„Mąż w walentynki unika prezentów, dlatego widok tuzina róż mnie wzruszył. Szkoda, że bukiet nie postoi długo w wazonie”
„Tego lutowego dnia wróciłam do domu wcześniej. Nieco zmęczona po pracy, trochę rozkojarzona i zamyślona. Zupełnie nie spodziewałam się, że ten moment na długo zapisze się w mojej pamięci. Walentynkowy bukiet, pięknie pachnący i zawiązany czerwoną wstążką, pachniał już z daleka. Tuzin róż miał być symbolem miłości, a stał się początkiem końca małżeństwa”.

- Redakcja
Walentynki nigdy nie były dla mnie szczególnie ważnym świętem. Przez lata uznawałam je raczej za komercyjną wydmuszkę, którą można przeżyć równie dobrze, jak każdy inny dzień. Jednak od kilku lat, odkąd wyszłam za mąż, zaczęłam przywiązywać do nich nieco większą wagę. Z czasem gesty mojego męża nabrały dla mnie nowego znaczenia – cieszyłam się z każdego tulipana, z przypadkowego pocałunku w czole, z kubka herbaty przyniesionego do łóżka.
Mimo to, nie oczekiwałam wielkich wyznań, raczej ceniłam drobne, szczere gesty codzienności. Tego lutowego dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Zupełnie nie spodziewałam się, że ten moment na długo zapisze się w mojej pamięci. Walentynkowy bukiet, pięknie pachnący i zawiązany czerwoną wstążką, stał się początkiem końca.
Jaki miły gest...
Kiedy tylko przekroczyłam próg mieszkania, moją uwagę od razu przykuł duży bukiet kwiatów stojący na stole w salonie. Rzadko dostawałam takie prezenty, więc przez chwilę patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Przypomniałam sobie nasze ostatnie walentynki – wtedy mąż wręczył mi pojedynczego tulipana i powiedział z uśmiechem, że woli proste rozwiązania. Tym razem jednak zdecydowanie się postarał. Róże były świeże, a ich zapach, intensywny i słodki, unosił się po całym pokoju, przypominając zapach paryskich perfumerii, w których byliśmy kiedyś podczas podróży do Francji.
Zsunęłam z siebie płaszcz, rzuciłam torebkę na kanapę i, nie zdejmując jeszcze butów, podeszłam do stołu. Kwiaty wyglądały zjawiskowo – czerwone, różowe i białe róże, drobne eustomy, a wśród nich zielone gałązki, które nadawały całości lekkości. Po chwili zauważyłam małą karteczkę przypiętą do wstążki. Poczułam nagły przypływ radości i dumy. Pomyślałam, że w końcu doczekałam się tych walentynek, które opisują w romantycznych książkach. Może właśnie teraz zaczyna się nasz nowy, lepszy etap? Usiadłam przy stole i wzięłam bukiet do rąk, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia.
Treść liściku nie była w naszym stylu
Mimo że dłonie lekko mi drżały, delikatnie rozwinęłam czerwoną wstążkę, by wydobyć ukrytą karteczkę. Byłam ciekawa, co mąż tam napisał. Zawsze miał talent do krótkich, ciepłych życzeń, które potrafiły poprawić mi humor nawet w najbardziej ponury dzień. Gdy otworzyłam liścik, przez ułamek sekundy nie zrozumiałam jego treści. Nie był to żaden typowy walentynkowy wierszyk, nie było tam żadnego „kocham cię”, nie było nawet naszego zwyczajowego żartu, który tylko my rozumieliśmy. Zdanie zapisane na kartce brzmiało chłodno, zupełnie obco, jakby nie było napisane dla mnie.
Przyglądałam się tym kilku słowom, czując, jak w gardle rośnie mi gula. Zanim zdążyłam się zastanowić, co dokładnie mnie zabolało, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Do domu wrócił mój mąż. Odwróciłam się powoli, próbując ukryć zmieszanie i niepokój. On wszedł do kuchni, zerknął na mnie i uśmiechnął się nieco zbyt szeroko.
– Podoba ci się bukiet? – zapytał, stawiając torbę z zakupami na blacie.
Poczułam, że nie jestem gotowa na tę rozmowę. Trzymając w ręku liścik, patrzyłam mu prosto w oczy, próbując wyczytać coś z jego twarzy.
Mąż unikał mojego wzroku
Próbowałam się uśmiechnąć, ale wyszło to tak sztucznie, że aż sama się tego wstydziłam. Przez moment nie wiedziałam, czy powinnam zapytać o treść liściku, czy udawać, że niczego nie zauważyłam. W końcu ścisnęłam kartkę w dłoni i podeszłam do niego bliżej.
– Dziękuję za kwiaty, są naprawdę piękne – powiedziałam cicho, choć moje myśli krążyły wokół nieznanego uczucia chłodu, które czułam od chwili, gdy przeczytałam kilka suchych słów z kartki.
Mąż unikał mojego wzroku, zajął się rozpakowywaniem zakupów. W milczeniu przekładał produkty na półki, jakby chciał czymś zająć ręce i myśli.
– A ten liścik… – zaczęłam niepewnie. – Trochę mnie zaskoczył. To chyba nie twój styl, prawda?
Przez chwilę udawał, że nie słyszy. W końcu zerknął na mnie kątem oka.
– Chciałem po prostu napisać coś innego niż zwykle. Myślałem, że docenisz coś nowego – powiedział z wymuszonym uśmiechem.
Stałam bez ruchu, przyglądając mu się uważnie. Jego nerwowość była wyczuwalna. Atmosfera w pokoju zgęstniała, a ja coraz wyraźniej czułam, że coś jest nie tak. Przypominało to sytuację, gdy dziecko próbuje ukryć coś przed rodzicem – niby wszystko w porządku, ale instynkt podpowiada, że prawda czai się tuż pod powierzchnią.
Zapach nie dawał spokoju
Chociaż próbowałam skupić się na codziennych sprawach, coraz trudniej było mi wyrzucić z głowy dziwne wrażenie, jakie zrobił na mnie bukiet i dołączony do niego liścik. Kwiaty stały na stole, piękne i świeże, a ich zapach mieszał się z wonią wieczornej herbaty. Jednak im dłużej się im przyglądałam, tym bardziej czułam, że ten aromat, zamiast koić, zaczyna mnie drażnić. Jakby przesiąknięty był czymś obcym.
Wieczorem, kiedy usiedliśmy razem na kanapie, nie wytrzymałam i zapytałam ponownie, tym razem bez owijania w bawełnę.
– Kto ci pomógł wybierać te kwiaty? – rzuciłam niby od niechcenia, choć w środku czułam narastający lęk.
Mąż spojrzał na mnie zaskoczony.
– A czemu pytasz? Zamówiłem przez internet. Po prostu wybrałem najładniejszy bukiet – odpowiedział szybko, ale wyczułam w jego głosie coś dziwnego. Jego odpowiedź zabrzmiała jak formułka, wyćwiczona przed lustrem.
Oparłam się wygodniej, udając obojętność, chociaż moje serce biło jak oszalałe. W tamtej chwili zapach róż wydawał się bardziej duszący niż kiedykolwiek wcześniej. Przysięgłabym, że w tej chwili wcale nie czułam w nim słodkiej nuty francuskich perfum, a raczej coś gorzkiego, co przypominało początek końca.
Rachunek z kwiaciarni
Kilka dni później przypadkiem znalazłam w kieszeni kurtki fakturę z kwiaciarni. Zdziwiło mnie to, bo przecież mąż zarzekał się, że zamówił kwiaty przez internet. Na rachunku widniało imię, które wydało mi się dziwnie znajome – imię koleżanki mojego męża z pracy, tej samej, o której kiedyś wspominał w kontekście wspólnego projektu. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Układałam sobie w głowie różne scenariusze, ale ten wydawał się najbardziej prawdopodobny. Mimo to próbowałam się łudzić, że to tylko przypadek, zbieg okoliczności, zwykłe zamieszanie.
Wieczorem postanowiłam porozmawiać z mężem. Nie miałam już siły udawać, że nic się nie dzieje.
– Znalazłam rachunek z kwiaciarni. Jest na nim imię „Ola”. To twoja koleżanka. Może mi to wyjaśnisz? – powiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko się we mnie gotowało.
Mąż najpierw zamarł w bezruchu, potem spuścił wzrok.
– To nie tak, jak myślisz – zaczął cicho, ale jego głos zdradzał więcej, niż chciałby pokazać.
– W takim razie powiedz mi, jak jest – odparłam twardo, próbując powstrzymać łzy.
Wiedziałam już, że odpowiedź będzie bolała, niezależnie od tego, co powie.
Mąż przyznał się do wszystkiego
Patrzyłam na męża, czekając, aż w końcu zdobędzie się na szczerość. Przez chwilę milczał, walcząc z własnymi myślami. W końcu westchnął ciężko i odwrócił się ode mnie, jakby nie był w stanie znieść mojego spojrzenia. Wiedziałam już wtedy, że wszystko, co usłyszę, zaboli mnie jeszcze bardziej niż cichy dom i nieprzespane noce. Słowa, które padły, były proste, lecz niosły za sobą całą lawinę bólu i rozczarowania.
– Spotykałem się z Olą po pracy. Na początku naprawdę chodziło tylko o projekty, później… wszystko się wymknęło spod kontroli. Przepraszam. Należy ci się prawda – wyszeptał, nie podnosząc głowy.
W tym momencie przestałam już czuć zapach kwiatów. Róże na stole straciły swój urok, a ich kolor kojarzył mi się już tylko z bólem. Powiedziałam mu, żeby wyszedł. Nie krzyczałam i nie płakałam. Po prostu siedziałam w milczeniu, patrząc w okno, za którym śnieg powoli topniał. Walentynkowy bukiet przestał być symbolem miłości – stał się pamiątką zdrady, której nie da się wymazać ani zapomnieć.
Co będzie dalej? Nie wiem. Ale wiem jedno. Zawsze będę słuchać głosu swojej intuicji, bo tylko ona mnie do tej pory nie zawiodła.
Ewelina, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dałem synowi kasę, by rozwinął własny biznes. Teraz patrzę bezradnie, jak jego nowa panna chce go puścić w skarpetkach”
- „Teściowa myślała, że zdrady dzieją się tylko w filmach. Teraz przyszła do mnie z płaczem, bo jej mąż wziął nogi za pas”
- „Przekonałam męża, byśmy pojechali z teściową na ferie do Wisły. Przez to, co tam zobaczyłam, do domu wrócimy osobno”