Reklama

Kiedy wychodziłam za mąż, sądziłam, że szczęście będzie kwestią uczciwości, współpracy i wspólnych planów. Byliśmy ze sobą prawie dziesięć lat. On pracował jako doradca finansowy, ja przez długi czas zajmowałam się domem i naszym synem. Miałam zaufanie do niego – ślepe, jak się potem okazało. Zgodziłam się, by to on zarządzał naszymi pieniędzmi. Ufałam, że wie, co robi.

Żyliśmy skromnie, ja często odmawiałam sobie przyjemności, podczas gdy on tłumaczył, że musimy oszczędzać na przyszłość. Dopiero po czasie odkryłam, że ta przyszłość nie obejmowała mnie, tylko kogoś innego. Gdy zobaczyłam, jak wygląda życie jego „koleżanki z pracy”, to było już za wiele dla jednej osoby!

„Masz przecież wszystko, czego ci trzeba”

– Nie przesadzaj, przecież masz wszystko, czego ci trzeba. To się sklei... – powiedział z lekkim rozdrażnieniem, kiedy po raz pierwszy od dawna odważyłam się poprosić o coś dla siebie. Chciałam kupić sobie nowe buty na zimę. Poprzednie miały pękniętą podeszwę.

Spojrzał na mnie przez ramię, jakby właśnie oderwałam go od czegoś ważniejszego. Siedział z nosem w laptopie, pewnie znów przeliczał coś dla klientów albo wysyłał maile. Zawsze był zajęty.

– To tylko dwieście złotych – powiedziałam ostrożnie. – Zwykłe botki, nie proszę o nic ekstrawaganckiego.

– Kochanie, nie mamy teraz miejsca w budżecie. Sama wiesz, jak jest. Ceny wszystkiego poszły w górę. Możesz przecież jeszcze pochodzić w tamtych – rzucił, nawet na mnie nie patrząc.

W tej jednej chwili poczułam się nie jak żona, nie jak partnerka. Jak ktoś, kto żebrze o litość. Jak petentka we własnym domu. Nie miałam pracy, odkąd urodził się Kacper. Przez lata słyszałam, że „to przecież wspólna decyzja”. Że „najlepiej, jeśli jedno z nas zajmie się dzieckiem”. A teraz... czułam się jak dziecko we własnym małżeństwie.

– Jasne – odpowiedziałam cicho i wyszłam z kuchni, zanim zdążył zobaczyć, że kręcę głową z niedowierzaniem.

Tylko znajoma z biura?

Zaczęłam coś podejrzewać, kiedy coraz częściej wracał do domu późno. Tłumaczył się nadgodzinami, zmianami w zespole, nowym klientem, który „wymaga pełnej uwagi”. Wierzyłam mu, bo nie miałam powodów, by nie wierzyć. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Któregoś wieczoru zostawił telefon na stole, kiedy poszedł pod prysznic. Nigdy wcześniej nie miałam potrzeby, by go sprawdzać. Tego dnia coś mnie tknęło. Może sposób, w jaki uśmiechał się do ekranu, zanim odłożył komórkę. Może to, że od dawna nie uśmiechał się tak do mnie.

Wzięłam telefon do ręki. Ekran był odblokowany. Nie szukałam długo. Rozmowy z kimś zapisanym jako „Basia K.” były niemal codzienne. Dużo emotek, zdjęć z restauracji, kilka serduszek. Żartowali o „nudnych żonach” i „małych grzeszkach”. Gdy przeczytałam: „Nie mogę się doczekać weekendu w Krakowie”, serce zaczęło mi dudnić w uszach.

Kiedy wyszedł z łazienki, byłam już opanowana.

– Kto to jest Basia K.? – zapytałam spokojnie, choć ręce miałam lodowate ze stresu.

Zamarł.

– Znajoma z biura – odpowiedział z przesadną obojętnością.

Nie odpowiedziałam. Po raz pierwszy przestałam mu wierzyć.

Wyglądała jak milion dolarów

Nie miałam odwagi od razu skonfrontować się z całą prawdą. Przez kilka dni chodziłam jak w transie, udając, że nic się nie stało. On był bardziej uprzejmy niż zwykle, jakby przeczuwał, że coś jest nie tak. Albo już się przyzwyczaił do udawania.

Pewnego dnia zabrałam Kacpra do przedszkola i wracając, skręciłam w uliczkę, której zwykle unikałam. Basia mieszkała tam, w nowym apartamentowcu. Wiedziałam, bo raz mignęła mi ta informacja w jednej z ich rozmów. Stałam przez chwilę pod klatką, serce biło mi jak oszalałe. I wtedy ją zobaczyłam. Wyglądała jak milion dolarów. Wychodziła z budynku, ubrana w długi, wełniany płaszcz, z drogą torebką przewieszoną przez ramię. Wsiadła do auta. Nowego, błyszczącego SUV-a.

Wróciłam do domu i przez godzinę siedziałam w ciszy. Nie chodziło o to, że miała pieniądze. Chodziło o to, że te pieniądze powinny być dla mnie i naszego dziecka. Tymczasem ja liczyłam grosze na chleb, a ona miała życie jak z katalogu.

Wreszcie wykręciłam numer przyjaciółki.

– Musisz coś zobaczyć – powiedziałam, wysyłając jej screeny z rozmów i zdjęcia.

– O matko… – szepnęła. – Zobacz, jak ona żyje… A ty? On żałuje nawet na buty.

Pieniądze były, tylko nie dla mnie

Postanowiłam wszystko sprawdzić. Przez lata ślepo ufałam, że mąż dba o nasze finanse. On opłacał rachunki, robił zakupy, zarządzał oszczędnościami. Ja dostawałam co miesiąc „na dom” i nie zadawałam pytań. Teraz zrozumiałam, że ten układ działał tylko dla niego.

Zaczęłam przekopywać dokumenty. W szufladzie w jego biurku znalazłam wydruki z kont, których nie znałam. Otwierał lokaty na swoje nazwisko, inwestował, przelewał pieniądze na jakieś „fundusze”. Suma robiła wrażenie. A ja? Miałam kartę z limitem. Przed znajomymi udawałam, że „tak mi wygodnie”.

Zauważyłam też przelewy – regularne, spore kwoty trafiały na konto tej kobiety. W tytule „pożyczka” albo „prezent”. Serce mi się zacisnęło. Nie tylko mnie okłamywał – on mnie okradał. Żyłam jak służąca, gdy on opływał w luksusy z kochanką.

Zaczęłam robić kopie, fotografować dokumenty, zapisywać wszystko, co mogło się przydać. Wiedziałam już, że nie chodzi tylko o zdradę. On chciał mnie zostawić z niczym. A ja nie zamierzałam odejść po cichu. Działałam. Powoli, metodycznie. Jak ktoś, kto właśnie się obudził i pierwszy raz od dawna poczuł własną siłę.

Nie chciałam zemsty. Chciałam sprawiedliwości

Nie planowałam zemsty. Nie jestem kobietą, która wybija szyby ani niszczy cudze samochody. Ale nie zamierzałam też dłużej być tą cichą, pokorną żoną. Chciałam tylko sprawiedliwości. A może – przede wszystkim – godności. Zgłosiłam się do prawniczki, poleconej przez znajomą. Opowiedziałam wszystko, pokazałam dowody, screeny, kopie przelewów. Siedziała w ciszy, a potem powiedziała coś, co zapamiętam na długo:

– Ma pani dużo więcej, niż większość zdradzanych żon. Może go pani postawić pod ścianą.

Nie czekałam. Złożyłam pozew o rozwód z orzeczeniem o winie, wniosłam o zabezpieczenie alimentów i podział majątku. O wszystkim dowiedział się, kiedy wręczono mu papiery. Zadzwonił do mnie wieczorem.

– Oszalałaś?! – wrzeszczał. – Myślisz, że coś na tym zyskasz?

– Nie „coś”, tylko to, co mi się należy – odpowiedziałam spokojnie.

Milczał. Wiedziałam, że się nie spodziewał. Przez lata żył w przekonaniu, że jestem słaba, zależna, bezbronna. A ja znalazłam w sobie odwagę. W końcu przestałam się go bać.

Nie jestem żebraczką!

Rozwód nie był łatwy. On walczył, próbował grać ofiarę, podważał moje kompetencje, jako matki, żony. Kwestionował wszystko. Ale dokumenty, które zebrałam, mówiły same za siebie. Sędzia patrzył na niego chłodno, a mnie słuchał z uwagą. Gdy zapadł wyrok – rozwód z jego wyłącznej winy, wysokie alimenty i sprawiedliwy podział majątku – poczułam ulgę.

Nie triumf. Ulgę. Wróciłam do pracy. Zaczęłam od zera, ale ze świadomością, że to moje życie. Nikt nie będzie mi już wyliczał, czy zasługuję na nowe buty. Kacper rośnie w miłości, nie musi patrzeć na matkę, która spuszcza wzrok i prosi o zgodę na zakupy spożywcze.

O jego kochance słyszałam tylko raz – podobno szybko się rozstali. Luksusy, które jej fundował, skończyły się razem z naszą ugodą. Przypadek? Nie sądzę. Najbardziej bolesne nie było to, że mnie zdradził. Tylko że przez tyle lat pozwalałam mu traktować mnie jak niewidzialną. Jak balast. Jak żebraczkę. Dziś już wiem, że nią nie jestem. Nigdy nie byłam. Po prostu potrzebowałam przypomnieć sobie, kim jestem naprawdę.

Iwona, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama