„Mąż pojechał z dziećmi na ferie w góry. Wrócił z pamiątką, która kompletnie zniszczyła nasze małżeństwo”
„Dwa dni później wieszałam jego kurtkę w szafie. Zrobił się nagły przymrozek i znowu wróciły zimowe rzeczy. Przesunęłam dłonią po materiale i zauważyłam coś dziwnego – długi włos na wewnętrznej stronie kołnierza”.

- Redakcja
Kiedy inni pakowali walizki i planowali wyjazdy, ja po prostu chciałam chwilę ciszy. Praca w korpo, dzieci, dom i mąż – wszystko to razem potrafiło czasem przytłoczyć. Dlatego, kiedy padł pomysł, że on zabierze dzieciaki w góry, a ja zostanę, przystałam na to z ulgą. Chciałam parę dni nie słyszeć słowa „mamo”, nie robić śniadania w pośpiechu i nie odbierać tysięcy powiadomień służbowych z kuchni. Marzyłam, żeby wreszcie posiedzieć w ciszy, w szlafroku, z kubkiem herbaty. Nie sądziłam, że mąż wróci z „pamiątką”, która na zawsze zmieni nasze życie.
Pożegnałam ich
W piątek rano stałam w progu z kubkiem kawy i patrzyłam, jak moje dzieci, opatulone szalami, taszczą swoje walizki. Mąż latał z kąta w kąt, sprawdzając wszystko po dziesięć razy.
– Masz bilety? – spytałam, trochę zbyt spokojnie jak na ten chaos.
– Mam, przecież mówiłem już. I potwierdzenie rezerwacji. I te nieszczęsne vouchery na lekcje jazdy – odpowiedział, grzebiąc w nerwowo przeszukiwanej torbie.
– A szczoteczki do zębów dzieci?
– Sprawdź, proszę, w ich kosmetyczkach, ja nie pamiętam, kto co pakował – rzucił przez ramię.
Westchnęłam, bo oczywiście wszystko i tak spakowałam ja. On tylko udawał, że ogarnia. Jednak nie miałam ochoty się kłócić. Jeszcze przez chwilę udawałam, że sprawdzam ich rzeczy, chociaż znałam każdy szczegół. W końcu podeszłam do nich i przytuliłam dzieci.
– Bądźcie grzeczni, nie kłóćcie się na stoku – pocałowałam ich w czoła. – I słuchajcie taty, nawet jeśli znowu zgubi się na parkingu.
– Mamo! – zachichotała córka. – Tato się nie gubi, tylko kręci w kółko!
– Ej! – zaprotestował mąż. – W górach się nie gubię. Mam nawigację. I wewnętrzny kompas.
– Kompas to ty masz chyba w kieszeni razem z batonami – mruknęłam.
Popatrzył na mnie kątem oka.
– Wiem, że jesteś zmęczona. Odpocznij, może umów się z koleżankami?
– Jedźcie. I wróćcie cali – odpowiedziałam krótko.
Nie spodziewałam się, że wrócą... tacy inni.
Tęskniłam za rodziną
Trzeciego dnia ich wyjazdu dostałam od niego MMS-a. Zdjęcie z dzieciakami na stoku, wszyscy w goglach i kaskach, uśmiechnięci. Dzieciaki trzymały się za ręce, a on stał obok, z uniesionym kciukiem. W tle – widok jak z folderu biura podróży. Odpisałam krótko:
„Fajnie, bawcie się dobrze”.
Potem odłożyłam telefon i wróciłam do książki. Wieczorem zadzwonił.
– Hej, wszystko w porządku? – zapytałam, słysząc w tle gwar restauracji.
– Tak, tak. Właśnie zamawiamy pizzę. Dzieciaki znowu głodne jak wilki – zaśmiał się. – U ciebie spokój?
– Cisza jak makiem zasiał. Nawet kot mnie dziś ignoruje. Zrobiłam sobie kąpiel i wyprasowałam wszystko, co się dało. Tylko trochę dziwnie tak... bez was.
– Serio? – zdziwił się. – Myślałem, że będziesz skakać z radości, że ci nikt nie włazi do łazienki.
– A ty nie tęsknisz?
Zamilkł na moment. Potem odchrząknął.
– Tęsknię. Zwłaszcza za twoją kawą. Ta z automatu smakuje jak popłuczyny po butach narciarskich.
Parsknęłam śmiechem.
– Czyli klasyka. Ty i twoje narzekanie. A dzieciaki?
– Szaleją. Mały zjeżdżał dzisiaj na sankach jak rakieta. Starsza złapała bakcyla, chce zapisać się na snowboard. Rozważmy to po powrocie, okej?
– Jasne, wszystko zanotuję. Tylko wracajcie cali i zdrowi.
– Obiecuję. A jutro mamy jazdę z instruktorką. Dzieciaki ją uwielbiają. Taka fajna, energiczna, wiesz... z tych, co mają zawsze uśmiech na twarzy.
Zanotowałam w głowie to jedno słowo: instruktorka. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że powiedział to zbyt wesoło.
Ucieszyłam się
Wrócili w sobotę wieczorem. Weszli do domu ze śniegiem na butach. Wszystko wyglądało jak zwykle. Prawie.
– Mamo! Mamo, patrz, nauczyłam się skręcać! – córka już w przedpokoju zaczęła demonstrować jazdę na nartach, zupełnie jakby podłoga była stokiem.
– A ja zjechałem z górki bez upadku! – dodał młodszy, rzucając się w moje ramiona.
Wyściskałam ich z całych sił, a potem podeszłam do męża. Dałam mu buziaka.
– Jak było?
– Super. Naprawdę. Potrzebowaliśmy tego. Trochę się wyluzowałem. Nawet nie wiesz, jak dobrze mi to zrobiło – powiedział z uśmiechem.
Zabrzmiało to… jakby to on sam wrócił z urlopu duchowego, nie z gór z dziećmi.
– Mam coś dla ciebie – dodał, wyciągając małe pudełeczko z bocznej kieszeni plecaka.
Spojrzałam podejrzliwie.
– Pamiątka?
– Taki drobiazg. Zobaczyłem na stoisku pod stokiem i od razu pomyślałem o tobie.
Otworzyłam wieczko. W środku był bransoletka z czerwonym sznurkiem i zawieszką w kształcie serca. Tania. Trochę odpustowa. Zupełnie nie mój styl.
– Ładna – skłamałam. – Sam wybierałeś?
– W sumie… pomogła mi jedna dziewczyna ze stoiska. Zresztą… może nieważne.
– Dziewczyna?
– Ekspedientka, no przecież nie wróżka – zaśmiał się sztucznie.
Nie dopytywałam. Miałam tylko nadzieję, że nie mam do czynienia z klasyczną historią o „pomocnej ekspedientce”.
Zostałam sama
Dwa dni później wieszałam jego kurtkę w szafie. Zrobił się nagły przymrozek i znowu wróciły zimowe rzeczy. Przesunęłam dłonią po materiale i zauważyłam coś dziwnego – długi włos na wewnętrznej stronie kołnierza.
– Dzieci farbowały się na blond? – rzuciłam na pół żartem, gdy wszedł do kuchni.
– Co?
– Bo znalazłam jasny włos na twojej kurtce. Całkiem długi. Taki... kobiecy.
Zamarł na chwilę, dosłownie na ułamek sekundy. Potem wzruszył ramionami.
– Może od tej instruktorki. Wszędzie się z nami kręciła, dzieci ją uwielbiały.
– Jasne. No tak, przecież była "fajna i energiczna", zapomniałam.
– Przestań. To była po prostu instruktorka. Przecież nie zabrałem jej do łóżka.
– Nie wiem, czy coś zabrałeś do łóżka, ale ktoś na pewno zostawił ci prezent na kołnierzu – powiedziałam chłodno.
– Przestań robić sceny. Serio. Przysięgam, nic się nie wydarzyło.
– Czy ja coś powiedziałam?
– No, cały czas sugerujesz... Insynuujesz... Znowu masz te swoje podejrzenia!
– To nie moje podejrzenia. To twój kołnierz i cudzy włos.
Spojrzał na mnie z irytacją, jakbym przeszkadzała mu w czymś bardzo ważnym. Potem bez słowa wyjął z szuflady ładowarkę, podłączył telefon i zniknął w salonie. Zostałam sama. Patrzyłam na tę bransoletkę, leżącą wciąż na blacie. Niby symbol miłości. A pachniała tanim kłamstwem.
Udawałam, że oglądam serial
Tydzień później mąż siedział na kanapie z telefonem w dłoni. Udawałam, że oglądam serial, ale kątem oka widziałam, jak szybko przewija coś w wiadomościach. I jak uśmiecha się do ekranu. Poszłam do łazienki i zostawiłam drzwi uchylone. Słyszałam, jak pisze. Klik. Klik. Klik. Zamilkło. Po chwili – znowu klik. I ten jego cichy śmiech. Gdy wyszłam, telefon leżał ekranem do dołu. Klasyka.
– Z kim piszesz? – spytałam niby mimochodem, nalewając wody do szklanki.
– Do kolegi z pracy. Szukamy hotelu na ten wyjazd firmowy w marcu.
– Aha. To ten kolega też tak cię rozśmiesza?
– Co?
– Słyszałam, jak się śmiałeś. Myślałam, że może oglądasz coś śmiesznego. Ale nie. Piszesz.
– Rany boskie, to przesłuchanie? – westchnął teatralnie.
– Nie. Po prostu pytam. Zainteresowanie. To się kiedyś nazywało troską. Pamiętasz?
Wstał z kanapy, podniósł telefon i podszedł do mnie z ironicznym uśmiechem.
– Może chcesz przeczytać? Proszę bardzo. Chcesz kod do telefonu?
– Nie jestem detektywem. Nie potrzebuję hasła. Wystarczy, że widzę, co widzę. I czuję.
– Zaczynasz się nakręcać. Nic się nie dzieje, serio. Już naprawdę nie wiem, co mam ci powiedzieć.
Spojrzałam mu w oczy.
– Może przestań mówić. I po prostu posprzątaj po sobie, zanim wszystko się rozleje.
Wiedziałam, że jeśli go teraz nie przycisnę, za chwilę będzie za późno.
Miałam dość kłamstw
Tydzień później, późnym wieczorem, gdy dzieci już spały, znalazłam w jego kurtce paragon. Nie z żadnego stoiska z pamiątkami. Butik z biżuterią. Kraków, galeria handlowa, z dnia, w którym mieli mieć całodniowy kulig. Nazwa produktu: „bransoletka srebrna z zawieszką, kolekcja Miłość”. Usiadłam przy stole. Bransoletka leżała nadal tam, gdzie ją rzuciłam. I czekała. Jakby sama domagała się prawdy. Gdy mąż wszedł do kuchni, nawet nie spojrzałam na niego.
– Gdzie dzieci?
– Śpią. A ja czekam na wyjaśnienie.
– Znowu to samo? – jęknął. – Naprawdę nie możesz po prostu… odpuścić?
– Nie, zwłaszcza że twoja historia nie pasuje do bajeczki o „stoisku z pamiątkami” przy stoku.
Zamarł.
– Skąd go masz?
– Z twojej kurtki. Gdzie, jak widać, wszystko się gubi... oprócz dowodów.
Podrapał się po karku. Przez moment wyglądał jak dzieciak przyłapany na ściąganiu.
– Dobra. To nic nie znaczyło. Po prostu gadaliśmy. Trochę flirtu, może przelotna fascynacja...
– Trochę? Przelotna? I pomyślałeś, że jej gust będzie dobrą miarą mojego?
– Nie myślałem. Chciałem coś przywieźć. I wziąłem... to.
– Czyli tak wygląda twoje „nic się nie dzieje”?
Milczał. Patrzył, jak zdejmuję obrączkę i kładę obok bransoletki.
– Ta pamiątka zostaje z tobą. Ja już nie muszę.
– Poczekaj, przecież…
– Wróciłeś z gór z prezentem, który cię zdradził szybciej niż słowa. Widocznie w twoim życiu nie ma już dla mnie miejsca.
Monika, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kolejny Dzień Babci znów spędzam sama w kapciach przed telewizorem. Niedługo całkiem zapomnę, jak wygląda mój wnuk”
- „Na Dzień Babci dostałam SMS-a z wierszykiem z internetu. A ja tylko marzyłam, żeby wnuki wtuliły się w moje ramiona”
- „Mąż późno wracał do domu i kłamał mi w oczy, że to przez pracę. Szybko odkryłam, jak wyglądają te jego służbowe kolacje”