Reklama

Wyjazd w góry planowałam od miesięcy. Chciałam, żeby dzieci nauczyły się jeździć na nartach, a ja wreszcie chciałam odpocząć od codziennego chaosu w domu. Pakowanie, sprawdzanie sprzętu, rezerwacja pensjonatu – wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik.

Droga przez zasypane śniegiem miasteczka wypełniała mnie ekscytacją i lekkim niepokojem, bo wiedziałam, że ferie będą intensywne. Marzyłam o chwilach ciszy, długich spacerach po stokach i wieczornych rozmowach przy kominku. Nie spodziewałam się, że te dni zmienią coś więcej niż tylko szlifowanie naszych umiejętności narciarskich – odkryją we mnie nieznane pokłady namiętności.

Był młody i miał piękny uśmiech

Gdy dotarliśmy do pensjonatu, dzieci były zachwycone białym puchem i widokiem ośnieżonych szczytów. Od razu chwyciły za narty i popędziły w stronę stoku, a ja obserwowałam je z lekkim uśmiechem, czując ulgę, że wreszcie mogę oddać się własnym planom.

Instruktor, młody mężczyzna o szerokim uśmiechu, witał każde dziecko z cierpliwością, a mnie zaskakiwało, jak naturalnie potrafił wciągnąć ich w naukę. Spoglądałam na dzieci, które przewracały się i wstawały, ich śmiech niósł się echem po stoku, a ja, wbrew wszystkiemu, czułam niepokojącą ekscytację.

Po kilku godzinach zmęczenie zaczęło dawać się we znaki dzieciom, więc odprowadziłam je do pensjonatu, obiecując szybki powrót na zajęcia następnego dnia. Zostałam sama na stoku, a instruktor zaproponował, żebym spróbowała jazdy na bardziej stromych trasach. Serce zaczęło mi szybciej bić, adrenalina mieszała się z radością.

Zjeżdżaliśmy razem, ja ucząc się nowych technik, on podpowiadając, jak lepiej balansować ciałem. Powietrze było rześkie, a słońce odbijało się od śniegu w sposób, który sprawiał, że świat wydawał się magiczny. W tym momencie poczułam, że ferie mogą być nie tylko dla dzieci. Moja własna przygoda dopiero się zaczynała, a uczucie wolności, które ogarnęło mnie na stoku, było nieporównywalne z żadną codzienną rutyną.

Z każdą chwilą czułam zmianę

Następnego dnia dzieci ruszyły na stok z instruktorami, a ja postanowiłam dołączyć do lekcji dla dorosłych, by poprawić swoją technikę. Pierwsze zjazdy były niepewne, nogi drżały, a śnieg pod nartami wydawał się bardziej wymagający, niż się spodziewałam. Instruktor stał obok, poprawiał mój balans i wskazywał, jak odpowiednio rozłożyć ciężar ciała. Z każdą chwilą czułam, jak rośnie we mnie pewność siebie, a jednocześnie przyjemność z samego ruchu.

Po kilku godzinach intensywnej jazdy poczułam, że potrzebuję chwili odpoczynku. Usiedliśmy przy niewielkim bufecie na stoku, pijąc gorącą czekoladę. Rozmowa z Mateuszem była lekka, zabawna, a jego sposób patrzenia sprawiał, że czułam się swobodnie i po raz pierwszy od dawna naprawdę obecna w tym momencie. Śmiałam się z własnych niezdarnych zjazdów i z jego żartów, a czas jakby przyspieszył.

Wieczorem znów zostałam na tarasie, obserwując zachód słońca nad ośnieżonymi szczytami. Myślałam o całym dniu, o lekcji dla dzieci i o tym, jak wiele radości sprawia mi nauka jazdy. Zdałam sobie sprawę, że ferie mogą być czymś więcej niż tylko obowiązkiem – stały się okazją, by odkryć własną pasję. Instruktor zaproponował następnego dnia prywatną lekcję, a ja, choć początkowo nieśmiała, poczułam rosnące podekscytowanie i ciekawość tego, co przyniesie kolejny dzień.

Instruktor kusił coraz bardziej

Kolejny dzień rozpoczął się słonecznie. Dzieci wstały pełne energii i natychmiast pobiegły na stok, podekscytowane kolejną lekcją. Ja zostałam przy instruktorze, umawiając się na prywatną sesję, której celem była bardziej zaawansowana technika jazdy. Stok był cichy, biel śniegu rozciągała się aż po horyzont, a wiatr smagał twarz, budząc wszystkie zmysły. Czułam, jak przy każdym zjeździe adrenalina miesza się z radością, a nogi same reagują na zmiany terenu.

Instruktor uśmiechał się, komentując mój ruch, i choć koncentrowałam się na technice, trudno było nie zauważyć jego obecności. Każde jego wskazanie, delikatne poprawienie pozycji, sprawiało, że czułam się pewniejsza i coraz bardziej swobodna. W pewnym momencie poczułam, że adrenalina i podekscytowanie przeradzają się w coś bardziej osobistego – nagle każdy gest i uśmiech nabrały innego znaczenia.

Po skończonej lekcji dzieci wróciły do pensjonatu, zmęczone, ale zadowolone. Ja zostałam jeszcze chwilę na stoku, patrząc, jak zachodzi słońce, odbijając się od śniegu. Przez myśl przeszło mi, że ferie mają w sobie coś więcej niż nauka jazdy. Stały się sposobnością, by odkryć nowe emocje, przełamać rutynę i poczuć własną wolność. Instruktor wspomniał o kolejnej lekcji następnego dnia – w jego głosie była obietnica przygody, której nie mogłam się oprzeć. Wiedziałam, że to doświadczenie będzie dla mnie czymś więcej niż tylko sportem.

Wymyślałam wymówki

Dzieci zniknęły w swoim świecie, a ja w końcu mogłam pozwolić sobie na dłuższe zjazdy z instruktorem. Pogoda była idealna – słońce odbijało się od białych stoków, a wiatr rozwiewał włosy. Każdy ruch niósł ze sobą radość i poczucie wolności, którego dawno nie doświadczałam.

Instruktor chętnie podsuwał mi kolejne wyzwania, prowadził przez trudniejsze trasy i tłumaczył, jak kontrolować balans przy większej prędkości. Czułam, że staję się coraz lepsza, a adrenalina miesza się z rosnącym zainteresowaniem tym, co dzieje się między nami.

Po powrocie do pensjonatu dzieci wciąż były pełne energii i wymagały mojej uwagi, ale wymyślałam dla siebie małe wymówki, by zostać na stoku dłużej.

– Może jeszcze jedna tura? – mówiłam, a instruktor uśmiechał się, widząc moją determinację. Każda minuta spędzona na śniegu wydawała się coraz bardziej osobista, a przyjemność z ruchu przeradzała się w coś bardziej subtelnego.

Wieczorem, gdy dzieci spały, a ja mogłam odsapnąć, wspomnienia dnia wciąż pulsowały w mojej głowie. Zrozumiałam, że te ferie, które miały być po prostu dla dzieci, stały się także moją własną przygodą. Radość, adrenalina i nieoczekiwane przyciąganie do instruktora sprawiały, że czułam się żywa jak nigdy wcześniej. Wiedziałam, że kolejny dzień przyniesie nowe emocje i odkrycia, a ja nie mogłam się doczekać, by je przeżyć.

Zimowe tajemnice

Dzieci rozpoczęły zajęcia o poranku, a ja z instruktorem wybrałam się na prywatną trasę, która prowadziła przez najcichsze i najbardziej malownicze zakątki stoku. Śnieg skrzypiał pod nartami, a świat wydawał się zupełnie odmienny, jakbyśmy znaleźli się w miejscu poza codziennością. Każdy zjazd był wyzwaniem, ale też źródłem radości, a jego obecność obok mnie sprawiała, że czułam pewność i jednocześnie… coś, czego nie potrafiłam do końca nazwać.

Po południu dzieci wróciły do pensjonatu, a ja zostałam sama z Mateuszem.

– Chcesz spróbować jeszcze jednej trasy? – zapytał z uśmiechem.

– Jasne – odpowiedziałam, choć w sercu wiedziałam, że ta tura będzie inna niż wszystkie poprzednie.

Śmiech mieszał się z podnieceniem, a każda chwila zbliżała nas do siebie.

Wieczorem, przy kominku, czułam, że ferie zmieniły mnie bardziej, niż się spodziewałam. Nie mogłam się oprzeć temu uczuciu, wiedząc, że te dni pozostaną w mojej pamięci na długo. Wstałam z fotela, spojrzałam na śpiące dzieci i poczułam, że w końcu przeżyłam ferie po swojemu, odkrywając w sobie coś, czego nie znałam wcześniej.

Ferie po mojemu

Ostatni wieczór wyjazdu spędziłam w ciszy, obserwując, jak dzieci śpią spokojnie w swoich łóżkach. Cały tydzień był pełen zjazdów, śmiechu, upadków i nieoczekiwanych odkryć, zarówno dla nich, jak i dla mnie. Zrozumiałam, że ferie, które miały być atrakcją dla dzieci, stały się także moim własnym doświadczeniem, pełnym radości i nowych emocji. Każdy zjazd, każda chwila spędzona z Mateuszem, dały mi poczucie wolności, którego dawno nie czułam.

W myślach wracałam do poranków na stoku, do śmiechu dzieci i do spokojnych momentów, gdy zostawałam sama, rozkoszując się ciszą i pięknem zimowego krajobrazu. To było coś więcej niż nauka jazdy – to była lekcja odkrywania siebie, pozwolenia sobie na przyjemność i czerpania radości z drobnych chwil. Wspomnienia tych dni były żywe, pulsowały we mnie długo po powrocie do domu.

Wiedziałam, że te ferie zostaną w mojej pamięci na zawsze. Dzieci nauczyły się nowych umiejętności, ja odkryłam w sobie przestrzeń na własne pragnienia. Ta przygoda pokazała mi, że czasem warto pozwolić sobie na coś tylko dla siebie, nawet w trakcie obowiązków rodzicielskich. Ferie skończyły się, ale w sercu wciąż miałam tamten śnieg, tamtą radość i tamte chwile, które były tylko moje.

Lidia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama