„Mąż popamięta moje postanowienie noworoczne. Nie mógł wybrać między mną a kochanką, więc mu pomogę”
„Nie jestem kobietą, która sprawdza telefon partnera. Ale... coraz częściej słyszałam w sobie cichy alarm, który brzęczy w tle, kiedy coś się psuje, choć na zewnątrz jeszcze wszystko wygląda normalnie. Tego dnia Piotr poszedł pod prysznic i zostawił telefon na pralce. Zawibrował raz, drugi... Nie chciałam patrzeć. Przysięgam. Ale przecież każdy alarm w końcu wymaga sprawdzenia”.

- Redakcja
Czasem wydaje mi się, że nasze życie z Piotrem toczyło się jak według scenariusza dobrze znanego serialu — poranne kawy, wspólne śniadania, wymiana słów przy drzwiach: „Uważaj na siebie”, „Nie zapomnij o mleku”. Byliśmy razem siedem lat, z czego sześć mieszkałam w jego mieszkaniu, które teraz nazywałam naszym. Jego bałagan w szufladzie kuchennej drażnił mnie, ale też dziwnie uspokajał. Mój kubek z pękniętym uchem stał zawsze po lewej, jego – z napisem „Boss” – po prawej. Taka nasza codzienność.
Kiedyś powiedziałam Marcie, że nie jestem zazdrosna. Że przecież zaufanie to fundament. Ona się zaśmiała i rzuciła:
– Ty to się chyba z rozsądkiem urodziłaś.
Ale w ostatnich tygodniach rozsądek jakoś przestawał działać. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Piotr od stycznia nagle zaczął przykładać wagę do wyglądu? Nowa kurtka, perfumy, które pachniały jakby... nie dla mnie. Wracał późno, śmiał się z wiadomości na telefonie, które nagle zaczął kasować. Gdy pytałam, co się stało, odpowiadał, że to stres w pracy.
Byłam w szoku
Telefon zawibrował trzeci raz. W łazience było słychać szum wody, a ja stałam w kuchni, udając, że właśnie mieszam mleko do kawy. Powiedziałam sobie, że tylko zerknę. Że niczego nie dotknę. Nie jestem tą kobietą, która sprawdza telefon swojemu partnerowi. Ale przecież zostawił go sam, ot tak, jakby nie miał nic do ukrycia. Może nie miał. Może chciał, żebym spojrzała. A może zapomniał. Ale ekran rozświetlał się za każdym razem, a na nim – ta sama wiadomość. Lokalizacja. Udostępniona. Kaja: „Już jestem”.
Ekran zgasł. Odeszłam od telefonu, jakby sam mnie odepchnął. Przeszłam do przedpokoju, założyłam płaszcz i czapkę, po cichu, bez szurania. Drzwi zamknęłam ostrożnie, żeby nie zaskrzypiały. Nie chciałam, żeby wyszedł z łazienki i zapytał, dokąd idę. Sama tego nie wiedziałam. Po prostu musiałam wyjść. Winda przyjechała szybko. W środku stała sąsiadka z trzeciego piętra, ta, co zawsze nosi ciężkie torby i mówi za dużo. Uśmiechnęła się do mnie jak zwykle.
– Ale zimno dziś, co?
Spojrzałam na nią i odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć:
– Na zewnątrz już nie.
Patrzyła na mnie chwilę w milczeniu. Nie zrozumiała, a może jednak.
Na dworze naprawdę nie było już tak zimno jak we mnie. Spacerowałam jeszcze przez jakiś czas bez celu. Poszłam w stronę przystanku, ale nie miałam zamiaru nigdzie jechać. Chciałam tylko sprawdzić, gdzie jest. Gdzie oni są, bo w międzyczasie mąż pewnie już dotarł na miejsce Przeszłam dwie ulice, potem jeszcze jedną. W końcu zobaczyłam – kawiarnię przy placu. Tam, gdzie kiedyś chodziliśmy razem. W środku, przy oknie, siedzieli. On i ona. Nachyleni w swoją stronę. Śmiali się.
Stałam po drugiej stronie ulicy. Nie wiedzieli, że patrzę. Nie zrobiłam zdjęcia, nie podeszłam. Nie krzyknęłam, nie weszłam, nie zapytałam: „Co to ma być?” Odwróciłam się i poszłam. Nie pamiętam, którędy. Głowa pulsowała, nogi niosły mnie same. Nie byłam tą kobietą, która robi sceny. Ale przestałam być też tą, która wierzy w jego spóźnione powroty i wymówki o korkach.
Czekałam na odwagę
Marta, moja przyjaciółka, nalała mi herbaty, choć prosiłam o kawę. I dobrze, bo po kawie tylko bardziej trzęsłyby mi się ręce. Trzymałam filiżankę w dłoniach, jakby miała mnie ogrzać.
– Ty dzisiaj w ogóle coś powiesz? – zapytała.
Wzruszyłam ramionami. Zaczęłam mówić o pracy. Że uczniowie coś tam, że dyrektorka znów zmienia grafik, że zima w tym roku wyjątkowo długa. Marta słuchała, ale widziałam, że czeka.
– I co jeszcze? – zapytała. – Bo chyba nie po to się spotkałyśmy, żebyś mi opowiadała o szkolnych apelach.
Milczałam jeszcze chwilę, ale w końcu spojrzałam na nią i powiedziałam:
– On ma kogoś.
Nie zapytała „jesteś pewna?” ani „może przesadzasz?” – i za to ją kocham. Westchnęła tylko, ciężko, tak jakby usłyszała to, czego się spodziewała, ale wolałaby nie.
– Kogo? Od kiedy?
– Nie wiem. Może od grudnia. Może wcześniej. Widzę ich. Byłam tam. Ale on nie wie.
Marta odstawiła filiżankę. Patrzyła na mnie uważnie, bez współczucia, ale też bez oceniania.
– Zuzanna, nie jesteś jego workiem treningowym – powiedziała spokojnie, ale ostro.
Zrobiłam krzywy uśmiech. Z tych, które mają udawać, że wszystko pod kontrolą.
– Może to tylko... kryzys? Może wróci?
– Może – odparła. – Ale pytanie: czy ty chcesz, żeby wrócił?
Zabrzmiało to jak coś bardzo prostego, ale ja poczułam, jakby ktoś wyciągnął ze mnie powietrze. Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam. Była we mnie taka część, która tęskniła, która wciąż myślała o nim jak o swoim Piotrze. Ale była też inna część – cicha, czujna – która wiedziała, że Piotr już dawno przestał do mnie należeć. I że nie wiem, czy chcę go z powrotem.
Marta nie drążyła. Siedziała ze mną jeszcze chwilę, aż opróżniłyśmy filiżanki. Przy pożegnaniu uścisnęła mnie mocno.
– Zrób z tym coś. Albo odejdź, albo zapytaj. Ale nie tkwij tak. To najgorsze – powiedziała.
Wróciłam do mieszkania późnym popołudniem. Piotr jeszcze nie wrócił. Zdjęłam płaszcz, usiadłam na kanapie i czekałam. Nie na niego. Na odwagę.
Nie miał odwagi wybrać
Piotr wrócił późno. Zdjął buty w przedpokoju, powiesił kurtkę, wszedł do salonu i udawał, że wszystko w porządku. Jakby nie widział, że siedzę w ciemności.
– Coś się stało? – zapytał.
– Kim jest ta druga? – odpowiedziałam.
Zamarł. Spojrzał w bok, jakby szukał jakiegoś punktu zaczepienia na ścianie.
– Zuzka… to nie tak, jak myślisz.
– Od kiedy perfumy i nowa kurtka stały się częścią twojej osobowości?
– To nic nie znaczy. Naprawdę. Po prostu… nie wiem, co się ze mną dzieje.
Przez chwilę milczał, jakby czekał, że może jednak mu odpuszczę. Ale nie odpuszczałam.
– Kilka razy – rzucił w końcu. – Przypadek. Nie planowałem tego. I nie wiem, co czuję.
Słowa, które miały niby coś wyjaśniać, tylko wbijały się we mnie głębiej. Patrzyłam na niego i widziałam obcego człowieka, który nie miał odwagi wybrać.
Musiałam z nią porozmawiać twarzą w twarz
Nie planowałam tego spotkania. Wyszłam z pracy wcześniej, nie miałam siły wracać do domu. Poszłam przed jego firmę. Może chciałam zobaczyć, czy tam jest. A może... ją.
Kaja wyszła pierwsza. Energiczna, uśmiechnięta. Miała na sobie modny płaszcz. Szła w moją stronę, ale mnie nie rozpoznała. Dopiero gdy zbliżyłam się i stanęłam przed nią, spojrzała z zaskoczeniem.
– Słucham?
– Chciałam cię zobaczyć z bliska. Twarzą w twarz – powiedziałam spokojnie, choć wewnątrz byłam burzą.
Nie wyglądała na przestraszoną. Raczej zdziwioną, może lekko skrępowaną.
– Jeśli chodzi o Piotra, to był nieszczęśliwy – powiedziała, jakby to wszystko miało być przez to w porządku. – Nie jestem winna, że się we mnie zakochał.
– Nie jesteś też niewinna – odpowiedziałam. – Od kiedy to trwa?
Zawahała się, ale odpowiedziała.
– Od początku grudnia.
Więc wtedy, gdy kupował nową kurtkę. Wtedy, gdy mówił, że musi zostać po godzinach. Wtedy, gdy ja czekałam z kolacją, a on pisał, że „jeszcze chwilę”.
Patrzyłam na nią. Nie wyglądała jak potwór. Tylko jak ktoś, kto przyszedł do życia innej kobiety i zabrał jej miejsce, nie pytając o zgodę.
– Nie martw się – powiedziałam. – Już go nie chcę.
Może już tu nie wrócę
Piotr siedział przy stole, gdy weszłam. Nie jadł, nie czytał, nie udawał zajętego. Po prostu siedział. Spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć coś ważnego, ale nie miał już słów. Usiadłam naprzeciwko.
– Wiem wszystko – powiedziałam.
Nie zaprzeczył. Kiwnął tylko głową.
– Dlaczego nie miałeś odwagi odejść?
– Nie chciałem cię stracić – odpowiedział cicho.
Patrzyłam na niego długo. Zmęczone oczy, zgarbione ramiona. Ale nie było we mnie już czułości.
– Nie zraniłeś mnie tą kobietą. Zraniłeś mnie swoją biernością.
Nie odpowiedział. Spuścił wzrok.
– Już mnie straciłeś – dodałam. – Wtedy, gdy wolałeś nie wybierać. Kiedy pozwoliłeś, żeby wszystko się rozpadło samo.
Wstałam. Wzięłam torbę, płaszcz, dokumenty z półki. Nie wiedziałam jeszcze, gdzie pójdę. Ale wiedziałam, że nie wrócę tu szybko. Może wcale. Zamykając za sobą drzwi, poczułam, że coś się kończy naprawdę. Ale też – że coś innego może wreszcie zacząć.
Nie wiem, ile będzie bolało
Śnieg już stopniał. Chodniki były mokre, ulice szare, ludzie jakby mniej obecni. Szłam powoli, z torbą przewieszoną przez ramię, jakby nie niosła w sobie resztek życia, które zostawiłam za drzwiami. W kieszeni wibrował telefon. Nie spojrzałam. Nie chciałam już wiedzieć, czy to on. Może tak. Może nie. Już mnie to nie obchodziło.
Marta zaproponowała, żebym u niej została kilka dni. Zgodziłam się. Nie chciałam być sama wieczorami. Siedząc na jej kanapie, patrzyłam przez okno. Bloki, światła, samochody. Ludzie wciąż gdzieś biegli. A ja? Ja przestałam się spieszyć. Nie miałam już dokąd. Nie wiem, ile będzie bolało. Może długo. Może nie przestanie nigdy. Ale wiem jedno – przeżyję.
Tamta scena w windzie wróciła do mnie nagle, jakby ktoś przewinął taśmę.
– Ale zimno dziś, co?
– Na zewnątrz już nie – odpowiedziałam wtedy.
Teraz powiedziałabym inaczej. Na zewnątrz już nie. Teraz zimno jest tylko we mnie.
Zuzanna, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W grudniu odkryłam, że mąż nie spłaca kredytu. Wściekłam się, gdy powiedział, na co poszły moje wypłaty”
- „Gdy przed świętami odeszłam od męża, matka się popłakała. Szkoda, że nie uroniła łzy nad smutnym losem własnej córki”
- „Nasze małżeństwo od dawna kręci się tylko wokół kanapy i telewizora. Mąż każdą inną rozrywkę uznaje za moją fanaberię”