Reklama

Sprzątanie w naszym domu to temat równie kontrowersyjny, co zmiany klimatyczne – niby wszyscy wiedzą, że trzeba coś robić, ale tylko nieliczni faktycznie działają. W naszym przypadku – ja. Mój mąż, kiedy tylko słyszy odkurzacz albo czuje zapach płynu do mycia podłóg, doznaje nagłego osłabienia kończyn i przypomina sobie, że jeszcze nie obejrzał dokumentu o życiu słoni w Afryce. Naturalnie z kanapy.
Nie zawsze tak było. Kiedyś potrafił z własnej woli umyć okna. To było wtedy, gdy próbował mnie do siebie przekonać i udawał, że lubi domowe obowiązki. Teraz kiedy jesteśmy już pięć lat po ślubie, jego zaangażowanie w porządki ogranicza się do operacji „przenieś talerz z salonu do zlewu”. Nie czepiam się, że czasem nie ma siły albo mu się nie chce. Też bym chętnie poleżała z pilotem, tylko że pranie samo się nie rozwiesi, a podłoga nie umyje.

Wszystko było na mojej głowie

– Gdzie są moje skarpetki? – dobiegło mnie z salonu.

Właśnie wyjmowałam z pralki mokre ubrania, a mąż po raz kolejny zapomniał, że ma dwie własne ręce i szafkę z bielizną półtora metra od miejsca, w którym aktualnie leżał.

W tym samym miejscu co zawsze. W szufladzie. Masz ręce?

– Mam, ale jestem zmęczony – jęknął, jakby wrócił z wojny, a nie z ośmiogodzinnej zmiany przy biurku.

Weszłam do salonu, a on leżał rozwalony na kanapie z chipsami na brzuchu i pilotem w dłoni.

– Może wstaniesz i mi pomożesz sprzątać?

Przecież jest czysto! – spojrzał na mnie z udawaną niewinnością.

– W łazience pająk mógłby otworzyć własny hotel!

Zaczerwienił się lekko, ale nie zamierzał się ruszyć. Zamiast tego sięgnął po chipsa.

– A może jutro?

– Nie. Dzisiaj. Bo jutro wpada twoja matka, pamiętasz?

Zamarł. Wiedziałam, że to zadziała. Teściowa była jak Sherlock Holmes i inspektor sanepidu w jednym – miała szósty zmysł do znajdowania kurzu.

– Dobra, to od czego zacząć? – zapytał zrezygnowany.

– Od zdjęcia piżamy.

Rzuciłam mu to pod nogi

– Halo, synku? – odezwała się teściowa po drugiej stronie telefonu. – Będę jutro u was po południu, tylko na godzinkę. Kawkę wypijemy.

– Jasne, mamo – odparł mój mąż, patrząc na mnie błagalnie. – Tylko tak wiesz… nie musisz zaglądać do szafek.

– Co ty opowiadasz? Przecież ja nigdy nie zaglądam! – zaperzyła się, co oznaczało dokładnie tyle, że zajrzy wszędzie.

Wyciągnęłam spod kanapy coś, co wyglądało jak skarpetka sprzed miesiąca, i rzuciłam mu to pod nogi.

– A to co? Relikt z epoki brudu?

Mąż skrzywił się.

– No dobra, wiem. Posprzątam. Tylko czy trzeba aż tak… dokładnie?

– Ty się pytasz, czy trzeba?! Twoja matka raz już oceniła, że „można by było częściej myć kafelki za toaletą”. Do dzisiaj czuję ten ton.

Nie przesadzaj…

– A pamiętasz, jak zapytała, czy firanki „tak mają wisieć, czy się rozciągnęły”?

Zrobił minę winowajcy.

– No dobra, dobra. Mamie się nie odmawia. Ma oko do detalu – próbował się ratować

– Ona ma oko do tropienia kurzu z satelity – syknęłam. – Wiesz co? Możemy się zamienić. Ty sprzątaj, ja będę leżeć i chrupać chipsy. Tylko potem nie płacz, jak usłyszysz, że „ta twoja żona” to nie dba o dom.

– Emilka… – jęknął.

– Nie. Teraz szoruj podłogę. Chcę zobaczyć refleksy na panelach.

Zacisnęłam zęby

– No dzień dobry, kochani! – usłyszałam za drzwiami głos teściowej, zanim jeszcze zdążyłam je otworzyć.

Zanim zdjęła płaszcz, już rozglądała się po przedpokoju. Jak radar. Mąż próbował ją zagłuszyć entuzjazmem.

– Mamo, jak dobrze wyglądasz! Chcesz kawy?

– Nie zaszkodzi. Tylko najpierw… muszę do łazienki. – I spojrzała na mnie jakby od niechcenia, ale ja znałam ten wzrok.

Zniknęła za drzwiami. Słyszałam, jak czymś szura – na pewno otworzyła szafkę pod zlewem. Potem cisza. I znowu klamka. Tym razem od prysznica. Po chwili wyszła i… otarła ręce w białą chusteczkę, wyjętą z torebki. Powoli, demonstracyjnie.

– No, nie jest źle – powiedziała. – Choć kafelki za pralką mają delikatny osad.

Zacisnęłam zęby.

– Mamo, za pralką? Serio?

– A co? Kurz nie zna litości, ale widzę postępy. Wreszcie ktoś tu się zabrał za mieszkanie.

– Tak, ktoś. Na przykład ja – powiedziałam z wymuszonym uśmiechem.

– Oczywiście, kochanie – pokiwała głową, jakby przyznała mi medal za trzymanie mopa.

Mąż udawał głuchego i mieszał kawę z taką pasją, jakby od tego zależał pokój na świecie.

– Synku, a kto kupił firanki?

– Mamo – weszłam jej w słowo – to nowość z katalogu. Wybrałam je sama.

Spojrzała na mnie z lekkością cyrkowego iluzjonisty.

– A, to tłumaczy, dlaczego są takie... nowoczesne.

Popatrzyła na mnie zaskoczona

– Mamo, chcesz może ciasta? Piekłam wczoraj wieczorem – zapytałam, siląc się na uprzejmość.

– A z czego? – spojrzała podejrzliwie.

– Z jabłek – dodałam słodko.

– Ach, to dobrze, bo ostatnim razem to twoje „brownie” było, no… dosyć ciekawe w konsystencji.

Mąż zakrztusił się herbatą, ale nie skomentował. Wiedział, że jak się wtrąci, oberwie rykoszetem.

– Mamo, powiem wprost. Jak przyjeżdżasz do nas z tą twoją białą chusteczką i robisz obchód jak szefowa sanepidu, to mnie to po prostu... męczy.

– Ale ja tylko patrzę! – oburzyła się.

– No właśnie. Patrzysz, kręcisz nosem i rzucasz komentarze typu „o, kafelki mają osad”. A ty, kiedy ostatni raz zaglądałaś za swoją pralkę?

Zamilkła. W końcu odchrząknęła.

– Chcę dobrze. Dbam o wasz dom.

– To nie jest twój dom, mamo. To nasz dom. I choćbym nie wiem, jak się starała, zawsze znajdziesz coś, do czego się przyczepisz. A może czasem warto powiedzieć coś miłego?

Popatrzyła na mnie zaskoczona. Może nie spodziewała się, że się postawię?

– No dobrze, to… herbata dobra – mruknęła.

– Dziękuję – odparłam z uśmiechem. – A firanki są modne, bo to ja je wybierałam. I wiesz co, mamo? Twój syn był zachwycony.

– Jeśli to jego wybór, to niech tak będzie – mruknęła, zerkając na mojego milczącego męża, który udawał, że nie słyszy. Jak zwykle.

Zamarłam przy zlewie

Teściowa siedziała w fotelu, popijając drugą herbatę. Udawałam, że szykuję deser w kuchni, choć tak naprawdę chciałam usłyszeć, co powie do syna, gdy myśli, że nie słyszę.

– Ty tak tylko siedzisz i patrzysz, jak ona się uwija? – zapytała półgłosem.

Zamarłam przy zlewie.

– Mamo, a co mam robić? – odpowiedział zniecierpliwieniem mój mąż. – Emilka lubi mieć wszystko po swojemu.

Wyszłam z kuchni z mokrą ścierką w dłoni.

– Przepraszam bardzo. Co to znaczy „lubi mieć wszystko po swojemu”. A kto zamiatał dziś balkon w kurtce, bo się nie doczekał od ciebie ruszenia tyłka?

– Nie unosiłabym się tak – zaczęła teściowa, ale weszłam jej w słowo.

– Właśnie się unoszę. Bo wiecie co? Od pięciu lat wszystko jest na mojej głowie. Pranie, sprzątanie, gotowanie, zakupy. Twój syn potrafi wnieść chipsy z kuchni i nazwać to „pomocą domową”.

Mąż podrapał się po karku, udając, że go to nie dotyczy.

– Mamo, naprawdę nie przeszkadza ci, że twój syn żyje jak król, a ja jak jego służąca?

– Ja… – Teściowa się zawahała. – No może faktycznie… mógłby trochę więcej.

– Tak? A może ty też mogłabyś trochę mniej komentować, a więcej wspierać?

Zapadła cisza. W końcu teściowa westchnęła:

– Dobrze, niech będzie. Od dziś przestaję sprawdzać listwy i firanki. Tylko pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Ty przestaniesz wszystko robić sama. Albo mu każesz, albo ja będę cię wyręczać. A wierz mi – nie chcesz, żebym to ja sterowała mopem.

Patrzyłam na to z niedowierzaniem

Od tamtego dnia minął tydzień. Firanki wiszą niezmienione. Listwy nie były sprawdzane. Teściowa, ku mojemu zdumieniu, trzyma się umowy. Mój mąż? Cóż… Wreszcie nauczył się obsługiwać odkurzacz. Z początku trzymał go jak niezidentyfikowany obiekt z kosmosu, ale teraz nawet potrafi zmienić końcówkę. Postęp. Co prawda raz zassał swoją skarpetkę, ale podobno „to przez emocje”. Dzisiaj siedzieliśmy przy stole, piliśmy kawę, a on – z własnej woli – wziął miskę i umył owoce. Patrzyłam na to z niedowierzaniem.

– Co? – zapytał z nutą dumy. – Nie mogę pomóc?

– Możesz – uśmiechnęłam się – ale tak bez świadków? Bez matki? Bez komisji?

– A nie mogę tak po prostu? – rzucił.

– Aha. Bo masz nowy plan – żartuję. – Pomagać mi przez tydzień, a potem rzucić tekst: „Zobacz, Emilka, ile robiłem. Teraz ty”.

– Nie no, aż tak przebiegły to nie jestem – przyznał z uśmiechem. – Ale… chyba widzę, że ci lżej, jak nie robię z siebie mebla.

Roześmialiśmy się oboje. Czy to koniec naszych sprzeczek o sprzątanie? Wątpię. Choć może od teraz częściej będę miała partnera, a nie obserwatora z pilotem.

Emilia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama