Reklama

Małżeństwo z Jankiem było poprawne, spokojne i aż nazbyt przewidywalne. Dni składały się z powtarzalnych obowiązków, które brałam na siebie bez większego sprzeciwu. Coraz częściej miałam jednak wrażenie, że jestem zauważana głównie jako ta od ogarniania codzienności. Gdy Janek z tajemniczym uśmiechem zapowiedział walentynkową niespodziankę i poprosił, żebym zniknęła z domu na cały dzień, coś we mnie drgnęło. Ostrożna nadzieja zmieszała się z ekscytacją, której dawno nie czułam.

Trzeba doceniać takie rzeczy

Pojechałam do rodziców wcześniej, niż planowałam. Chciałam zabić czas, ale też jakoś uporządkować myśli. Mama krzątała się po kuchni, jakby mój przyjazd był wpisany w jej harmonogram od lat.

– To co, Jola, wolne dostałaś? – zapytała, nie odwracając się od blatu.

– Janek mnie wygonił z domu – odpowiedziałam półżartem. – Mówi, że mam wrócić dopiero wieczorem.

Mama spojrzała na mnie z zainteresowaniem, a potem uśmiechnęła się pod nosem.

– No widzisz. Stara się. Trzeba doceniać takie rzeczy.

Usiadłam przy stole i zaczęłam obracać w palcach filiżankę. Znałam ten ton. Praktyczny, spokojny, trochę jakby uprzedzający ewentualne pretensje.

– Ja doceniam – powiedziałam ostrożnie. – Tylko… nie wiem jeszcze, co dokładnie mam doceniać.

– Nie przesadzaj – westchnęła. – Mężczyźni nie są od wielkich gestów. Ważne, że mu zależy.

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam. Z jednej strony poczułam znajome ukłucie winy. Może faktycznie za dużo oczekuję? Może powinnam się cieszyć, że w ogóle coś planuje. Z drugiej strony pojawił się cichy bunt, który od dawna we mnie dojrzewał. Patrzyłam, jak mama wyciera blat do sucha, choć już był czysty. Pomyślałam, że całe życie robiła dokładnie to samo co ja – uprzedzała potrzeby innych, zanim ktokolwiek zdążył je nazwać.

– Mamo… – zaczęłam, ale zabrakło mi słów.

– No?

– A ty kiedy ostatnio dostałaś coś tylko dla siebie? Tak… bez powodu?

Zmarszczyła brwi, jakby pytanie było nie na miejscu.

– Nie wymyślaj Jola.

Uśmiechnęłam się, ale w środku poczułam ciężar. Wyszłam na spacer, chowając ręce w kieszeniach płaszcza. Ulice były pełne ludzi, par, reklam serduszek. Złapałam się na tym, że próbuję sobie wmówić, iż nie chodzi mi o nic wielkiego. A jednak pytanie nie dawało mi spokoju: czy naprawdę chcę za dużo, czy po prostu zbyt długo godziłam się na za mało?

Masz prawo chcieć więcej niż minimum

Z Magdą umówiłam się zupełnie spontanicznie. Napisałam do niej, że mam kilka godzin do zabicia i potrzebuję kawy w czyimś towarzystwie. Odpisała niemal od razu. Spotkałyśmy się w centrum, w miejscu, do którego kiedyś chodziłyśmy częściej, zanim każda z nas zanurzyła się we własnej codzienności.

– Masz dziś dziwny błysk w oku – zauważyła, kiedy usiadłyśmy przy stoliku.

– Bo niby mąż szykuje mi niespodziankę – odpowiedziałam i sama zdziwiłam się, jak to zabrzmiało.

– Niby?

Wzruszyłam ramionami. Opowiedziałam jej o Janku, o wyproszeniu mnie z domu, o całym dniu „wolnym”. Magda słuchała uważnie, nie przerywała.

I czego się spodziewasz? – zapytała w końcu.

– Nie wiem – skłamałam odruchowo, a potem westchnęłam. – Chciałabym, żeby to było coś… innego niż zwykle. Może jakaś romantyczna kolacja przy świecach, domowe spa? Sama nie wiem.

Po kawie weszłyśmy do sklepu z ubraniami. To miało być tylko rozejrzenie się, ale gdy zobaczyłam sukienkę na wieszaku, nie mogłam oderwać od niej wzroku. Prosta, w kolorze, którego zwykle nie wybierałam.

– Przymierz ją – powiedziała Magda bez wahania.

– Daj spokój.

– Jak to, przecież dziś ta niespodzianka. Musisz wyglądać ekstra.

Stałam przed lustrem i ledwo poznawałam swoje odbicie. Jakbym nagle przypomniała sobie, że potrafię wyglądać inaczej niż „na co dzień”.

– Bierzemy – stwierdziła Magda.

Zapłaciłam, choć rozsądek szeptał, że to zbędny wydatek. Wiedziałam jednak, że nie kupuję tej sukienki dla siebie. Kupowałam ją na dziś. Na wieczór, który w mojej głowie rósł z każdą minutą. Widziałam stół, światło, rozmowę, która nie krąży wokół listy spraw do załatwienia. Kiedy się żegnałyśmy, Magda rzuciła:

– Pamiętaj, Jola… masz prawo chcieć więcej niż minimum.

Wracając, czułam radość zmieszaną z napięciem. Bałam się własnych oczekiwań, ale jednocześnie nie potrafiłam ich już zatrzymać. Myśl o powrocie do domu przyspieszała mi krok.

To będzie najlepszy prezent

Do mieszkania weszłam chwilę po dziewiętnastej. Już w przedpokoju poczułam zapach środków czystości, ten charakterystyczny, ostry, którego zwykle unikałam wieczorami. Zapaliłam światło i odruchowo rozejrzałam się dookoła. Buty stały równo pod ścianą, kurtki wisiały w idealnym porządku. Przez moment uśmiechnęłam się do siebie. Może to tylko początek. Zajrzałam do kuchni. Blaty lśniły, zlew był pusty, a na stole nie leżał ani jeden okruszek. W łazience ręczniki były równo złożone, a podłoga sucha i czysta. Chodziłam po mieszkaniu powoli, jakbym bała się, że coś przegapię. Szukałam drobnego znaku, czegoś, co wykraczałoby poza zwykłe „ogarnięcie”.

– I jak? – głos Janka dobiegł z salonu.

Siedział na kanapie, wyraźnie z siebie zadowolony. Wstał, kiedy mnie zobaczył.

– Zrobiłem wszystko – powiedział z dumą. – Pomyślałem, że to będzie najlepszy prezent. Żebyś miała spokój.

Skinęłam głową, czując, jak coś we mnie opada.

– Jest… czysto – odpowiedziałam, szukając właściwych słów.

Janek roześmiał się lekko.

– No! I to nie byle jak. Generalne porządki. Nawet w szafkach poukładałem.

Stałam w przedpokoju w płaszczu, z torbą przewieszoną przez ramię. Sukienka, którą kupiłam, wydawała mi się nagle dziwnie ciężka. Przez ułamek sekundy próbowałam jeszcze dopasować jego gest do obrazu, który nosiłam w głowie przez cały dzień.

– Myślałam, że… – zaczęłam, ale urwałam.

– Co?

– Nic. Dzięk.

Podszedł bliżej i spojrzał na mnie z oczekiwaniem.

– No widzisz? Warto było cię wygonić z domu.

Uśmiechnęłam się, bo tak było łatwiej. W środku czułam wdzięczność, ale też pustkę, której nie potrafiłam zagłuszyć. Cisza mieszkania była zbyt głośna. Zrozumiałam, że to, co dla niego było czymś wyjątkowym, dla mnie było codziennością. Tylko że nigdy nie traktowaną jak prezent.

Cisza mówi o nas więcej niż wszystkie słowa

Przebrałam się w dres i schowałam sukienkę głęboko do szafy, jakby była czymś wstydliwym. Janek krzątał się po mieszkaniu jeszcze przez chwilę, opowiadając z dumą, co dokładnie zrobił i jak długo mu to zajęło. Słuchałam, kiwając głową, ale każde jego słowo coraz bardziej mnie oddalało.

– Nawet lodówkę przetarłem – dodał, jakby to miało zamknąć temat.

– Widzę – odpowiedziałam cicho.

Usiedliśmy obok siebie na kanapie. Telewizor grał w tle, choć żadne z nas tak naprawdę nie oglądało. Czułam napięcie w ramionach, to charakterystyczne uczucie, kiedy emocje nie znajdują ujścia i zaczynają ciążyć fizycznie. Patrzyłam na Janka i próbowałam zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Był z siebie dumny. Naprawdę wierzył, że zrobił coś wielkiego. A ja nagle zobaczyłam wyraźnie, że to, co dla niego było wysiłkiem, dla mnie było normą. Czymś, co robiłam tygodniami, miesiącami, bez fanfar i oczekiwania na uznanie.

– Jesteś jakaś cicha – zauważył w końcu.

– Jestem zmęczona – skłamałam.

Prawda była bardziej skomplikowana. Zrozumiałam, że on nawet nie zapytał, co dla mnie byłoby miłe. Nie był ciekawy. Postanowił za mnie. Wyręczył mnie z obowiązków, które i tak uważał za moje, a potem nazwał to prezentem. W środku narastał we mnie żal, ale nie znalazł drogi na zewnątrz. Bałam się, że jeśli zacznę mówić, usłyszę, że przesadzam. Że powinnam się cieszyć. Że przecież się starał. A ja nie chciałam kolejny raz tłumaczyć, że chodzi o coś więcej niż czyste blaty. Siedzieliśmy obok siebie w ciszy, która była gęsta i niewygodna. Niewypowiedziany konflikt zawisł między nami, a ja po raz pierwszy pomyślałam, że ta cisza mówi o nas więcej niż wszystkie słowa, których nie odważyłam się wypowiedzieć.

Wdzięczność mieszała się z rozczarowaniem

Kulminacja przyszła niespodziewanie, zupełnie zwyczajnie. Janek wstał z kanapy, przeciągnął się i powiedział tonem człowieka, który właśnie wykonał zadanie do końca.

– No, to teraz masz kilka dni z głowy. Przynajmniej nie będziesz się czepiać, że coś jest nie tak.

To zdanie zatrzymało mnie w pół oddechu. Spojrzałam na niego uważniej niż przez cały dzień. Nie było w nim złośliwości. Była szczera satysfakcja. I nagle wszystko się ułożyło w jedną, bolesną całość. On nie chciał zrobić czegoś dla mnie. On chciał zrobić coś, by mieć spokój. Wyręczyć. Odhaczyć. Zdjąć ze mnie obowiązek, który i tak uważał za mój. A potem oczekiwać wdzięczności. Zrozumiałam, że w jego głowie troska oznaczała sprawność i efektywność, a nie ciekawość drugiej osoby. Nie zapytał, czego potrzebuję. Uznał, że wie lepiej.

– Janek… – zaczęłam cicho.

– Co? – spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

Przez chwilę naprawdę chciałam powiedzieć wszystko. O sukience. O całym dniu. O tym, jak bardzo chciałam poczuć się ważna. Ale słowa utknęły mi w gardle.

– Nic – odpowiedziałam w końcu. – Doceniam to.

Uśmiechnął się, zadowolony, i wrócił do swoich spraw. A ja zostałam z uczuciem, które było dziwnie podwójne. Wdzięczność mieszała się z rozczarowaniem tak głębokim, że aż wstydliwym. Bo jak narzekać na kogoś, kto „się starał”? Tego wieczoru długo leżałam bez snu. Zastanawiałam się, czy problemem były walentynki, czy coś znacznie większego. Czy naprawdę powinnam obniżyć oczekiwania, czy może pierwszy raz od dawna nazwać je na głos. Zrozumiałam, że największym bólem nie był brak kolacji ani prezentu, tylko to, jak łatwo w naszym małżeństwie pomoc zastąpiła bliskość, a obowiązek udawał uczucie. W mieszkaniu było idealnie czysto. A między nami zaległa cisza, której nie dało się posprzątać.

Jola, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama