Reklama

Przez dwadzieścia lat budowaliśmy to imperium cegła po cegle. Kiedy odkryłam, że Robert chce to wszystko zburzyć dla chwilowego uniesienia z dziewczyną, która jest od niego młodsza o 20 lat, nie wpadłam w szał. Nie rzucałam talerzami, nie krzyczałam i nie pakowałam jego walizek. Wzięłam głęboki oddech i uruchamiając arkusz kalkulacyjny, przestałam być żoną, a stałam się prezesem walczącym o swoje aktywa. Wiedziałam jedno, że nie pozwolę, by owoc mojego życia trafił w niepowołane ręce.

Wiedziałam, że kłamie

Początkowo myślałam, że to stres. Nasza pracownia architektoniczna, „Horyzont”, wchodziła w decydującą fazę negocjacji w sprawie rewitalizacji starej fabryki. To był kontrakt, który miał nas ustawić na lata. Robert, twarz firmy – czarujący, z artystycznym nieładem na głowie – ostatnio wydawał się nieobecny. Siedziałam w gabinecie, przeglądając kosztorysy, kiedy wszedł. Pachniał inaczej. Nie była to woda kolońska, którą kupowałam mu na rocznice, ale coś lżejszego, cytrusowego. Instynkt, ten sam, który pozwalał mi wyczuć błędy w projektach, zaczął alarmować.

– Jesteś pewna, że musimy zostać dzisiaj dłużej? – zapytał, opierając się o futrynę. Wyglądał młodziej. Zmienił koszulę na bardziej dopasowaną.

– Robert, jutro mamy spotkanie z inwestorem. Dokumentacja musi być gotowa – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od monitora. – Przecież to ty nalegałeś na ten projekt.

– Wiem, wiem – machnął ręką lekceważąco. – Ale Paulina powiedziała, że może zostać i uporządkować rzuty. Jest bardzo bystra, ta nowa stażystka. Powinniśmy dać jej szansę się wykazać.

Paulina. Dwudziestokilkuletnia dziewczyna, zaraz po studiach, która dołączyła do nas dwa miesiące temu. Miała talent, ale miała też ten rodzaj patrzenia na mojego męża, który widywałam w tanich melodramatach, a nie w profesjonalnym biurze.

– Paulina nie zna specyfikacji technicznej – zauważyłam chłodno.

– Szybko się uczy. Naprawdę, Ewa, przesadzasz. Muszę... muszę wyjść wcześniej. Umówiłem się na squasha z M..

Wiedziałam, że kłamie. M. od miesiąca leczył kontuzję kolana. Nie powiedziałam jednak słowa. Uśmiechnęłam się tylko swoim firmowym uśmiechem.

– Dobrze. Idź. Ja dokończę.

Kiedy drzwi się zamknęły, podeszłam do okna. Widziałam, jak wsiada do samochodu. Chwilę później z budynku wybiegła Paulina. Nie wsiedli razem, to byłoby zbyt ryzykowne, ale ruszyła w stronę przystanku, a on powoli wyjechał z parkingu, skręcając w tę samą stronę. Moje serce na chwilę stanęło, by po sekundzie ruszyć z rytmem zimnej maszyny.

Byłam dla niego przeszkodą

Przez kolejne tygodnie byłam jak cichy inwestor analizujący ryzyko wrogiego przejęcia. Robert stał się nerwowy, chował telefon, zmienił hasła. Paulina w biurze nabrała pewności siebie, nosiła droższe ubrania, a jej uwagi na zebraniach były dziwnie zbieżne z opiniami Roberta. Najgorsze przyszło w czwartek. Robert zostawił otwarty laptop w salonie. Poszedł pod prysznic, a ja podeszłam do ekranu. Wiadomości z komunikatora wyskakiwały jedna po drugiej. „Kiedy jej powiesz? Nie mogę dłużej udawać, że mnie to nie męczy” – pisała ona. „Jeszcze chwila, Kochanie. Musimy domknąć ten kontrakt na fabrykę. Jak firma wejdzie na giełdę albo sprzedamy udziały inwestorowi, będę miał środki, żeby ją spłacić i odejść. Nie chcę zostać z niczym. Wytrzymaj” – odpisał on.

Krew odpłynęła mi z twarzy. Nie chodziło tylko o zdradę emocjonalną. On planował mnie okraść. Chciał wykorzystać moją pracę przy projekcie fabryki, by podnieść wycenę firmy, a potem zażądać rozwodu i podziału majątku, który pozwoliłby mu na luksusowe życie z nową zabawką. Firma była naszym wspólnym dobrem, ale to ja zarządzałam finansami i dbałam o terminy. On był wizytówką, ja fundamentem. Teraz wizytówka chciała sprzedać fundament na gruz. Wycofałam się do kuchni. Ręce mi drżały, ale umysł pracował na najwyższych obrotach. Gdybym zrobiła awanturę, on przeszedłby do ofensywy. Zaczęłaby się brudna walka, prawnicy, blokowanie kont. Projekt fabryki by upadł, a ja straciłabym dorobek życia. Nie. Jeśli on chciał grać w szachy, to zapomniał, że to ja nauczyłam go zasad.

Nie mogłam okazać emocji

Następnego dnia zwołałam zebranie. Robert wszedł spóźniony, z kubkiem kawy, który podała mu Paulina.

– Mamy zmianę strategii w projekcie fabryki – ogłosiłam, stojąc przy wizualizacjach. – Inwestor wymaga, abyśmy położyli większy nacisk na ekologiczne rozwiązania w strefie biurowej. To wymaga przeprojektowania całego skrzydła wschodniego.

W sali zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, że to ogrom pracy.

– Robert – zwróciłam się do męża. – Ty jesteś w tym najlepszy. Chcę, żebyś przejął osobisty nadzór nad tym segmentem. Masz wolną rękę. Potrzebujemy czegoś spektakularnego.

Robert wypiął pierś. Ego zawsze było jego słabym punktem.

– Oczywiście. Mam już kilka pomysłów – powiedział, choć wiedziałam, że nie może mieć żadnych.

– I jeszcze jedno – dodałam, patrząc prosto na Paulinę. – Ponieważ to duże wyzwanie, Paulina zostanie twoją osobistą asystentką przy tym zadaniu. Będziecie raportować bezpośrednio do mnie i do zarządu inwestora. To wielka szansa na awans.

Zobaczyłam błysk tryumfu w oczach dziewczyny i ledwo skrywany uśmiech Roberta. Myśleli, że dałam im prezent – idealne warunki do bycia razem w pracy. Nie wiedzieli, że to perfekcyjna pułapka. Plan był prosty. Skrzydło wschodnie było naszpikowane problemami technicznymi. Gleba w tamtym miejscu była niestabilna, a instalacje wymagały nowatorskich rozwiązań kłócących się z budżetem. Wiedziałam o tym tylko ja i główny inżynier konstruktor, pan Henryk. Robert, zajęty romansem, zlekceważy detale techniczne na rzecz swoich artystycznych wizji. Zawsze to robił, a ja zawsze to naprawiałam po cichu. Tym razem nie zamierzałam niczego naprawiać.

Gra o najwyższą stawkę

Przez kolejne dwa tygodnie Robert i Paulina żyli w bańce. Zamykali się w sali konferencyjnej, wychodzili na długie lunche rzekomo omawiać detale fasady. W domu Robert był dla mnie wręcz przesadnie miły, co było obrzydliwe, bo wiedziałam, co planuje.

– Jak idą prace? – zapytałam pewnego wieczoru.

– Fantastycznie – odparł, nie odrywając wzroku od telefonu. – Paulina ma świetne wyczucie koloru. To będzie arcydzieło. Inwestorzy padną na kolana.

– Pamiętasz o ekspertyzach geologicznych? Pan Henryk wspominał coś o wodach gruntowych.

– Daj spokój, Ewa. Henryk to stara szkoła, wszędzie widzi problemy. Mamy nowoczesne technologie. Wszystko jest pod kontrolą.

Uśmiechnęłam się pod nosem. „Wszystko pod kontrolą” – jego ulubione zdanie przed katastrofą. Równolegle prowadziłam własną grę. Spotkałam się z panem Julianem, przedstawicielem inwestora. To był człowiek zasad. Podczas obiadu dyskretnie zasugerowałam, że zależy mi na niezależnym audycie projektu przed finalnym podpisaniem umowy.

– Czyżby nie ufała pani własnemu zespołowi? – zapytał, unosząc brew.

– Ufam – odpowiedziałam spokojnie. – Ale przy tak dużej inwestycji ostrożność jest najwyższą formą profesjonalizmu. Chcę, żeby miał pan pewność, że każdy detal jest perfekcyjny.

Zgodził się i wyznaczył termin prezentacji z udziałem niezależnego rzeczoznawcy.

Wyciągnęłam asa z rękawa

Dzień prezentacji był pochmurny. Sala konferencyjna pękała w szwach. Po jednej stronie pan Julian ze sztabem i surowym rzeczoznawcą, po drugiej my. Robert w nienagannym garniturze i zdenerwowana, lecz pewna siebie Paulina. Robert rozpoczął. Był w swoim żywiole, pokazywał wizualizacje, opowiadał o świetle i harmonii. Obrazy były piękne – Paulina przygotowała świetne rendery.

– To naprawdę imponująca wizja – przerwał w końcu pan Julian. – Ale przejdźmy do konkretów. Jak rozwiązaliście problem posadowienia na terenach podmokłych w strefie wschodniej? Z dokumentacji wynika, że zaproponowane przez was lekkie fundamenty nie spełniają norm bezpieczeństwa.

Robert zbladł. Spojrzał na mnie, potem na Paulinę.

– To... to musi być pomyłka – wydukał. – Zastosowaliśmy specjalne kompozyty...

– Kompozyty nie utrzymają tej konstrukcji przy takim poziomie wód gruntowych – wtrącił się rzeczoznawca. – To elementarna wiedza budowlana. Czy ktoś w ogóle przeanalizował raporty geologiczne dołączone do wstępnej dokumentacji?

W sali zapadła martwa cisza. Robert zaczął kartkować papiery, ręce mu drżały. Nie przeczytał raportów. Paulina patrzyła na niego z przerażeniem, czekając, aż jej geniusz wybrnie z sytuacji.

– Ewa? – Robert spojrzał na mnie błagalnie. Zawsze go ratowałam.

Wstałam powoli.

– Szanowni Państwo – zaczęłam opanowanym głosem. – Jako prezes zarządu muszę wziąć odpowiedzialność za ten błąd. Wygląda na to, że główny architekt projektu, pan Robert, zignorował kluczowe dane techniczne, skupiając się wyłącznie na estetyce.

Robert wyglądał, jakby dostał w twarz.

– Jednakże – kontynuowałam, wyciągając z teczki gruby plik – przewidując taką ewentualność, przygotowałam alternatywny projekt konstrukcyjny, skonsultowany z panem inżynierem Henrykiem. Jest on w pełni zgodny z normami, choć wymaga rezygnacji z części wizualnych udziwnień.

Podałam dokumenty panu Julianowi. Przejrzał je, kiwając głową z uznaniem.

To jest profesjonalizm, jakiego oczekuję – powiedział, a potem przeniósł lodowaty wzrok na Roberta. – Nie mogę jednak pozwolić, by tak niekompetentne podejście narażało moją inwestycję. Oczekuję, że osoba odpowiedzialna zostanie odsunięta od projektu.

To był jego perfekcyjny koniec

Po spotkaniu w moim gabinecie panowała atmosfera jak na pogrzebie. Robert siedział na kanapie, ukrywając twarz w dłoniach. Paulina uciekła do łazienki.

– Jak mogłaś mi to zrobić? – zapytał cicho. – Wiedziałaś o gruncie. Mogłaś mi powiedzieć.

– Mogłeś przeczytać raporty, zamiast spędzać godziny na „konsultacjach” z Pauliną w drogich restauracjach – odpowiedziałam beznamiętnie.

– O czym ty mówisz? – próbował zaprzeczać, ale widziałam w jego oczach strach.

– Robercie, skończmy ten teatr. Wiem o wszystkim. O planach rozwodowych, o sprzedaży firmy, o Paulinie.

– To nie tak... – zaczął, ale przerwałam mu.

– Firma straciła dziś na wizerunku przez twoją niekompetencję. Pan Julian podpisał kontrakt tylko dlatego, że ja uratowałam sytuację. Ale postawił warunek, że ty znikasz z zarządu. Jeśli tego nie zrobisz, wycofają się i zażądają odszkodowania, które przewyższa wartość twoich udziałów.

To było kłamstwo, ale skuteczne. Robert był przerażony wizją bankructwa.

– Co proponujesz? – zapytał pokonany.

Wyjdziesz z twarzą. Ogłosimy, że masz problemy zdrowotne. Przekażesz mi swoje udziały w zamian za odstąpienie od roszczeń firmy wobec ciebie. Dostaniesz odprawę, która pozwoli ci wynająć mieszkanie.

– A dom?

– Dom jest mój. Dostałam go w spadku po rodzicach. Rozdzielność majątkową mamy od pięciu lat, od kiedy wziąłeś kredyt na ten nieudany biznes z winnicą. Zapomniałeś?

Docierała do niego groza sytuacji. Planował odejść z milionami, a teraz stał przed wyborem: odejść z niczym, ale bez długów, albo zostać zniszczonym przez procesy o działanie na szkodę spółki. Miałam twarde dowody – dzisiejszą prezentację i logi z jego komputera.

– A Paulina? – zapytał cicho.

– Paulina? – zaśmiałam się krótko. – Właśnie składa wypowiedzenie. Wyjaśniłam jej, że jako asystentka ponosi współodpowiedzialność za błędy i jej kariera wisi na włosku, chyba że odejdzie po cichu. Wybrała swoją przyszłość, nie ciebie.

To był cios ostateczny. Robert podpisał dokumenty drżącą ręką.

Błędy w miłości bywają kosztowne

Minęło pół roku. Siedzę w swoim gabinecie, patrząc na panoramę miasta. Na budowie fabryki praca wre. Firma prosperuje lepiej niż kiedykolwiek, bo nikt nie sabotuje decyzji i nie marnuje zasobów. Roberta widziałam raz, przypadkiem. Wyglądał na zmęczonego. Pracuje w małym biurze, robi adaptacje gotowych projektów domków. Z Pauliną nie są razem. Kiedy zabrakło blichtru prezesa, zabrakło też wielkiej miłości.

Często wracam do pustego domu, ale ta pustka mnie nie przeraża. To przestrzeń, którą odzyskałam. Niektórzy powiedzieliby, że byłam okrutna, a zemsta zbyt wyrachowana. Ale ja nie widzę tego jako zemsty. To była restrukturyzacja. Usunięcie wadliwego ogniwa, które zagrażało stabilności konstrukcji, jaką jest moje życie. W biznesie i w miłości błędy kosztują. On zapłacił swoją cenę, a ja zachowałam to, co budowałam przez całe życie. Czasem myślę, że to był mój najlepszy projekt.

Ewa, 49 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama