Reklama

Myślałam, że obrączka na palcu to bilet do wspólnej podróży przez życie, pełnej wyzwań i emocji, a nie przepustka do wegetacji przed telewizorem. Patrzyłam na mężczyznę, którego kochałam, jak powoli zamienia się w cień dawnego siebie, zlewając się z szarością tapicerki naszej kanapy. Czułam się niewidzialna, pomijana i samotna w małżeństwie, które miało zaledwie trzy lata.

Zapuścił się

To było niedzielne popołudnie, słońce wpadało do salonu szerokimi strugami, oświetlając kurz wirujący w powietrzu. Stałam w progu pokoju, trzymając w rękach dwie filiżanki parującej kawy. Tomek leżał na kanapie w tej samej pozycji, co zawsze. Jedna ręka pod głową, druga na pilocie, nogi wyciągnięte na pufie. Miał na sobie te same, wyciągnięte dresowe spodnie, które nosił przez cały weekend. Jego wzrok był pusty, utkwiony w migającym ekranie, na którym leciała powtórka jakiegoś serialu komediowego.

– Zrobiłam kawę – powiedziałam, starając się brzmieć pogodnie. – Może pójdziemy potem na spacer? Jest pięknie na zewnątrz.

Odpowiedziało mi mruknięcie. Nawet nie odwrócił głowy. Po prostu wyciągnął rękę w moją stronę, oczekując, że podam mu kubek. Nie tak to miało wyglądać. Kiedy się poznaliśmy, byliśmy parą, która nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Każdy weekend spędzaliśmy w górach, na rowerach albo chociaż włócząc się po mieście i odkrywając nowe kawiarnie. Tomek był wtedy pełen energii, dbał o siebie, zawsze pachniał dobrą wodą kolońską i miał w oczach ten błysk, który sprawiał, że czułam się przy nim wyjątkowa.

Nic mu się nie chciało

Teraz ten błysk zniknął, przykryty warstwą codziennej rutyny i lenistwa. Ślub stał się dla niego metą. Zdobył mnie, więc uznał, że wyścig się skończył i można już zdjąć buty biegowe, by założyć kapcie. Przestał chodzić na siłownię, a jego sylwetka zaczęła się zaokrąglać. Nie to było jednak najgorsze. Najgorsza była ta mentalna ociężałość. Brak inicjatywy. Brak zainteresowania czymkolwiek poza pracą i odpoczynkiem po niej. Postawiłam kawę na stoliku, trochę za głośno, żeby zwrócić na siebie uwagę.

– Tomek, słyszałeś mnie? – zapytałam, czując narastającą irytację.

– Taa, spacer – mruknął, biorąc łyk napoju. – Daj spokój. Zmęczony jestem. Cały tydzień harowałem. Należy mi się chwila spokoju.

Problem w tym, że ta „chwila” trwała już od roku. Wycofałam się do kuchni, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Czułam się jak mebel. Jak element wyposażenia, który jest użyteczny, bo podaje kawę i pierze skarpetki, ale na który nie zwraca się uwagi, dopóki się nie zepsuje.

Nie zauważał mnie

Kilka dni później pojechaliśmy na obiad do rodziców Tomka. Miałam cichą nadzieję, że wyjście z domu zmusi go do jakiejś aktywności, może nawet do założenia koszuli. Faktycznie, włożył dżinsy i sweter, ale jego postawa się nie zmieniła. Siedział przy stole zgarbiony, mechanicznie przeżuwając schabowego.

Jego matka, kobieta o wielkim sercu, ale też nadopiekuńczej naturze, natychmiast zaczęła go usprawiedliwiać, gdy tylko wspomniałam, że ostatnio mało wychodzimy.

– Oj, Ewuniu, nie męcz go – powiedziała, dokładając mu ziemniaków. – Tomek ma taką odpowiedzialną pracę w tym biurze. Musi wypocząć. Dom jest od tego, żeby mężczyzna mógł się zregenerować.

– Ale mamo, my mamy po trzydzieści lat, a nie osiemdziesiąt – próbowałam oponować, ale mój głos zginął w brzęku sztućców. – Kiedyś biegaliśmy w półmaratonach.

– Ludzie się zmieniają, kochanie – skwitowała teściowa. – Ważne, że jest dobrym mężem, nie pije, do domu wraca. Czego chcieć więcej?

Usprawiedliwiała go

Spojrzałam na Tomka. Uśmiechał się zadowolony, że ma sojusznika. Wtedy zrozumiałam, że walczę nie tylko z jego lenistwem, ale z całym systemem przekonań, w którym został wychowany. On naprawdę uważał, że skoro pracuje osiem godzin dziennie, to po powrocie do domu ma prawo zapaść się w niebyt, a ja powinnam być wdzięczna, że po prostu jest.

Czułam, jak narasta we mnie bunt. Nie chciałam takiego życia. Nie chciałam być żoną ducha, który fizycznie zajmuje miejsce na kanapie, ale mentalnie jest nieobecny. Patrzyłam na niego i zamiast miłości, zaczynałam czuć litość, a to najgorsze uczucie, jakie może pojawić się w związku.

Przełom nastąpił w naszą rocznicę. Zarezerwowałam stolik w naszej ulubionej restauracji, kupiłam nową sukienkę. Wróciłam z pracy wcześniej, wyszykowałam się i czekałam. Tomek wszedł do domu o siedemnastej. Spojrzał na mnie, potem na zegarek.

– O, ładnie wyglądasz – rzucił, zdejmując buty. – Ale wiesz co? Jestem padnięty. Szef dzisiaj dał nam popalić. Może zamówimy pizzę i obejrzymy ten nowy film na platformie? Odwołaj rezerwację, co?

Zaskoczyłam go

Stałam tam w szpilkach, ze starannie ułożonymi włosami, a on proponował mi pizzę i dres. Spokojnie zdjęłam kolczyki, odłożyłam torebkę i spojrzałam mu prosto w oczy.

– W porządku – powiedziałam chłodno. – Zamów sobie pizzę.

– Sobie? A ty?

– Ja wychodzę. Mam rezerwację. Szkoda, żeby przepadła.

Zdziwienie na jego twarzy było bezcenne. Nigdy wcześniej tego nie zrobiłam. Zawsze ulegałam, dostosowywałam się, dbałam o domowe ognisko. Tym razem wyszłam. Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki Anki, która zjawiła się w restauracji w ciągu pół godziny. To ona powiedziała mi coś, co stało się moim planem działania.

– On przestał się starać, bo jest pewien, że nigdzie się nie wybierasz. Jesteś jak wygodny fotel. Zawsze na miejscu. Musisz przestać być meblem, stać się znowu kobietą, którą trzeba zdobywać. Albo przynajmniej taką, którą można stracić.

Tamtego wieczoru wróciłam późno. Tomek spał na kanapie przy włączonym telewizorze. Pudełko po pizzy leżało na podłodze. Nie sprzątnęłam go. Przykryłam go kocem, ale nie z czułości, lecz z chłodnej kalkulacji. Następnego dnia zaczęłam realizować swój plan.

Postanowiłam działać

Zawsze interesowałam się fotografią, ale nigdy nie miałam na to czasu. Praca, dom, dbanie o potrzeby Tomka – to wszystko wypełniało mój grafik. Postanowiłam zapisać się na profesjonalny kurs fotografii reportażowej. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu wieczorami i w co drugi weekend. Kiedy oznajmiłam to Tomkowi, ledwo podniósł wzrok znad telefonu.

– Fajnie, kochanie. Jeśli cię to bawi – mruknął.

Nie wiedział jeszcze, co to oznacza. Pierwsza zmiana była logistyczna. We wtorki i czwartki nie było mnie w domu do dwudziestej pierwszej. Nie było ciepłego obiadu czekającego na stole. Nie było wyprasowanych koszul na rano.

– Gdzie są moje niebieskie spodnie? – zapytał pewnego ranka, stojąc bezradnie przed szafą.

– Pewnie w koszu na pranie – odpowiedziałam, malując rzęsy przed lustrem. – Nie miałam czasu wstawić prania, musiałam przygotować portfolio na zajęcia.

Był w szoku. Bez słowa wyjął deskę do prasowania i zaczął niezdarnie prasować, mamrocząc pod nosem. Ale to nie obowiązki domowe były kluczem. Kluczem była moja energia. Kurs fotografii sprawił, że odżyłam.

Zabolało go to

Poznałam nowych ludzi – artystów, pasjonatów, ludzi, którym się chciało. Zaczęłam wracać do domu z wypiekami na twarzy, opowiadając o świetle, kompozycji i o tym, jak zabawny był dzisiaj Piotr – nasz instruktor. Imię „Piotr” działało na Tomka jak płachta na byka, choć zupełnie nieświadomie. Piotr był starszym panem z siwą brodą, ale celowo o tym nie wspominałam. Mówiłam tylko: „Piotr powiedział, że mam talent”, „Piotr uważa, że powinnam częściej się uśmiechać”.

Po miesiącu zauważyłam pierwszą zmianę. Tomek zaczął na mnie patrzeć. Kiedy szykowałam się do wyjścia na zajęcia, ubierałam się wygodnie, ale stylowo. Dżinsy, skórzana kurtka, botki. Czułam się atrakcyjna i to było widać.

– Znowu idziesz? – zapytał pewnego wieczoru, odkładając pilota. Na ekranie pauza. To już był sukces.

– Tak, mamy dzisiaj plener nocny. Będziemy fotografować miasto w ruchu – odpowiedziałam, pakując aparat.

– Z tym całym Piotrem?

– Z całą grupą, z Piotrem też. Nie czekaj na mnie, będę późno.

Martwił się o mnie

Wróciłam po północy. Tomek nie spał. Siedział w kuchni, przy zgaszonym świetle, pijąc herbatę.

– Martwiłem się – powiedział cicho.

– Niepotrzebnie. Jestem dużą dziewczynką – uśmiechnęłam się i poszłam pod prysznic, nucąc pod nosem.

Widziałam, jak walczy sam ze sobą. Jego wygodna, bezpieczna bańka pękła. Żona, która zawsze była na wyciągnięcie ręki, nagle miała swój świat, do którego on nie miał dostępu, bo sam z niego zrezygnował. Zaczął dostrzegać, że życie toczy się dalej, a on stoi w miejscu.

Tydzień później zauważyłam, że zniknęły worki ze śmieciami, o których wyniesienie prosiłam od trzech dni. W łazience, na półce Tomka, pojawił się nowy żel do twarzy i perfumy, których używał na początku naszego związku. Kiedy weszłam do salonu, zamiast leżeć, siedział i czytał jakąś książkę.

– Zepsuł się telewizor? – zapytałam z przekąsem.

– Nie. Po prostu pomyślałem, że poczytam. Co u ciebie? Jak zdjęcia? – zapytał, a w jego głosie wyczułam autentyczne zainteresowanie, a nie tylko grzeczność.

Coś się zmieniło

Usiadłam obok niego i pokazałam mu kilka ujęć na wyświetlaczu aparatu. Przysunął się bliżej. Poczułam ten zapach. Zapach mężczyzny, w którym się zakochałam. Ostateczny test nadszedł wraz z wyjazdem plenerowym w Bieszczady. Trzy dni. Wyjazd z grupą, nocleg w schronisku. Kiedy się pakowałam, Tomek krążył wokół mnie jak zranione zwierzę.

– Naprawdę musisz jechać na cały weekend? – zapytał, patrząc, jak składam swetry.

– To część kursu. Zależy mi na tym. Poza tym, lubię góry. Pamiętasz? Kiedyś jeździliśmy tam razem.

To zdanie zawisło w powietrzu. Spuścił wzrok.

– Pamiętam – szepnął. – Bardzo dawno tam nie byliśmy.

– No właśnie. Ty nie chciałeś, a ja nie zamierzam rezygnować z życia tylko dlatego, że ty wolisz kanapę.

Wyjechałam w piątek rano. Przez te trzy dni miałam ograniczony kontakt ze światem, ale kiedy łapałam zasięg, widziałam wiadomości od niego. Nie były to pytania „Gdzie leży masło?”, ale „Dobrej nocy, tęsknię”, „Tu jest tak pusto bez ciebie”, „Wziąłem się za naprawę tej szafki w przedpokoju”.

Przeszedł przemianę

Bawiłam się świetnie, ale też tęskniłam. Jednak wiedziałam, że nie mogę wrócić za wcześnie. Musiał poczuć moją nieobecność. Musiał zrozumieć, że ja jestem darem, a nie pewnikiem. Kiedy wróciłam w niedzielę wieczorem, dom lśnił. Podłogi były umyte, naczynia pochowane, a na stole w jadalni stał wazon z kwiatami. Ale największa zmiana zaszła w Tomku.

Wyszedł mi na spotkanie do przedpokoju. Nie w dresie. Miał na sobie dżinsy i czystą koszulę. Był ogolony. Wyglądał na zmęczonego, ale to było dobre zmęczenie – takie po wysiłku, a nie po lenistwie.

– Cześć – powiedział, biorąc ode mnie ciężką torbę. – Jak było?

– Niesamowicie. Muszę ci tyle opowiedzieć – odparłam, zdejmując buty.

– Opowiesz. Ale najpierw… – zawahał się, po czym podszedł bliżej i mocno mnie przytulił.

Stałam w jego ramionach, czując bicie jego serca. Nie puszczał mnie przez dłuższą chwilę.

– Przepraszam – szepnął mi do ucha. – Byłem idiotą. Zgubiłem się gdzieś po drodze. Myślałem, że jak już jesteśmy małżeństwem, to nie muszę nic robić. Że po prostu będziesz. Ale kiedy wyjechałaś… ta cisza w domu była straszna. Bałem się, że pewnego dnia wyjdziesz na te swoje zdjęcia i już nie wrócisz, bo tamto życie będzie ciekawsze niż siedzenie ze mną przed telewizorem.

Zrozumiał swój błąd

Odsunęłam się, żeby spojrzeć mu w oczy. Były wilgotne.

– Masz rację, bałeś się słusznie – powiedziałam szczerze. – Bo ja nie chcę życia przed telewizorem. Chcę życia z tobą, ale z tym tobą, który jest ciekawy świata, który ma pasje, który dba o naszą relację.

– Wiem. I obiecuję, że to się zmieni. Nie mówię, że od razu wejdę na Rysy, ale kupiłem nam bilety do kina na piątek. I karnet na basen dla mnie. Muszę zrzucić ten brzuch, bo zaczynam wyglądać jak twój wujek, a nie mąż.

Roześmiałam się. To był pierwszy szczery śmiech w naszym domu od miesięcy. Zaczęliśmy znów wychodzić. Czasem on dołącza do mnie na plenery fotograficzne – nie robi zdjęć, ale nosi statyw i po prostu spaceruje, ciesząc się naturą. Zapisał się na siłownię, i choć wciąż narzeka na zakwasy, to widzę, jak wraca mu pewność siebie.

Ja nie zrezygnowałam ze swojej pasji. Wręcz przeciwnie, rozwijam ją. Mam swój świat, swoje tajemnice i swoje sukcesy. I paradoksalnie, to właśnie sprawia, że jesteśmy bliżej siebie. Bo teraz, kiedy wieczorem siadamy razem na tej nieszczęsnej, a teraz już tylko wygodnej kanapie, mamy sobie o czym opowiadać.

Ewa, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama