Reklama

Mam męża Marka i dwójkę nastoletnich dzieci: Kasię i Bartka. Pracuję jako księgowa, jestem typem osoby, która lubi mieć wszystko zaplanowane i pod kontrolą – od zakupów po domowy budżet. Może to nudne, ale daje mi poczucie bezpieczeństwa. W moim świecie lepiej zapobiegać niż leczyć, a hasło „żyje się raz” działa na mnie jak płachta na byka.

Marek to zupełne przeciwieństwo. Spontaniczny, impulsywny, kochający robić niespodzianki – zwłaszcza takie, które mnie przyprawiają o bezsenność. Gdy więc oznajmił, że sam zorganizuje ferie zimowe, byłam zaskoczona, ale i… wzruszona. „Ty się wszystkim zajmujesz przez cały rok, teraz ja się tym zajmę” – powiedział z miną bohatera.

Pomyślałam: niech się wykaże. Dałam mu wolną rękę – co, przyznaję, nie jest dla mnie typowe. Ale od tamtej chwili Marek zaczął się dziwnie zachowywać. Tajemniczy, unikał konkretów. Aż w końcu, kilka dni przed wyjazdem rzucił:

– Możesz szykować rzeczy. Stroje narciarskie obowiązkowe. Spędzimy niezapomniane ferie.

Nie ucieszyłam się

Wszystko wyszło przez przypadek. Szukałam w naszej skrzynce mailowej starej faktury za pralkę, a wpadłam na potwierdzenie rezerwacji z jakiegoś portalu turystycznego. Kliknęłam bez zastanowienia – ot, by sprawdzić, co Marek wymyślił. I wtedy zamarłam.

Luksusowy hotel w górach. Basen, spa, strefa wellness. I cena: prawie dziesięć tysięcy złotych za tydzień.

Zrobiło mi się słabo. Serce waliło jak młot. Przesunęłam maila w górę i w dół, szukając potwierdzenia, że to może jakiś błąd. Może zaliczka? Może na dwie rodziny? Może jakaś promocja, która zmniejszy koszt o połowę? Nic z tych rzeczy. Marek wydał prawie dziesięć tysięcy za kilka nocy.

Wyszłam z gabinetu i od razu zawołałam:

– Marek, możesz na chwilę?

– Coś się stało? – zapytał z uśmiechem, jakby nic się nie działo.

Podsunęłam mu laptopa.

– Chcesz mi coś powiedzieć?

Marek spojrzał na ekran i wzruszył ramionami.

– No co? Zrobiłem rezerwację. Miała być niespodzianka.

– Za prawie dziesięć tysięcy?! Oszalałeś?! Za te pieniądze moglibyśmy pojechać dwa razy na wakacje latem!

– Aneta, przesadzasz. Raz w życiu możemy pozwolić sobie na coś lepszego.

– Ale za moimi plecami? Bez pytania mnie o zdanie?!

Bo wiedziałem, że będziesz panikować!

Stałam w milczeniu. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. W mojej głowie kłębiły się myśli – jak on mógł? Przecież zna mnie, zna nasze możliwości. A jednak postanowił zadziałać na własną rękę. A ja poczułam się jak dodatek, nie żona.

Byłam zła na męża

– Zrób, jak uważasz, ale nie licz, że udam, że wszystko gra – rzuciłam w końcu i wyszłam z kuchni, trzaskając drzwiami.

Wciąż nie mogłam się otrząsnąć. Myśl, że Marek wydał tyle pieniędzy bez słowa, bolała mnie bardziej niż sama kwota. To był brak zaufania. Albo brak szacunku. Albo jedno i drugie.

Następnego dnia, po pracy, poszłam na kawę z Ewą – moją przyjaciółką od liceum. Zawsze mówiła mi szczerze, co myśli, nawet jeśli prawda bolała.

– Dziesięć tysięcy?! – uniosła brwi, kiedy opowiedziałam jej całą sytuację. – I ty się na to zgadzasz?

– Właśnie nie wiem, czy się zgadzam… – westchnęłam, kręcąc łyżeczką w filiżance. – Nie wiem, czy bardziej mnie złości ta cena, czy to, że zrobił wszystko za moimi plecami.

– Aneta, to nie jest prezent. To decyzja, która dotyczy was obojga. Waszych pieniędzy.

– Wiem – przytaknęłam cicho. – Ale jak mam teraz wszystko odkręcać? Dzieci już się cieszą, Marek jest dumny, że „coś ogarnął”. A ja co? Mam im to zepsuć?

– Może nie chodzi o to, żeby coś psuć, tylko żeby powiedzieć głośno, co czujesz.

Popatrzyłam na nią bez przekonania.

– On nie zrozumie. Uzna, że dramatyzuję.

– Albo wreszcie się dowie, że ci zależy. Że nie chodzi o luksusowy hotel, tylko o to, że nie możesz się cieszyć, gdy ktoś podejmuje decyzje za ciebie.

Milczałam. W głowie zaczęła mi kiełkować decyzja. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię. Ale wiedziałam jedno – nie będę już udawać, że nic się nie stało.

Nie miałam nastroju

Zawsze byłam mistrzynią w ukrywaniu emocji – zwłaszcza przed dziećmi. Ale tym razem, w dniu wyjazdu, nie dałam rady. Siedząc w samochodzie między Kasią a Bartkiem, czułam, jak wszystko mnie przytłacza. Marek prowadził i opowiadał coś o trasie, śniegu i atrakcjach, ale ja tylko patrzyłam w okno i milczałam.

– Mamo, wszystko okej? – spytała Kasia, kładąc mi rękę na ramieniu.

– Tak, kochanie. Trochę mnie głowa boli – skłamałam, uśmiechając się blado.

Marek zerknął na mnie w lusterku.

– Może się rozluźnisz, co? Przecież to miały być fajne ferie, a nie stypa.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam, jak mijamy kolejne tablice z nazwami górskich miejscowości. A gdy dotarliśmy na miejsce, poczułam jeszcze większy dyskomfort. Hotel był piękny. Lśniący, pachnący nowością. Obsługa miła, pokój z widokiem na stoki. Dzieci były zachwycone. Marek chodził dumny jak paw. Tylko ja – nie umiałam się cieszyć.

Wieczorem, kiedy dzieci poszły na basen, usiedliśmy z Markiem przy kominku w hotelowym lobby.

– Widzę, że nie umiesz się cieszyć – rzucił nagle, upijając łyk grzanego wina.

– Nie umiem się cieszyć, gdy wiem, że przez to nie pojedziemy nigdzie latem. Gdy wiem, że nawet mnie nie zapytałeś, co o tym sądzę – odpowiedziałam cicho.

Spojrzał na mnie, jakby pierwszy raz zobaczył, że coś jest nie tak.

– Przesadzasz. To tylko ferie.

– Nie. To była decyzja o naszych pieniądzach.

Zapadła cisza. Dzieci wróciły rozpromienione, a ja już wiedziałam – Marek kompletnie nie rozumiał, o co mi chodzi.

Nie rozumiałam tego

W nocy nie mogłam spać. Marek chrapał obok, a ja leżałam wpatrzona w sufit, czując coraz większy ciężar na piersi. W końcu wstałam. Cicho, żeby nikogo nie obudzić, zamknęłam się w łazience. Usiadłam na podłodze, okryta ręcznikiem, i zaczęłam płakać. Nie dlatego, że nie było miło. Nie dlatego, że hotel był zły. Ale dlatego, że nie potrafiłam się już cieszyć.

Wzięłam telefon i z ciekawości wpisałam nazwę naszego hotelu. Potem zaczęłam szukać innych opcji – pensjonatów, apartamentów w pobliżu. I serce znów mi ścisnęło. Można było mieć niemal to samo – komfort, stoki, widok na góry – za połowę tej ceny. Gdyby tylko Marek ze mną pogadał. Gdyby pozwolił mi coś powiedzieć.

Wróciłam myślami do poprzednich lat. To ja planowałam wyjazdy, szukałam promocji, porównywałam oferty. Dzięki temu mogliśmy wyjeżdżać dwa razy w roku i jeszcze coś odłożyć. Marek śmiał się ze mnie, że „znowu robię tabelkę”, ale zawsze potem był zadowolony.

A teraz? Teraz zrobił wszystko sam. I zamiast wdzięczności – czułam żal. Bo ten gest, który miał być „prezentem”, był jak wzięcie naszej wspólnej codzienności i wrzucenie jej do niszczarki. Bez pytania. Usiadłam na brzegu wanny i przetarłam twarz. W lustrze zobaczyłam kobietę, która nie była ani wypoczęta, ani szczęśliwa. A przecież miały to być ferie marzeń.

Wróciłam do łóżka, ale nie zasnęłam. W głowie układałam sobie słowa. Wiedziałam już, że muszę coś powiedzieć. Że nie chcę, by dzieci zapamiętały ten wyjazd jako kolejną okazję, kiedy mama milczy, a potem wybucha.

Nasz budżet ucierpiał

Następnego dnia, przy śniadaniu, atmosfera była napięta. Dzieci opowiadały sobie o basenie i planach na stok, a ja czułam, że nie dam rady już dłużej udawać. W końcu odłożyłam sztućce i powiedziałam spokojnie:

– Marek, możemy na chwilę?

Spojrzał zaskoczony, ale skinął głową. Wyszliśmy na taras, gdzie było pusto. Śnieg skrzypiał pod nogami, a mróz szczypał w policzki. Oparłam się o barierkę.

– Musisz wiedzieć jedno – zaczęłam. – Ja już wiem, że w wakacje nigdzie nie pojedziemy. Nie będzie nas na to stać.

– Jak to? – Marek zmarszczył czoło.

– Ta rezerwacja. Dziesięć tysięcy. Przeholowałeś.

Zamilkł. W jego oczach widziałam zdziwienie. Może dopiero teraz zrozumiał, że nie chodzi o to, że jestem wiecznie niezadowolona. Tylko o to, że on mi coś zabrał – decyzję. Współodpowiedzialność. Szacunek.

Naprawdę uważasz, że jeden wyjazd wszystko psuje? – zapytał cicho.

– Nie – odparłam. – Ale brak rozmowy – już tak.

W tym momencie dzieci wyszły ubrane w kombinezony, z nartami w rękach. Wybuchły śmiechem, potrąciły się zabawnie i krzyknęły, że czekają na nas przy stoku. Spojrzałam na nie i poczułam coś w rodzaju żalu, który nie miał już nic wspólnego z hotelem.

Aneta, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama