Reklama

Ostatnia noc karnawału zawsze była dla mnie symbolem wspólnego śmiechu i drobnych szaleństw, które kończyły się powrotem do domu pod rękę. W tym roku stałam przy oknie i patrzyłam na pustą ulicę, gdy wskazówka zegara dawno minęła północ. Telefon milczał. W mieszkaniu było cicho, a ja po raz pierwszy poczułam, że coś w moim małżeństwie zaczyna się psuć.

Czułam, że coś przede mną ukrywa

Drzwi otworzyły się dopiero po pierwszej. Klucz zgrzytnął w zamku tak głośno, jakby ktoś specjalnie chciał mnie obudzić. Nie spałam. Siedziałam w kuchni przy zgaszonej lampie.

– To ty? – zapytałam, chociaż wiedziałam, że nie mam się kogo innego spodziewać.

– A kto miałby być? – odpowiedział Marek, zdejmując płaszcz. W jego głosie było coś nerwowego, jakby próbował brzmieć swobodnie.

Wstałam i zapaliłam światło. Zmrużył oczy.

– Myślałam, że wrócisz wcześniej.

– Przecież mówiłem, że to firmowa impreza. Rozmowy się przeciągnęły.

Zatrzymałam wzrok na jego koszuli. Była pognieciona bardziej niż zwykle, a na mankiecie widniał drobny ślad brokatu.

– Od kiedy w waszej firmie używa się brokatu? – zapytałam spokojnie.

Zawahał się.

– To karnawał. Ktoś przyniósł konfetti. Nie przesadzaj.

Znałam go dwanaście lat. Widziałam, kiedy mijał się z prawdą. Unikał mojego spojrzenia, zbyt długo poprawiał zegarek.

– Nie odbierałeś telefonu – powiedziałam ciszej. – Dzwoniłam kilka razy.

– Było głośno. Nie słyszałem.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Czułam gulę w gardle.

Z kim byłeś? – zapytałam wprost.

Westchnął ciężko.

– Z zespołem. Z Ewą z marketingu, z Pawłem, z resztą. Naprawdę, to nic wielkiego.

Imię Ewy zabrzmiało jak uderzenie w blat. Widziałam ją raz – wysoką, zawsze perfekcyjnie ubraną, z tym uśmiechem, który zdawał się przyklejony do twarzy.

– A po północy? – nie ustępowałam. – Też z zespołem?

– Tak.

Oparłam się o stół.

– Marek, spójrz mi w oczy i powiedz to jeszcze raz.

Podniósł wzrok. Przez ułamek sekundy zobaczyłam w nim wahanie. I wtedy wiedziałam, że tej nocy nie chodziło tylko o firmową zabawę.

– Dlaczego mnie tak przepytujesz? – odbił pytanie. – Nie zrobiłem nic złego.

– Właśnie tego się boję – odpowiedziałam. – Że jednak zrobiłeś.

Odwrócił się i poszedł do łazienki. Usłyszałam szum wody. Stałam w kuchni, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg. W ostatki zawsze tańczyliśmy razem w salonie, puszczając starą płytę z piosenkami z naszej młodości. W tym roku tańczył gdzie indziej. I nie byłam pewna, czy wrócił do mnie tylko dlatego, że tu mieszkał. Kiedy wyszedł, powiedział cicho:

– Porozmawiamy rano. Jestem zmęczony.

– Ja nie zasnę – odparłam. – Nie po tym.

Zatrzymał się w progu sypialni.

– Naprawdę chcesz robić scenę o jedną noc?

– Nie chodzi mi o noc – odpowiedziałam. – Chodzi o prawdę.

Zamknął za sobą drzwi. A ja zostałam sama z ciszą, która była głośniejsza niż jakakolwiek muzyka karnawału.

Traciłam do niego zaufanie

Nie zmrużyłam oka. Siedziałam na kanapie, przykryta kocem, kiedy Marek wyszedł z sypialni przed ósmą. Miał na sobie dres i wyglądał, jakby noc wcale go nie zmęczyła.

– Nadal nie śpisz? – zapytał, zatrzymując się w drzwiach salonu.

– A ty? – odpowiedziałam pytaniem.

Westchnął i usiadł naprzeciwko mnie.

– Dobrze. Porozmawiajmy. Co dokładnie chcesz wiedzieć?

– Chcę wiedzieć, gdzie byłeś po północy. I z kim – powiedziałam spokojnie, choć ręce drżały mi pod kocem.

Przez chwilę milczał, jakby ważył każde słowo.

– Impreza przeniosła się do klubu niedaleko rynku – zaczął. – Zaproponowałem, żebyśmy jeszcze gdzieś wyskoczyli. Kilka osób się zgodziło.

– Kilka osób? – uniosłam brwi. – Wymień.

– Paweł… i… – zawahał się – i Ewa.

– Tylko wy troje?

Nie odpowiedział od razu.

– Paweł wyszedł wcześniej – dodał w końcu.

Poczułam, jak coś ściska mnie w środku.

Czyli zostałeś z nią sam.

– To nie tak, jak myślisz – powiedział szybko. – Rozmawialiśmy o projekcie. O awansie. Ona ma wpływ na decyzje.

Roześmiałam się krótko, bez radości.

– W klubie, w ostatki, po północy, rozmawialiście o projekcie?

– Iza, proszę… – jego głos zmiękł. – Nic się nie stało.

– To dlaczego nie potrafisz spojrzeć mi w oczy?

Zamilkł. Wstałam i podeszłam do komody, gdzie położył telefon. Nie miałam zwyczaju go sprawdzać. Ufałam mu. A przynajmniej tak mi się wydawało.

– Co robisz? – zapytał ostrzej.

– Chcę zobaczyć twoje wiadomości.

Nie masz prawa.

Odwróciłam się do niego.

– Po dwunastu latach małżeństwa mam prawo do prawdy.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w napięciu. W końcu podał mi telefon.

– Nie mam nic do ukrycia – powiedział.

Wydawał się spokojny, ale jego szczęka była zaciśnięta. Przeczuwałam, co to znaczy.

Przestałam mu wierzyć

Przeglądałam rozmowę z Ewą. Ostatnia wiadomość była z wczoraj, z 23:48. „Cieszę się, że zostałeś. Warto było zaryzykować”. Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Co to znaczy? – zapytałam cicho.

Marek usiadł ciężko na fotelu.

– Miałem wracać z Pawłem. Ale Ewa poprosiła, żebym został. Chciała porozmawiać.

– O projekcie? – w moim głosie zabrzmiała gorycz.

– O wszystkim. O pracy, o tym, że w firmie szykują się zmiany.

Przewinęłam dalej. Kolejna wiadomość, już po pierwszej w nocy: „Dziękuję za szczerość. Teraz rozumiem”. Spojrzałam na niego.

Za jaką szczerość?

Zamknął oczy na moment.

– Powiedziałem jej, że… że myślę o odejściu z pracy. Że mam dość tej presji.

To mnie zaskoczyło.

– Nigdy mi o tym nie wspominałeś.

– Bo nie chciałem cię martwić – odpowiedział cicho. – Ostatnio między nami i tak było nieciekawie.

Usiadłam naprzeciwko niego.

– To się nie wzięło znikąd, Marek.

Podniósł wzrok.

– Wiem. Oddaliliśmy się od siebie. Praca mnie pochłonęła. A Ewa… ona po prostu mnie wysłuchała.

To zabolało bardziej niż cokolwiek innego.

– Ja też potrafię słuchać – powiedziałam. – Tylko musisz chcieć mówić.

Zapadła długa cisza.

Nie zdradziłem cię – powiedział w końcu. – Przysięgam. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Nic więcej.

Chciałam mu wierzyć. Naprawdę chciałam. Ale między nami pojawiło się coś nowego – nie jakieś konkretne zdarzenie, lecz świadomość, że potrafił dzielić swoje wątpliwości z kimś innym, a nie ze mną.

– Dlaczego nie powiedziałeś od razu? – zapytałam.

Zawahał się.

– Bo bałem się rozmowy z tobą.

Te słowa zawisły między nami ciężko.

Czyli uciekłeś – podsumowałam.

Skinął głową. Nie było w tym wyznaniu triumfu ani dramatyzmu. Było zmęczenie i strach. Patrzyłam na człowieka, którego znałam od lat, a jednocześnie miałam wrażenie, że siedzi przede mną ktoś obcy. Ostatnia noc karnawału nie przyniosła zdrady, jakiej się obawiałam. Przyniosła coś trudniejszego – pęknięcie zaufania.

W końcu odkryłam prawdę

Tego samego dnia po południu Marek wyszedł na spacer, żeby – jak powiedział – przewietrzyć głowę. Zostałam sama z myślami, które krążyły jak niespokojne ptaki. W końcu zrobiłam coś, o czym wcześniej nawet bym nie pomyślała – napisałam do Ewy. „Czy możemy porozmawiać? To ważne”. Odpisała po kilku minutach. „Dobrze, spotkajmy się w kawiarni na rynku”. Usiadłam naprzeciwko niej. Wyglądała nienagannie, jak zawsze. Uśmiechnęła się uprzejmie, ale w jej spojrzeniu było napięcie.

– Domyślam się, że chodzi o Marka – zaczęła.

– Tak – odpowiedziałam wprost. – Chcę wiedzieć, co wydarzyło się wczoraj po północy.

Oparła dłonie o filiżankę.

– Rozmawialiśmy. Był przytłoczony. Mówił, że czuje się niewidzialny. Że w domu też trudno mu znaleźć zrozumienie.

Te słowa zabolały.

– W domu? – powtórzyłam. – To znaczy u mnie?

Ewa wzruszyła lekko ramionami.

– Nie cytuję dosłownie. Ale mówił, że oddaliliście się od siebie.

Poczułam, jak twarz robi mi się gorąca.

– A jaka jest pani rola w tym wszystkim? – zapytałam spokojniej, niż się czułam.

– Nie mam żadnej roli – odpowiedziała. – Jest moim współpracownikiem. Nic więcej.

Zawiesiła głos, po czym dodała ciszej:

Próbował mnie pocałować.

Serce podeszło mi do gardła.

– Co?

– Odsunęłam się – powiedziała szybko. – Powiedziałam mu, że to zły pomysł. Że ma żonę.

Świat na moment przestał mieć ostre kontury.

– Dlaczego mi pani to mówi?

– Bo nie chcę być w nic zamieszana. To on musi uporządkować swoje sprawy.

Wyszłam z kawiarni jak w transie. Powietrze było chłodne, ale nie czułam zimna. W głowie dudniło jedno zdanie: „Próbował mnie pocałować”.

To zmieniło wszystko

Kiedy wróciłam do domu, Marek stał przy oknie.

– Gdzie byłaś? – zapytał.

– Spotkałam się z Ewą.

Zbladł.

– Po co?

– Żeby usłyszeć wersję, której mi nie powiedziałeś.

Przez chwilę milczał.

– I co ci powiedziała?

Podeszłam bliżej.

Że próbowałeś ją pocałować.

Zamknął oczy. Nie zaprzeczył.

– To był moment – powiedział cicho. – Byłem zagubiony. Ona była blisko. Pomyślałem…

– Że to łatwiejsze? – przerwałam mu.

– Że ktoś mnie rozumie.

– A ja? – głos mi zadrżał. – Ja przez lata byłam obok.

– Wiem – odpowiedział. – I właśnie dlatego czuję się podle.

Usiadłam przy stole.

– Nie zdradziłeś mnie – powiedziałam powoli. – Ale chciałeś. I to wszystko zmienia.

Podszedł i uklęknął przy mnie.

– Chcę ciebie. To był impuls. Bałem się, że między nami już nic nie ma.

Spojrzałam na niego.

– A zapytałeś mnie kiedykolwiek, czy też się boję?

Milczał. Zrozumiałam wtedy, że nie chodziło o Ewę. Chodziło o nas. O miesiące przemilczeń, o wieczory spędzone obok siebie bez rozmowy, o dumę, która nie pozwalała pierwszej wyciągnąć ręki.

– Nie wiem, czy potrafię tak po prostu przejść nad tym do porządku – powiedziałam szczerze.

– Daj mi szansę – poprosił. – Jedną.

Patrzyłam na człowieka, który się potknął. Nie przekroczył granicy całkowicie, ale był o krok od niej. A ja musiałam zdecydować, czy ten krok przekreśla wszystko. W tamtej chwili wiedziałam jedno: jeśli mamy zostać razem, to nie dlatego, że tak będzie wygodniej, lecz dlatego, że oboje naprawdę tego chcemy.

Poczułam iskierkę nadziei

Nie odpowiedziałam Markowi od razu. Przez kilka dni mijaliśmy się w mieszkaniu jak współlokatorzy. Uprzejmi, ostrożni, jakby jedno nieuważne słowo mogło rozsypać to, co jeszcze stało. On próbował rozmawiać, ja potrzebowałam ciszy. W piątkowy wieczór wszedł do salonu z małym głośnikiem w ręku.

– Możesz na chwilę? – zapytał.

Siedziałam przy stole z kubkiem herbaty.

– Jeśli to znowu przeprosiny, już je słyszałam.

– Nie – odpowiedział. – To nie przeprosiny. To propozycja.

Postawił głośnik na półce i włączył piosenkę, którą kiedyś puszczaliśmy w ostatki. Tę samą, przy której śmialiśmy się, że tańczymy gorzej niż w liceum.

– Pamiętasz? – zapytał cicho.

Pamiętałam aż za dobrze. Wstał i wyciągnął rękę.

Zatańczysz ze mną?

Patrzyłam na niego długo. W jego oczach nie było już nerwowości ani obrony. Była prośba.

To niczego nie naprawi – powiedziałam.

– Wiem. Ale może zaczniemy od początku.

Podeszłam powoli. Położyłam dłoń na jego ramieniu. Tańczyliśmy niezgrabnie, jak zawsze. Przez chwilę było tak jak dawniej – ciepło, blisko, zwyczajnie.

– Byłem głupi – powiedział cicho. – Szukałem potwierdzenia swojej wartości nie tam, gdzie powinienem.

– A ja udawałam, że nie widzę, jak się oddalasz – odpowiedziałam. – Bo łatwiej było milczeć niż pytać.

Zatrzymaliśmy się. Spojrzałam mu w oczy.

– Nie chodzi tylko o ten jeden impuls – dodałam. – Chodzi o to, że przez moment wybrałeś kogoś innego.

– Już nie wybiorę – odparł stanowczo. – Jeśli mam coś ratować, to tylko z tobą.

Cisza między nami nie była już ciężka. Była prawdziwa.

Chcę spróbować – powiedziałam w końcu. – Ale nie udawajmy, że nic się nie stało. Musimy nauczyć się mówić, zanim znowu zaczniemy uciekać.

Przytaknął.

– Umówimy się na jedną zasadę – dodałam. – Żadnych niedopowiedzeń. Nawet jeśli prawda będzie niewygodna.

– Zgoda.

W tamtej chwili nie czułam euforii. Czułam ostrożną nadzieję. Wiedziałam, że zaufanie nie wraca w jeden wieczór. Ale zobaczyłam w nim gotowość do pracy, nie tylko strach przed stratą.

Kilka tygodni później zmienił pracę. Sam podjął tę decyzję. Nie dlatego, że mu kazałam, ale dlatego, że zrozumiał, jak bardzo tamto środowisko wpływało na nasz związek. Zaczęliśmy rozmawiać – naprawdę rozmawiać. O rzeczach trudnych, o rozczarowaniach, o oczekiwaniach, których wcześniej nie wypowiadaliśmy.

Ostatki tamtego roku na zawsze będą mi się kojarzyć z pęknięciem. Ale też z momentem, w którym oboje zobaczyliśmy, jak łatwo można zgubić to, co budowało się latami. Nie wybaczyłam od razu. On nie odzyskał mojego zaufania z dnia na dzień. Ale tamten taniec w salonie był naszym prawdziwym końcem karnawału – zdjęciem masek, które nosiliśmy z przyzwyczajenia. Dziś wiem, że najgroźniejsze nie są wielkie zdrady, lecz ciche oddalanie się od siebie. My w porę to zauważyliśmy.

Iza, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama