Reklama

To było osiem miesięcy temu. Adam stał w przedpokoju, otoczony walizkami. Wyglądał na zdeterminowanego, ale w jego oczach czaił się strach. Mieliśmy długi, kredyt we frankach i marzenia o tym, by w końcu przestać liczyć każdą złotówkę przed wejściem do sklepu spożywczego.

Nie mieliśmy na życie

– Wyjeżdżam tylko na chwilę – powiedział. – Zarobię na spłatę, odłożę na start i ściągnę was do siebie. Norwegia to inny świat. Tam ludzie żyją godnie.

Wierzyłam mu. Z trójką dzieci na głowie nie miałam innego wyjścia. Moja pensja z pracy na kasie ledwo starczała na bieżące opłaty, a firma, w której Adam pracował, upadła z hukiem.

Nasza córka Zuzia stała oparta o framugę drzwi.

– Tylko nie zapomnij o nas, jak już będziesz bogaty – rzuciła z przekąsem.

– Nigdy, księżniczko. Wszystko, co robię, to dla was – odpowiedział.

Pierwsze tygodnie były chaotyczne, ale pełne nadziei. Adam dzwonił codziennie. Pokazywał nam przez kamerkę swoje skromne lokum w baraku pracowniczym, opowiadał o ciężkiej pracy na platformach wiertniczych, o stawkach, które w przeliczeniu na złotówki brzmiały jak wygrana na loterii.

– Jeszcze trochę, kochanie – mówił, gdy skarżyłam się, że młodsza córka Roksana choruje, a pralka odmówiła posłuszeństwa. – Pierwsza wypłata pójdzie na spłatę, ale następna jest cała dla was. Wytrzymaj.

Było mi ciężko

Stałam się mistrzynią logistyki i oszczędzania. Ziemniaki podawałam na pięć sposobów, ubrania dla dzieci kupowałam w lumpeksach. Wieczorami, gdy dom wreszcie cichł, siadałam z telefonem w ręku, czekając na ten jeden sygnał, który sprawiał, że czułam się bezpieczniej. Wsparciem miała być teściowa. Przychodziła w niedziele na obiady, które ja gotowałam, i snuła opowieści o zaradności swojego syna.

– Adaś to złoty chłopak – powtarzała. – On nas wszystkich ustawi.

Dla niej fakt, że jej syn wyjechał na Zachód był powodem do dumy. Nie chciałam burzyć jej obrazu, więc milczałam o tym, że pierwsza obiecana wpłata od Adama była o połowę mniejsza, niż zapowiadał. „Koszty życia są tu wyższe, niż myśleliśmy” – napisał wtedy w krótkim SMS-ie.

Problemy zaczęły się w czwartym miesiącu po jego wyjeździe. Telefony stały się rzadsze. Z codziennych rozmów przeszliśmy na dwa razy w tygodniu, potem raz. Adam zawsze miał wytłumaczenie. Nadgodziny, słaby zasięg, zmęczenie, zepsuty telefon.

– Tato, kiedy przyjedziesz? – pytał nasz synek Staś.

– Niedługo, synku. Muszę dużo pracować, żeby kupić ci rower, o którym marzysz – odpowiadał.

Coś mi nie pasowało

Pieniądze przestały przychodzić regularnie. Zamiast stałej kwoty na konto wpływały nieregularne sumy, które ledwo starczały na pokrycie raty kredytu. Na życie musiałam zarobić sama. Wzięłam dodatkowe pół etatu w firmie sprzątającej. Pracowałam wieczorami i w weekendy, zostawiając dzieci pod opieką najstarszej córki Zuzi. Zamiast uczyć się do egzaminów ósmoklasisty, bawiła się w matkę dla rodzeństwa. Widziałam, jak narasta w niej bunt, ale nie miałam wyjścia.

– Mamo, czy tata nas jeszcze kocha? – zapytała pewnego wieczoru, gdy wróciłam z pracy śmierdząca środkiem do mycia podłóg.

– Oczywiście, że tak. Co ci przyszło do głowy? – oburzyłam się, choć sama zadawałam sobie to pytanie.

– Bo Facebooku ktoś wrzucił zdjęcie i go oznaczył. Nie ma go tam, ale jest w odbiciu okularów jakiegoś gościa. Są w górach. I nie wyglądają, jakby byli w pracy.

Sprawdziłam to zdjęcie. Było niewyraźne, ale faktycznie, widać było na nim odbicie Adama. Kiedy zapytałam go o to w wiadomości, odpisał dopiero po dwóch dniach: „To wyjazd integracyjny, szef stawiał”.

Czułam się winna

Pewnego dnia znalazłam w krzynce awizo. Następnego dnia poszłam na pocztę. Polecony z zagranicy, z Norwegii. Może wreszcie Adam ściąga nas do siebie i potrzebuje podpisania jakichś dokumentów? Rozdarłam kopertę drżącymi rękami. W środku nie było listu miłosnego, był plik dokumentów w języku polskim. Pozew o rozwód. Literki tańczyły mi przed oczami. Czytałam to raz za razem, nie rozumiejąc sensu zdań. Jak to rozwód? Przecież dwa dni temu pisał: „Dobranoc, dbaj o dzieci”.

Jak to możliwe, że człowiek, z którym spędziłam piętnaście lat, który obiecywał mi złote góry, wysyła mi koniec naszego małżeństwa pocztą, bez słowa uprzedzenia? W dokumentach była też adnotacja o alimentach. Kwota, którą proponował, była śmieszna. Nie starczyłaby nawet na jedzenie, a co dopiero na kredyt, opłaty, ubrania.

Przez godzinę siedziałam w bezruchu. Czułam, jak mój świat rozsypuje się na miliony kawałków. W końcu wstałam. Musiałam zadzwonić, usłyszeć, że to pomyłka, głupi żart, błąd w systemie. Odebrał po trzecim sygnale.

– Cześć, właśnie miałem dzwonić – powiedział beznamiętnie.

– Dostałam list – wychrypiałam. – Co to jest?

– To najlepsze wyjście. Tu jest inaczej. Życie w Polsce mnie dusiło. Długi, ciągłe pretensje, brak perspektyw. Tutaj zacząłem oddychać.

Nie mogłam uwierzyć

– Dusiło cię? – krzyknęłam. – Dusiła cię rodzina? Twoje dzieci? Zostawiłeś nas z długami!

– Nie dramatyzuj. Będę przysyłał pieniądze na dzieci, tyle, ile ustalił sąd, ale bądźmy szczerzy, od dawna nam się nie układało.

– Nie układało? Wyjechałeś, żeby nas ratować!

– Poznałem kogoś – przerwał mi. – Pomogła mi się tu zaaklimatyzować. Spodziewamy się dziecka.

Wystarczyło osiem miesięcy, żeby wymazał piętnaście lat, trójkę dzieci i żonę, która harowała na dwa etaty, żeby on mógł spełniać marzenia. Wieczorem przyszła teściowa. Musiałam jej powiedzieć. Kiedy pokazałam jej papiery, zaśmiała się nerwowo.

– Co ty opowiadasz, dziecko? To jakaś pomyłka. Ktoś cię chce naciągnąć. Mój Adaś? Z inną? Bzdura!

Kiedy jednak opowiedziałam jej o rozmowie telefonicznej, jej twarz stężała. Przez chwilę myślałam, że wreszcie stanie po mojej stronie.

– Widocznie nie dbałaś o niego wystarczająco – powiedziała. – Chłop szuka ciepła, jak w domu ma tylko narzekanie i problemy. Zagnałaś go do roboty, wysłałaś na obczyznę, a teraz masz pretensje, że ułożył sobie życie?

Musiałam działać

Wyszła, trzaskając drzwiami. Zostałam sama, bez męża, bez wsparcia rodziny, z długami i trójką dzieci, którym musiałam jakoś powiedzieć, że ich tata nie wróci, bo ma nową rodzinę. Zuzia płakała z wściekłości, krzycząc, że go nienawidzi. Staś zamknął się w sobie i przez tydzień nie odzywał się ani słowem. Roksana była za mała, żeby zrozumieć, pytała tylko, czy tata przywiezie jej lalkę.

Poszłam do prawnika. Darmowa porada prawna w urzędzie miasta okazała się zbawienna. Prawniczka spojrzała na papiery i powiedziała twardo:

– Nie zgodzimy się na te warunki. Skoro pracuje w Norwegii, alimenty muszą być dostosowane do jego zarobków tam, a nie do średniej krajowej w Polsce. I niech pani nie wierzy w te bajki o braku winy.

Walka była długa. Adam próbował ukrywać dochody, przepisywał majątek na nową partnerkę, straszył mnie odebraniem dzieci. Teściowa rozpowiadała, że to ja go zdradziłam i zmusiłam do ucieczki. Ludzie patrzyli na mnie różnie. Jedni ze współczuciem, inni z satysfakcją, że komuś powinęła się noga.

To wszystko mnie zahartowało. Moja szefowa ze sklepu spożywczego, widząc moją sytuację, zaproponowała mi stanowisko kierowniczki zmiany i dała mi podwyżkę, która pozwoliła nam przetrwać najgorsze miesiące. Dziś mam spokój i dzieci, które widzą we mnie oparcie, a nie ofiarę. Mam pracę, którą lubię. Teściowa próbuje odnowić kontakty, odkąd syn rzadziej dzwoni do niej z Norwegii, ale trzymam dystans. Nauczyłam się stawiać granice. Tamten list z papierami rozwodowymi okazał się biletem do wolności.

Agata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama