„Mąż wyjechał w delegację i zostawił mnie z remontem. Gdy wpadł szwagier, wiedziałam, że to nie będzie zwykła pomoc”
„Trzeciego dnia, kiedy próbowałam przesunąć starą, żeliwną wannę, którą ekipa zostawiła na środku korytarza, nie wytrzymałam. Wanna osunęła się, przygniatając mi stopę, a ja osunęłam się na podłogę, płacząc z bólu i bezsilności”.

To miał być tylko generalny remont salonu i kuchni. Kiedy Wojtek zamknął za sobą drzwi, wybierając wygodną delegację zamiast pyłu i gruzu, czułam się jak zbędny mebel. Pamiętam ten dźwięk do dziś. Suchy, metaliczny trzask zasuwającego się zamka błyskawicznego w jego drogiej, skórzanej torbie podróżnej. Dla mnie ten dźwięk był jak wyrok.
Pojechał w delegację
Staliśmy w przedpokoju, który wyglądał jak krajobraz po bitwie. Zerwana podłoga odsłaniała stary beton, ze ścian zwisały smętne resztki tapety, którą zaczęliśmy zrywać w weekend, a wszędzie unosił się ten duszący, biały pył gładzi szpachlowej. Wojtek poprawił krawat w lustrze, które było jedynym czystym elementem w tym domu.
– Kochanie, nie przesadzaj – rzucił. – Ekipa wchodzi dopiero za trzy dni na hydraulikę. Do tego czasu musisz tylko dopilnować skuwania kafelków i zamówić gres. To proste.
– Proste? Tu nie ma wody w kuchni. Wszędzie jest syf. A ty wyjeżdżasz na dwa tygodnie do Monachium, bo projekt jest kluczowy?
– To są pieniądze na ten remont. Bądź rozsądna.
Pocałował mnie w czoło. Takim szybkim, suchym cmoknięciem, jakby bał się, że ubrudzi się moją frustracją. Chwilę później słyszałam już tylko dźwięk przywoływanej windy i ciszę. Zostałam sama, w środku demolki, z listą zadań dłuższą niż paragon z Ikei i poczuciem, że moje małżeństwo przypomina te ściany – z zewnątrz jakoś się trzymało, ale pod spodem wszystko wymagało gruntownej naprawy.
Byłam załamana
Przez pierwsze dwa dni działałam jak robot. Wstawałam, zakładałam stare dresy, wiązałam włosy i walczyłam z materią. Ale trzeciego dnia, kiedy próbowałam przesunąć starą, żeliwną wannę, którą ekipa zostawiła na środku korytarza, nie wytrzymałam. Wanna osunęła się, przygniatając mi stopę, a ja osunęłam się na podłogę, płacząc z bólu i bezsilności.
Wojtek nie odbierał. Napisał tylko SMS: „Spotkanie. Oddzwonię wieczorem”. Wtedy wybrałam numer do Jacka. Był młodszym bratem Wojtka, ale byli różni jak ogień i woda. Wojtek – korporacyjny strateg, zawsze w wyprasowanej koszuli, pachnący drogimi perfumami i chłodną kalkulacją. Jacek – złota rączka, właściciel małej firmy stolarskiej, facet, który zawsze miał brudne paznokcie. Zawsze go lubiłam. Na rodzinnych imprezach wolał bawić się z psem niż rozmawiać o polityce.
Spadł mi z nieba
Przyjechał w czterdzieści minut. Kiedy wszedł do mieszkania, nie skrzywił się na widok bałaganu, jak robił to Wojtek. Rozejrzał się, ocenił sytuację, a potem spojrzał na mnie. Siedziałam na worku z klejem, z nogą obłożoną mrożonką groszku.
– O cholera – powiedział cicho, kucając przy mnie. – Wyglądasz, jakbyś wróciła z frontu.
– Dzięki. Tego mi było trzeba. Komplementów – burknęłam.
– Pokaż tę nogę.
Jego dłonie były duże, ciepłe i szorstkie. Dotknął mojej kostki z taką delikatnością, jakiej nie spodziewałam się po facecie jego postury. Ten dotyk… to było pierwsze tąpnięcie. Przez lata przyzwyczaiłam się do dotyku Wojtka – rutynowego, czasem niecierpliwego, zawsze prowadzącego do konkretnego celu. Dotyk Jacka był inny.
– Nie jest złamana, tylko stłuczona. Ale ty musisz odpocząć. Gdzie jest Wojtek? A, czekaj, nie mów. Monachium?
Skinęłam głową, czując, jak łzy znów napływają mi do oczu.
– Dobra, wstawaj. Zrobię ci herbaty, a potem zajmiemy się tą wanną. Nie bój się. Przejmuję stery.
I tak, zupełnie naturalnie, Jacek stał się częścią mojego krajobrazu. Miał wpaść tylko na chwilę, ale został do wieczora. Potem przyjechał następnego dnia rano. I kolejnego.
Przychodził codziennie
Przez następne cztery dni żyliśmy w dziwnej symbiozie. Remont, który wydawał mi się koszmarem, nagle nabrał kolorów. Jacek pracował ciężko. Wojtek zamawiał fachowców, Jacek był fachowcem. Był sprawczy. Wieczorami, kiedy praca cichła, siadaliśmy na podłodze w na wpół wykończonym salonie, jedliśmy pizzę z kartonu i piliśmy tanie wino z jedynych ocalałych kubków.
– Wiesz, zawsze mu zazdrościłem – powiedział pewnego wieczoru Jacek.
– Czego? Kariery? Pieniędzy?
– Nie – zaśmiał się chrapliwie. – Tego, że ma kogoś, kto na niego czeka. Że ma dom. On tego nie widzi. Traktuje to jak kolejny projekt do odhaczenia. A ja widzę, jak ty się starasz. Jak walczysz o to gniazdo.
Zarumieniłam się. W półmroku, przy świetle jednej roboczej lampy, jego oczy błyszczały dziwnym blaskiem.
– On po prostu dużo pracuje – broniłam męża, choć sama w to nie wierzyłam.
– On jest ślepy – uciął Jacek. – Gdybym ja miał taką kobietę, nie zostawiłbym jej samej z gruzem, żeby polecieć na jakieś durne targi.
To był moment
Wtedy zapadła cisza. Taka gęsta, lepka cisza, w której słychać bicie serca. Spojrzałam na niego. Był brudny, zmęczony, miał pył we włosach, ale w tamtym momencie wydawał mi się najatrakcyjniejszym mężczyzną na świecie. Czułam, jak napięcie między nami rośnie, jak elektryczność przeskakuje nad pudełkami z panelami podłogowymi. Jacek nagle wstał.
– Późno już. Będę leciał.
Wyszłam za nim do drzwi. Kiedy je otwierałam, nasze dłonie się spotkały na klamce. Znowu ten prąd. Zatrzymał się, patrząc mi prosto w oczy. Przez ułamek sekundy myślałam, że mnie pocałuje. Chciałam tego, ale on tylko ścisnął moją dłoń i wyszedł. Tej nocy nie mogłam spać. Myślałam o Wojtku w hotelu, który pewnie smacznie spał, i o Jacku, który – miałam nadzieję – myślał o mnie.
Szóstego dnia zdarzył się incydent z farbą. Malowaliśmy sufit. To była brudna robota. Ja stałam na drabinie, Jacek podawał mi wałek. Było gorąco, duszno, okna były zasłonięte folią. Pot spływał mi po plecach. Sięgnęłam po kuwetę z farbą, ale ręka mi się omsknęła. Biała farba chlusnęła na dół – prosto na Jacka.
– Cholera! – krzyknęłam.
Atmosfera była gorąca
Jacek stał cały w białych kropkach, wycierając oczy. Zeskoczyłam z drabiny.
– Przepraszam! Nic ci nie jest? Piecze?
Złapałam ścierkę i zaczęłam gorączkowo wycierać jego twarz. Byliśmy bardzo blisko. Moje palce ścierały akryl z jego policzka, czoła, brody. Czułam jego szybki oddech na swojej twarzy. Czułam zapach jego skóry – mieszankę potu, męskiego piżma i farby. Nagle złapał mnie za nadgarstki.
– Ola – powiedział, a jego głos był niższy niż zwykle, chropowaty.
Zamarłam. Moja dłoń spoczywała na jego policzku.
– Wystarczy – szepnął. – Już jest czysto.
Ale nie puścił moich rąk. Patrzyliśmy na siebie i wiedziałam, że nie ma już odwrotu. W jednej sekundzie wszystkie lata bycia grzeczną żoną, dobrą bratową, lojalną partnerką wyparowały. Liczyło się tylko to, że stałam w brudnym pokoju z facetem, który patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie pożreć. I ja chciałam być pożarta.
– Jacek… – zaczęłam, ale nie dokończyłam.
Przyciągnął mnie do siebie. Nasze usta się spotkały. Smakował farbą i kawą. Czułam się, jakby ktoś podłączył mnie do prądu o wysokim napięciu. To było coś, czego Wojtek dawno mi nie dawał. Tamtej nocy pękły wszystkie hamulce. To, co wydarzyło się później, było wyzwalające. Jacek sprawił, że znowu poczułam się kobietą, a nie kierownikiem budowy. Sprawił, że zapomniałam o cieknącym kranie, o krzywych ścianach i o mężu, który w tym czasie pewnie pił piwo w bawarskiej knajpie.
Nie żałowałam
Kiedy leżeliśmy potem na kocach rzuconych na podłogę, splątani ze sobą, brudni od farby, potu i pyłu, spodziewałam się ataku wyrzutów sumienia. Czekałam na to ukłucie w żołądku, na myśl: „Boże, co ja zrobiłam? To brat mojego męża!”. Ale nic takiego nie nadeszło. Czułam tylko spokój i błogostan. Jacek gładził mnie po plecach.
– I co teraz? – zapytał cicho.
– Teraz musimy dokończyć malowanie – odpowiedziałam, uśmiechając się do sufitu.
Do powrotu Wojtka zostały cztery dni. Te cztery dni były najlepszym czasem w moim życiu od lat. Żyliśmy jak para nastolatków, która dostała klucze do mieszkania rodziców. Pracowaliśmy przy remoncie jak szaleni – w dzień kładliśmy panele, skręcaliśmy meble, a w przerwach i nocami… nadrabialiśmy stracony czas. Każdy kąt tego mieszkania kojarzył mi się teraz z Jackiem. Stworzyliśmy sobie mały, hermetyczny świat, do którego Wojtek nie miał wstępu.
Oszukałam męża
Wiedzieliśmy, że to ma datę ważności. Nie rozmawialiśmy o przyszłości. Nie było deklaracji typu „zostaw go dla mnie”. Jacek wiedział, że moje życie jest tutaj, z Wojtkiem, z kredytem, ze wspólnymi znajomymi. Ja wiedziałam, że Jacek jest wolnym duchem, którego nie da się zamknąć w klatce małżeńskiej rutyny. To była nasza tajemnica. Nasz grzech. Nasz remont.
Dzień przed powrotem Wojtka mieszkanie było gotowe. Wyglądało pięknie. Nowoczesne, świeże, pachnące nowością. Jacek stał w drzwiach, z torbą narzędzi na ramieniu.
– No to… chyba tyle – powiedział, nie patrząc na mnie.
Podeszłam do niego i przytuliłam go mocno. Wtuliłam twarz w jego szyję, wdychając ten zapach po raz ostatni.
– Dziękuję – szepnęłam. – Za wszystko. Nie tylko za podłogę.
Odsunął mnie delikatnie, spojrzał mi głęboko w oczy i uśmiechnął się smutno.
– Dbaj o siebie. I nie daj sobie wmówić, że jesteś tylko dodatkiem do tego mieszkania. Jesteś jego sercem.
Wyszedł. Zamknęłam za nim drzwi, oparłam się o nie plecami i zsunęłam na podłogę. Czułam się silna. Napełniona. Inna.
Nic nie podejrzewał
Wojtek wrócił w sobotę rano. Opalony, zadowolony z siebie, z butelką drogiego wina w ręce.
Wszedł do mieszkania i oniemiał.
– Wow! – gwizdnął, chodząc po salonie. – Ola, przeszłaś samą siebie! Nie wierzyłem, że dasz radę to ogarnąć w takim czasie. Ekipa musiała nieźle zasuwać.
– Tak, zasuwali – powiedziałam, stojąc w kuchni i parząc kawę.
Mój głos był spokojny. Wojtek podszedł do mnie, objął mnie w talii i pocałował w policzek.
– Widzisz? Mówiłem, że dasz sobie radę. Jesteś niesamowita. To co, wieczorem parapetówka? Zaprosimy Jacka, podziękujemy mu, pewnie trochę pomógł?
Serce zabiło mi mocniej, ale dłoń nie zadrżała, gdy stawiałam kubek na stole.
– Tak – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Jacek bardzo pomógł. Bez niego nic by z tego nie wyszło.
Spojrzałam na nową podłogę w salonie. Czy mam wyrzuty sumienia? Powinnam. Wiem, że społecznie jestem tą złą. Zdradziłam męża, i to z jego bratem. To podwójna zdrada, ale kiedy patrzę w lustro, nie widzę już tej zmęczonej, sfrustrowanej kobiety, którą zostawił tu dwa tygodnie temu. Widzę kogoś, kto wie, czego chce. Kogoś, kto został dostrzeżony, dotknięty i doceniony. Jacek uratował ten remont, ale przede wszystkim uratował mnie przed zgorzknieniem. Czasem trzeba zburzyć wszystko do gołej cegły, żeby zbudować coś prawdziwego. Nawet jeśli tą prawdą jest grzech, który smakuje jak wolność.
Ola, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kochałem Klarę już od liceum, ale byłem zbyt nieśmiały, by to wyznać. Dopiero, gdy ze mnie zakpiła, zrozumiałem swój błąd”
- „Byłem pewien, że moja narzeczona to anioł. Po ślubie odkryłem, że skrywa drugie oblicze, którego wcale nie znałem”
- „Spędziłam ferie zajmując się córką szwagierki. Przez 14 dni żyłam w piekle, by ta mogła jeść włoską pizzę”