Była niska, z burzą rudych loków. Śmiała się głośno, odrzucając głowę do tyłu. To była kobieta, która cieszy się życiem.

Ale najgorsze było to, co trzymali w rękach. Paweł niósł papierową torbę z logo popularnej sieci cukierni. Wyjął z niej pączka. Takiego ociekającego tanim lukrem, sztucznego, wielkiego. Ugryzł go z takim apetytem, jakiego nie widziałam u niego od lat. Śmiali się, ona otarła mu kącik ust palcem, a on pocałował ten palec.

W moim aucie zrobiło się nagle bardzo duszno. Nie chodziło o to, że mnie zdradzał. To wiedziałam już od godziny. Chodziło o to, że kłamał w tak perfidny sposób. Wmawiał mi, że chodzi o zdrowie, o dyscyplinę. Podczas gdy sam... sam po prostu chciał innego życia. Życia, w którym mógł być kimś innym, z inną kobietą u boku. Jego problemem byłam ja. A raczej to, że znudziła mu się nasza stabilizacja, nasza domowa rutyna.

Wrócił do domu, jakby nic się nie wydarzyło

Nie wysiadłam. Nie zrobiłam awantury na ulicy. Uruchomiłam silnik i wróciłam do domu. Kiedy weszłam do kuchni, zapach smażonego ciasta wydał mi się mdlący. Ale nie zamierzałam płakać. Coś we mnie pękło, ale w tym pęknięciu znalazłam siłę. Złość. Zimną, kalkulującą złość. Wrócił wieczorem, koło dwudziestej.

– Cześć, kochanie! – zawołał od progu, udając zmęczenie. – Ależ wycisk dał mi dzisiaj trener. Nogi mi odpadają.

Wszedł do kuchni. Ja siedziałam przy stole, a przed sobą miałam tablet z otwartą aplikacją z wykresami jego tętna i mapą. Obok stała patera. Zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na tablet, potem na mnie. Jego twarz momentalnie poszarzała. Zrozumiał, że wiem. Nie musiał pytać. Wykres z godziny 11:00, z lokalizacją na ulicy Różanej, świecił na ekranie jak oskarżenie.

– Marlena, to nie tak... – zaczął standardową śpiewkę, ale uniosłam rękę.

– Nie męcz się – powiedziałam spokojnie. – Siadaj.

Usiadł, patrząc na mnie z przerażeniem. Spodziewał się krzyków, talerzy rozbijanych o ścianę. A ja byłam spokojna.

Widziałam cię dzisiaj – kontynuowałam.

Spuścił wzrok.

– To skomplikowane... – wydukał.

– Nie, Paweł. To bardzo proste. Zdradziłeś mnie. Ale gorsze jest to, że robiłeś ze mnie idiotkę.

Wstałam.

– Masz wybór – powiedziałam, przesuwając w jego stronę paterę. – Możesz się spakować i wyjść do niej. Teraz. Albo możesz mi wytłumaczyć, dlaczego to wszystko się stało.

Patrzył na te pączki jak na wyrok. Wiedział, że cokolwiek powie, nic już nie będzie takie samo. Tłusty czwartek, który miał być świętem miłości, stał się dniem końca naszego świata.

– Ona... ona mnie nie ocenia – szepnął w końcu.

– Ja cię nie oceniam, Paweł. Ja cię kochałam. A ty wybrałeś fast-food. W każdym tego słowa znaczeniu.

Wyszłam z kuchni, zostawiając go z zapachem różanej konfitury i gorzką świadomością, że właśnie stracił jedyną osobę, która dbała o niego naprawdę, a nie tylko na pokaz. Tej nocy spałam w gościnnym. Nie chciałam na niego patrzeć, ale nie załamałam się. Nie byłam jego pierwszym wyborem, trudno. Od teraz zamierzałam dogadzać już tylko sobie.

Marlena, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama