„Mąż uważał, że 30 zł wystarczy na normalny obiad dla czterech osób. Pozwoliłam mu to sprawdzić na własnej skórze”
„Codziennie dostawałam »hojne« trzydzieści złotych na wykarmienie czteroosobowej rodziny. Resztę latami dokładałam po cichu z własnych pieniędzy, żeby w domu był spokój. Aż pewnego dnia, licząc grosze przy kasie, poczułam, że to koniec. Zamiast schabowych podałam mężowi prawdę – tanią, bolesną i nie do przełknięcia. Ten obiad zmienił wszystko”.

- Redakcja
Codziennie rano ten sam scenariusz: dźwięk kluczyków, szybki całus w policzek i szeleszczące banknoty lądujące na kuchennym blacie. Trzydzieści złotych. W jego mniemaniu – majątek, za który powinnam wykarmić naszą czteroosobową rodzinę. Przez lata dokładałam ze swoich, oszczędzałam na sobie, byle tylko w domu był spokój. Ale pewnego wtorku, stojąc w kolejce do kasy i licząc grosze, coś we mnie pękło. Postanowiłam, że to koniec udawania cudotwórczyni.
Królewski gest pana domu
Nigdy nie zapomnę tego specyficznego dźwięku, z jakim Marek kładł pieniądze na stole. To nie było zwykłe położenie banknotów. To było namaszczenie. Jakby właśnie przekazywał mi klucze do skarbca. Zawsze towarzyszył temu ten sam komentarz, ociekający protekcjonalnym tonem:
– Masz tu trzy dychy, Ewelina. Kup coś na obiad. Tylko nie szalej, żeby starczyło jeszcze na jakąś wędlinę na kolację. Może schabowe dzisiaj? Dawno nie było.
Patrzyłam na te papierki i czułam, jak w żołądku zaciska mi się supeł. W dzisiejszych czasach, gdy kostka masła potrafi kosztować osiem złotych, a kilogram przyzwoitego mięsa to wydatek rzędu trzydziestu, on oczekiwał cudów.
Marek zarabiał bardzo dobrze. Mieliśmy ładny dom, dwa samochody, ale w kwestii codziennych wydatków miał obsesję kontroli. Uważał, że kobiety są „rozrzutne z natury” i jeśli da mi kartę, to przepuszczę wszystko na głupoty. Dlatego wydzielał mi dniówki. A ja brałam te pieniądze i milczałam, unikając awantury.
Chciało mi się płakać
Tego dnia, który zmienił wszystko, stałam przed lodówką z mięsem w dyskoncie. W ręku ściskałam banknoty od męża. Miałam kupić składniki na schabowe, ziemniaki i surówkę.
Patrzyłam na ceny i chciało mi się płakać. Schab – 24 złote za kilogram. Opakowanie, które trzymałam, kosztowało 18 złotych. Zostałoby mi 12 złotych. A gdzie ziemniaki? Gdzie jajka do panierki, bułka tarta, olej?
Zazwyczaj w takich momentach sięgałam do „tajnej kieszonki” w torebce. Dorabiałam sobie po cichu, robiąc korekty tekstów przez internet. Te pieniądze szły w całości na łatanie dziur w domowym budżecie, żeby „pan i władca” był zadowolony. Dokładałam stówę tygodniowo, czasem więcej. On jadł pyszne pieczenie, myśląc, że to wszystko za te jego nędzne trzy dychy.
Ale tego dnia moja „tajna kieszonka” była pusta. Klient nie zapłacił na czas za zlecenie. Stałam więc tam, upokorzona. Odłożyłam mięso. Wzięłam makaron i słoik sosu pomidorowego. Razem wyszło 15 złotych. Za resztę kupiłam chleb i pasztet. Wróciłam do domu z poczuciem klęski, ale też z dziwnym, rosnącym w piersi gniewem.
Zobaczył swój obiad i się zaczęło
Kiedy Marek wrócił z pracy, od progu wyczuł, że coś jest nie tak. W domu nie pachniało obiadem.
– Co tak cicho? – rzucił. – Umieram z głodu. Mam nadzieję, że zrobiłaś te schabowe.
Wszedł do kuchni i stanął jak wryty. Na stole stał talerz z makaronem polanym wodnistym sosem. Obok leżały dwie kromki chleba z pasztetem.
– Co to ma być? – zapytał z obrzydzeniem. – To jakieś pomyje, a nie obiad dla faceta, który tyra cały dzień. Dałem ci pieniądze. Miałaś kupić schab.
– Dałeś mi 30 złotych – odpowiedziałam spokojnie, nie odwracając się od zlewu. – Schab kosztował osiemnaście. Nie starczyłoby na olej, ziemniaki, tartą bułkę i surówkę. Więc kupiłam to, na co było nas stać za twoją „hojną” dniówkę.
Marek poczerwieniał.
– Nie rób ze mnie głupka! Codziennie dajesz radę! Codziennie jemy normalne obiady!
– Bo od trzech lat dokładam swoje pieniądze do twoich zakupów! – przerwałam mu, co samo w sobie było nowością.
Zapadła cisza.
– Jak to dokładasz? – zapytał z niedowierzaniem.
– Pracuję. Dorabiam, kiedy nie widzisz. I każdą złotówkę wydawałam na to, żebyś ty mógł jeść polędwiczki, myśląc, że jesteś geniuszem finansowym. Ale koniec z tym. Dzisiaj nie miałam z czego dołożyć. To, co widzisz na talerzu, to realna wartość twoich pieniędzy. Smacznego.
Eksperyment, który zmienił zasady gry
Myślałam, że będzie awantura, ale Marek usiadł ciężko na krześle.
– Kłamiesz – powiedział cicho. – Po prostu nie umiesz gospodarować.
– Dobrze – powiedziałam. – Skoro tak uważasz, zróbmy eksperyment. Przez tydzień ty robisz zakupy. Budżet to te twoje święte 30 złotych dziennie na jedzenie dla czterech osób. Jeśli ci się uda utrzymać ten standard, do którego przywykłeś, przyznam ci rację. Ale jeśli nie, oddasz mi kartę do wspólnego konta.
Prychnął śmiechem.
– Stoi. Tydzień? Proszę bardzo. Jeszcze zostanie reszta.
Pierwszego dnia Marek wrócił triumfalnie z całym kurczakiem z promocji za 15 złotych. Zupa i drugie z gotowanego mięsa były znośne, ale zapasy (olej, przyprawy) szybko się kończyły, a on nie wliczył ich w koszty.
Drugiego dnia kupił najtańsze mięso mielone i ryż. Bez warzyw, bo uznał, że są „jakieś w zamrażarce” (których nie było). Obiad był tłusty i niesmaczny. Dzieci marudziły, a Marek sam zostawił połowę.
Kryzys nadszedł w czwartek. Wrócił ze sklepu z pustymi rękami i wściekłą miną.
– Co to za ceny?! – wybuchnął. – Zwykły żółty ser kosztuje trzydzieści złotych za kilo! Chciałem kupić ser i pieczarki na zapiekanki.
– Wiem – odparłam, popijając kawę (kupioną za swoje). – Dlatego od miesiąca nie było zapiekanek.
Ostatecznie kupił mąkę i jajka. Jedliśmy naleśniki na wodzie, bez dżemu, posypane cukrem. Marek jadł w milczeniu. W piątek rano, zamiast pojechać do pracy, siedział przy stole z kalkulatorem i stertą gazetek promocyjnych. Wyglądał jak generał przegrywający wojnę.
– To niemożliwe – mruknął. – Masło, chemia, płyn do naczyń... Ty to wszystko kupowałaś z tych pieniędzy, które zarabiałaś po cichu?
– Tak. I papier toaletowy, pastę do zębów, skarpetki dla ciebie.
Schował twarz w dłoniach.
Wrócił z pracy z dużą torbą
Wieczorem w piątek Marek wrócił z pracy z dużą torbą: polędwica, warzywa, wino i bukiet kwiatów. Na blacie położył też kartę do naszego konta.
– Miałaś rację – powiedział, krojąc pomidora drżącymi rękami. – Żyłem w jakiejś bańce. Przepraszam. Nie miałem pojęcia.
Podeszłam i położyłam rękę na jego ramieniu.
– Nie chodziło tylko o pieniądze, Marek. Chodziło o szacunek. O to, że traktowałeś mnie jak dziecko, podczas gdy ja robiłam cuda, żeby ten dom funkcjonował.
Objął mnie mocno.
– Wiem. Jestem głupcem. Skąpym do tego.
Ten tydzień był bolesną lekcją, ale konieczną. Od tamtej pory minęło pół roku. Mamy wspólny budżet i razem planujemy wydatki. Nauczyłam się, że w związku nie można być ofiarą dla świętego spokoju. Czasem trzeba podać na obiad makaron z sosem za grosze, żeby druga osoba zrozumiała, ile naprawdę kosztuje życie. Dziś na obiad są steki. I nikt nie pyta, ile kosztowały.
Ewelina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie planowaliśmy ferii, bo brakowało nam kasy na chleb. To niewinne zaproszenie do Austrii zmieniło wszystko”
- „Zauważyłam, że mój mąż po cichu czyści nasze konto, ale nie znałam powodu. Okrutna prawda zabolała mnie podwójnie”
- „Rodzice przyjaciółki zabrali mnie na ferie w Alpy. Ich miły gest kosztował mnie symboliczne 5 tysięcy”