Reklama

Są takie chwile, kiedy człowiek wmawia sobie, że jeśli tylko wystarczająco się postara, wszystko da się jeszcze naprawić. Ja też w to wierzyłam. Planowałam, układałam w głowie rozmowy, gesty i spojrzenia, jakby przyszłość była projektem do odhaczenia. Walentynki miały być dowodem, że jeszcze coś między nami istnieje. Nie przypuszczałam, że dzień przed nimi zobaczę coś, czego nie da się już „przepracować”.

Ja planuję za dwoje

Planowanie tych walentynek stało się moim cichym rytuałem. Wracałam z pracy, zdejmowałam płaszcz i zamiast włączać telewizor, siadałam z notesem przy stole. Pisałam listy: co zabrać, gdzie pójść, w co się ubrać. Każdy szczegół miał znaczenie, jakby od dobrze dobranej restauracji zależało, czy Igor znowu na mnie spojrzy tak jak kiedyś. Wyjazd wymyśliłam jako „reset”. Tak to sobie nazywałam, choć nigdy głośno. Między nami od miesięcy było coraz mniej rozmów, a coraz więcej jego nieobecności — tej fizycznej i tej gorszej, emocjonalnej. Igor potrafił siedzieć obok mnie na kanapie, patrzeć w telefon i być dalej niż ktokolwiek.

– Może gdzieś wyskoczymy w lutym? – zapytałam go kilka tygodni wcześniej, udając lekkość.

– Zobaczymy, mam teraz sporo na głowie – odpowiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.

To „zobaczymy” potraktowałam jak zielone światło. Zarezerwowałam mały hotel poza miastem, z widokiem na las. Wyobrażałam sobie poranki bez pośpiechu, jego rękę na mojej, rozmowy, których od dawna nam brakowało. Wmawiałam sobie, że to zmęczenie, że każdy związek ma gorszy moment. Przecież gdyby mu nie zależało, nie byłby ze mną, prawda? Za każdym razem, gdy pojawiała się wątpliwość, uciszałam ją szybko. Samotność brzmiała w mojej głowie głośniej niż zdrowy rozsądek. Bałam się przyznać, że bardziej walczę o ten związek ja niż my. Że on niczego już nie planuje, a ja planuję za dwoje. Kiedy mówiłam Igorowi o szczegółach wyjazdu, kiwał głową.

– Fajnie – rzucił któregoś wieczoru. – Dobrze, że coś ogarnęłaś.

„Ogarnęłaś”. To słowo powinno mnie ukłuć, ale wtedy jeszcze uznałam je za komplement. Chciałam wierzyć, że jeśli stworzymy odpowiednie warunki, bliskość wróci sama. Że miłość da się odbudować ciszą, kolacją i widokiem za oknem. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że on może wcale nie chcieć ratunku.

Chciałam być tą wyrozumiałą

Dzień przed wyjazdem obudziłam się z uczuciem lekkiego napięcia, ale uznałam je za ekscytację. Spakowana walizka stała przy drzwiach już od wieczora. Igor miał przyjechać prosto po pracy. O jedenastej zadzwonił:

– Laura, sprawa się skomplikowała – zaczął bez wstępu.

– Co się stało? – zapytałam, ściskając telefon mocniej, niż trzeba.

– Mam pilny wyjazd służbowy.

Mówił spokojnie, rzeczowo, jakby informował mnie o zmianie godziny spotkania, a nie o skasowaniu planów, które dla mnie były wszystkim.

– Ale to tylko dwa dni… – odezwałam się cicho. – Przecież wszystko już mamy zarezerwowane.

– Wiem, ale teraz to ważniejsze. Zrozumiesz.

To „zrozumiesz” zawisło między nami. Chciałam zapytać, dlaczego znowu ja mam rozumieć. Dlaczego nigdy nie słyszę w jego głosie żalu, zawahania, próby znalezienia rozwiązania. Zamiast tego przytaknęłam.

– Jasne. Jeśli musisz.

Rozłączył się szybko. Bez „przykro mi”, bez propozycji innego terminu. Usiadłam na kanapie i patrzyłam na walizkę, jakby była cudzym bagażem. W środku coś we mnie pękło, ale jeszcze nie pozwoliłam sobie tego nazwać. Przecież praca bywa ważna. Przecież chciałam być tą wyrozumiałą, dorosłą. Wieczorem napisał krótką wiadomość: „Dzięki za zrozumienie”. Odpisałam sercem. Dopiero później dotarło do mnie, że nie zapytał, jak się czuję. Że nie zaproponował, żebym pojechała sama albo żebyśmy nadrobili to inaczej. Jakby walentynki były moim pomysłem, a nie czymś, co nas dotyczyło. Próbowałam usprawiedliwiać go w myślach. Mówiłam sobie, że przesadzam, że dramatyzuję. Ale pod tym wszystkim czaiło się rozczarowanie, które zaczynało mieć kształt. Cichy, niewygodny, coraz trudniejszy do zignorowania.

Wszystko zaczęło układać się w jedną całość

Siedziałam na kanapie, wpatrując się w ekran. Włączyłam jakiś serial, byle by tylko uciec przed ciszą w mieszkaniu. Walizka nadal stała przy drzwiach, jak wyrzut. Nie tak wyobrażałam sobie moje walentynki, ale nie miałam na to wpływu. Nagle zawibrował telefon. Moja przyjaciółka - Marzena. Dziwiłam się, że dzwoni o tej porze.

– Słuchaj, muszę ci to powiedzieć, bo nie wytrzymam. Pamiętasz, jak ci wspominałam, że z mężem planujemy weekendowy wypad za miasto. Miły hotel, spa, restauracja. Właśnie zeszliśmy na kolację i nie uwierzysz, kogo zobaczyłam przy jednym ze stolików. To Igor, siedzi przy stole z jakąś blondynką. Okazało się, że mój mąż ją zna. Pracuje w tej samej firmie, co on w innym dziale. Nie zauważyli nas, postanowiliśmy szybko zmienić lokal.

– Tak wiem, miał być dziś na spotkaniu służbowym.

– Słuchaj Laura, to mi nie wygląda na spotkanie służbowe. Oni trzymają się za ręce, on gładzi ją po włosach. Przykro mi, że ci to mówię, no ale nie mogłam inaczej. Zrobiłam im ukradkiem zdjęcie. Zaraz ci wyślę.

Za chwilę przyszło smsem zdjęcie. Faktycznie na nim był Igor. Wszystko, o czym mówiła Marzena było prawdą. Wysłała mi jej dane. Sprawdziłam jej profil w mediach społecznościowych. Zdjęcie po zdjęciu. Wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Jej fotki z różnych miast, hoteli, restauracji pokrywały się tymi, w których bywał Igor. Daty też się zgadzały. To znaczyło tylko tyle, że znał ją od dawna, że za każdym razem wyjeżdżał z nią, chociaż mi wmawiał, że to służbowe delegacje. Wszystkie te drobne sygnały z ostatnich miesięcy były jasne. Czułam, jak gniew miesza się z niedowierzaniem.

– To niemożliwe… – powiedziałam na głos, choć w mieszkaniu nie było nikogo.

Nie płakałam od razu. Zrozumiałam, że walentynki, które miały być ratunkiem, były tylko moją próbą uratowania czegoś, co już dawno nie istniało. Odłożyłam telefon i wpatrywałam się w sufit. W głowie miałam jedną myśl, od której nie dało się uciec: mój związek istniał głównie w moich planach. A ja właśnie zobaczyłam dowód na to, jak bardzo byłam w tym sama.

Kłamałeś mi w oczy od dawna

Nie napisałam do niego od razu. Telefon leżał odwrócony ekranem do dołu. Myślałam, że będę krzyczeć, że zadzwonię i zażądam wyjaśnień. Zamiast tego przyszła cisza. Gęsta i ciężka, ale dziwnie bezpieczna. Uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy tłumaczyłam za Igora przez ostatni rok. Jak często mówiłam „nic się nie stało”, choć czułam się pominięta. To było jak lustro, w którym zobaczyłam siebie wyraźniej. Myślałam o tym, jak bardzo bałam się samotności. Jak wolałam wątpliwą obecność niż brak obecności w ogóle. Zdjęcie Igora z tą kobietą wracało do mnie falami, ale zamiast wybuchu czułam coś innego — wstyd, że tak długo odsuwałam prawdę. Igor przyjechał w niedzielę. Ja już stałam w korytarzu, z telefonem w dłoni, czekając na konfrontację.

– Widziałam twoje zdjęcie z weekendu – powiedziałam spokojnie, gdy tylko zamknął drzwi.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Jakie zdjęcie? – rzucił.

– Twoje, z restauracji. Zamiast kolacji służbowej, miałeś randkę z jakąś blondynką.

Westchnął, jakby to ja go stawiała w niewygodnej sytuacji.

– Laura, nie rób z tego dramatu. To było zwykłe spotkanie.

– Przestać udawać, wiem, co widziałam – Okłamałeś mnie, kłamałeś mi w oczy od dawna.

– To nie tak, jak myślisz.

– Nie chcę już dłużej słuchać twoich tłumaczeń. Chcę zostać sama.

Patrzyłam, jak zakłada kurtkę, i po raz pierwszy nie pobiegłam za nim myślami. Zrozumiałam, że przez długi czas słuchałam jego słów, a nie swoich uczuć. A one krzyczały bardzo wyraźnie.

To był mój pierwszy wybór siebie

Gdy wyszedł z domu, zaparzyłam herbatę i usiadłam przy oknie. Miasto żyło swoim rytmem, jakby nic się nie wydarzyło, a ja pierwszy raz od dawna nie próbowałam za nim nadążać. Igor nie napisał. Ja też nie. Ta cisza była inna niż wszystkie wcześniejsze. Nie bolała tak bardzo, bo nie była już wypełniona nadzieją. Zrozumiałam, że przez długi czas byłam lojalna wobec wyobrażenia o związku, nie wobec rzeczywistości.

Broniłam go przed własnymi myślami, umniejszałam swoje potrzeby, tłumaczyłam brak obecności zmęczeniem, pracą, wszystkim, co tylko nie wymagało ode mnie odwagi. Postanowiłam wyjść na długi spacer. Bez celu. Patrzyłam na pary trzymające się za ręce i nie czułam zazdrości, tylko zmęczenie tym, jak bardzo chciałam być jedną z nich za wszelką cenę. Dotarło do mnie, że miłość nie powinna być projektem ratunkowym ani ciągłym egzaminem z wyrozumiałości. To był mój pierwszy wybór siebie — cichy, niepewny, ale prawdziwy.

Laura, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama