„Mąż zabrał mnie na narty ze znajomymi i bezczelnie romansował na moich oczach. Teraz pozna moje drugie oblicze”
„Kiedyś myślałam, że jestem szczęśliwą żoną. Mój mąż potrafił rozśmieszyć mnie jednym spojrzeniem i przy nim wierzyłam, że mamy wszystko. Teraz zostały po nim tylko wspomnienia i zapach obcych perfum. Zgodziłam się na wspólny wyjazd w góry, licząc, że coś jeszcze da się uratować. Nie wiedziałam, że właśnie tam zrozumiem, jak bardzo stałam się w jego życiu niewidzialna – i że to będzie moment, w którym coś we mnie ostatecznie zgaśnie”.

- Redakcja
Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło. Może wtedy, gdy przestaliśmy jeść razem śniadania. Może gdy przestał się mnie pytać, jak minął mi dzień. A może po prostu to był proces – powolny, niemal niedostrzegalny, jak śnieg, który pada w nocy i rano nagle zasypuje wszystko, jakby zawsze tak było. Wiem tylko, że pewnego dnia obudziłam się obok mężczyzny, który mówił do mnie rzadziej niż do swojego telefonu.
Kiedyś myślałam, że jestem szczęśliwą żoną. Mąż był zabawny, przystojny, miał ten rodzaj uśmiechu, który rozbrajał każdą moją złość. Potrafił mnie zaskakiwać – zaproszeniem na spontaniczną kolację, głupią wiadomością na telefon w środku dnia, albo tym, że nagle potrafił rzucić wszystko i zostać ze mną w domu, tylko po to, byśmy wspólnie obejrzeli trzy odcinki głupiego serialu. Teraz zostają po nim tylko te wspomnienia i jego marynarki – starannie odwieszone, pachnące obcymi perfumami.
Kiedy powiedział, że jego firma organizuje wyjazd integracyjny w góry i zapytał, czy chcę jechać, najpierw zaśmiałam się.
– Żartujesz? – rzuciłam, zbyt szczerze. Nie lubię tłumów, wieczornych integracji, udawanych śmiechów. On wiedział. A jednak zapytał. A ja – ku swojemu zaskoczeniu – się zgodziłam. Nie wiem dlaczego. Może łudziłam się, że to będzie jakaś szansa. Może chciałam zobaczyć, jak wygląda ten jego świat, ten drugi świat, do którego nie mam dostępu. A może po prostu chciałam być blisko niego – choć przez chwilę.
Pakowanie było dziwne. Michał nawet nie zapytał, czy zabrałam ciepłą kurtkę. Robił swoje. Krążył po mieszkaniu z telefonem przy uchu, komentował coś o Martynie z marketingu, że „ma świetne pomysły i znowu się wykazała”. Martyna... To imię wracało w jego ustach częściej niż moje.
W aucie była cisza. On słuchał podcastu. Ja patrzyłam przez okno, jak krajobraz zmienia się z miejskiego w coraz bardziej zimowy. I miałam dziwne przeczucie, że ten wyjazd czegoś mnie nauczy. Albo raczej – że coś we mnie ostatecznie zgaśnie.
Było jakby beze mnie
Pierwszy wieczór był dokładnie taki, jak się spodziewałam. Obcy ludzie, ich żarty, alkohol, głośna muzyka. Usiadłam z boku, przy kominku. Michał rozmawiał z Tomkiem i Martyną, śmiał się, nachylał do niej tak blisko, jakby dzielili jakąś wspólną tajemnicę. Miał na sobie sweter, który lubiłam, ale nagle wyglądał w nim obco. Jak ktoś, kogo przypadkiem spotyka się w sklepie i dopiero po chwili orientuje się, że to własny mąż.
Wróciłam do pokoju wcześniej. Powiedziałam, że boli mnie głowa, ale tak naprawdę nie miałam już siły udawać. Położyłam się, nie rozbierając się nawet zbyt dokładnie. Przez jakiś czas słyszałam śmiechy dobiegające z dołu, a potem zapadła cisza. Michał wrócił późno. Drzwi otworzyły się powoli, jakby nie chciał mnie obudzić. Udałam, że śpię. Przysiadł na brzegu łóżka, ściągnął buty, a potem zniknął w łazience. Kiedy położył się obok, pachniał obcymi perfumami. Nie powiedział ani słowa.
Rano długo siedziałam przy oknie. Patrzyłam na zasypany śniegiem stok i próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czułam się z nim bezpieczna. Michał przeciągnął się, ziewnął, spojrzał na mnie i rzucił:
– Co taka zamyślona? Przecież to urlop.
– Nic, po prostu... myślałam, że zjemy razem śniadanie – powiedziałam cicho.
– O, ale mnie głowa boli. Musiałem wczoraj przegiąć – zaśmiał się, a potem pocałował mnie w czoło. – Dobra, dawaj, ubieraj się, nie będziemy kisić się w pokoju.
Zeszliśmy razem na dół. W jadalni panował gwar. Martyna już tam była, siedziała z Tomkiem i kimś jeszcze, kogo imienia nie zapamiętałam. Michał od razu do nich podszedł. Poszłam za nim, ale nikt się mną zbytnio nie interesował. Martyna miała na sobie czerwony golf i krótką spódnicę, wyglądała jak wycięta z magazynu. Michał usiadł obok niej, nawet się nie oglądając, czy idę za nim.
– Aneta, chcesz kawę? – rzucił, nie patrząc w moją stronę.
– Sama sobie wezmę – odpowiedziałam.
Rozmowy przy stole toczyły się jakby beze mnie. Próbowałam się uśmiechać, ale miałam wrażenie, że jestem dla nich tylko dodatkiem. Jak torba, którą ktoś zapomniał zostawić w pokoju.
Po śniadaniu poszliśmy na stok. Michał zjeżdżał z Martyną, pokazywał jej coś, nachylał się, poprawiał kask. Stałam na dole i udawałam, że wiążę buty. Tomek podszedł do mnie, zaproponował, że zrobi mi zdjęcie.
– Nie jestem fotogeniczna – powiedziałam.
– Michał powinien się tobą bardziej chwalić, wiesz? – mruknął, po czym szybko odszedł.
Nawet wtedy inni byli ważniejsi
Trzeciego dnia padał śnieg. Taki drobny, sypki, który nie daje żadnej przyjemności ze zjazdu, tylko przysłania gogle i zacina w oczy. Michał był podekscytowany. Martyna też. Tomek podszedł do mnie z uśmiechem, mówiąc, że nie wygląda to najlepiej i może lepiej zostałabym dzisiaj w pensjonacie. Ale nie chciałam. Chciałam chociaż spróbować poczuć, że to też mój wyjazd.
Zjeżdżaliśmy powoli. Z początku szło mi nieźle, ale przy trzecim zjeździe narta ślizgnęła mi się na zlodzonym fragmencie i poleciałam jak długa. Poczułam, jak coś ciągnie w kostce. Ból nie był ostry, raczej głęboki, uparcie tępy. Zgięłam się w pół, próbując złapać oddech.
– Aneta, wszystko w porządku? – Tomek pojawił się zaraz obok mnie. Uklęknął i spojrzał na moją nogę. – Nie wyglądasz najlepiej. Daj, pomogę ci.
Oparłam się na jego ramieniu. Był ciepły, stanowczy, spokojny. Bez niepotrzebnych słów zapiął moje narty i wziął moje kijki. Razem zeszliśmy w stronę wypożyczalni.
– Gdzie Michał? – spytałam, próbując rozpoznać go w tłumie.
– Nie widziałem. Pewnie z Martyną – odpowiedział bez złośliwości. – Może nie zauważył, że cię nie ma.
Nie odpowiedziałam. Zacisnęłam usta i skupiłam się na każdym kroku. Wypożyczalnia była ciepła, pachniało herbatą i drewnem. Tomek posadził mnie na ławce, przyniósł lód w ręczniku.
– Dziękuję – powiedziałam, gdy przykładałam zimny okład do kostki.
– Nic takiego. Powinnaś dziś odpocząć. Daj nogom spokój.
Zawiózł mnie do pensjonatu. Położyłam się pod kocem, z nogą na poduszce. Próbowałam czytać książkę, którą zabrałam z domu, ale nie mogłam się skupić. Co jakiś czas zerkałam na telefon. Michał się nie odzywał. Po siedemnastej napisałam: „Gdzie jesteś?”. Godzinę później: „Z chłopakami. Wszystko OK?” „Tak. Nic”.
Pisałam to, czując, że właśnie oddaję kawałek siebie. Kiedyś, przy pierwszym wspólnym wyjeździe, Michał nie spuszczałby mnie z oka. Śmialiśmy się, dzieliliśmy batonik na stoku, robiliśmy zdjęcia głupich min. Kiedyś wystarczyło, że mnie nie było przez dziesięć minut, a już dzwonił. Teraz mijały godziny.
Zasnęłam wcześniej niż zwykle, ze ściśniętym gardłem i myślą, że być może wcale nie byłam mu potrzebna na tym wyjeździe. Może wcale nie byłam mu potrzebna już od dawna.
Nie powiedziałam ani słowa
Wrócił po północy. Nie usłyszałam kroków, tylko ciche skrzypnięcie drzwi i szelest kurtki zsuwanej z ramion. Odwróciłam się twarzą do ściany. Pachniał innymi perfumami niż rano. Kobiecymi, słodkimi, zupełnie nie jego. Przysiadł na łóżku, próbował sięgnąć do kontaktu, ale zrezygnował. Leżałam bez ruchu. Czułam, że patrzy. Po chwili westchnął i położył się obok, zostawiając między nami wyraźną przestrzeń.
Nie powiedziałam ani słowa. W głowie tłukły się pytania, których nie potrafiłam wypowiedzieć na głos. Gdzie byłeś? Dlaczego nie przyszedłeś? Czy to wszystko jeszcze coś znaczy? Ale nic nie powiedziałam. Bałam się odpowiedzi.
Rano zeszłam na śniadanie sama. Michał jeszcze spał albo udawał. W jadalni panował gwar, narty oparte o ściany, kubki z kawą, rozmowy o pogodzie. Martyna siedziała przy długim stole. Miała rozpuszczone włosy, czerwone usta i ten uśmiech, którym częstowała Michała. Spojrzała na mnie i skinęła lekko głową. Zmusiłam się do podobnego gestu.
Usiadłam z dala od niej. Jadłam wolno, bez apetytu. Nikt nic nie powiedział. Ale czułam, jak patrzy. I jak dobrze wie, że ja wiem.
Po prostu wiedziałam
W drodze powrotnej nie rozmawialiśmy prawie wcale. Śnieg topniał na szybie, radio grało cicho, a między nami była ta sama cisza, co od miesięcy. Michał trzymał kierownicę obiema rękami, raz na jakiś czas zerkał w lusterko, jakby to miało coś zmienić. Ja patrzyłam w bok, na puste pola.
– Może powinniśmy gdzieś pojechać sami? – zapytał po dłuższym milczeniu. – Na spokojnie. Bez nikogo.
– Byliśmy – odpowiedziałam. – I też byłeś sam.
Nie skomentował. Zmienił stację radiową, po chwili znowu. Żadna mu nie pasowała.
Wieczorem, gdy Michał wziął prysznic i poszedł do kuchni po coś do picia, wyciągnęłam z szafy walizkę. Spakowałam kilka rzeczy – książki, ładowarkę, ciepły sweter. Nie zamykałam jej od razu. Przesiedziałam chwilę na łóżku, patrząc na poukładane ubrania.
Po prostu wiedziałam. Wiedziałam, że to się już nie wróci. Że coś we mnie wygasło. Leżąc później na kanapie, słyszałam, jak chodzi po mieszkaniu. Nie zapytał o walizkę. Może zauważył, a może nie chciał wiedzieć. Albo wiedział od dawna, że prędzej czy później nadejdzie ten moment.
Myślałam długo o tym, kiedy dokładnie wszystko się rozpadło. Może nie było jednej chwili. Może to była suma drobiazgów – niedopowiedzianych rozmów, wieczorów spędzonych osobno, uśmiechów, które gasły, zanim się zaczęły.
Przy nim czułam spokój
Spotkaliśmy się przypadkiem, w kawiarni niedaleko biura, gdzie kiedyś pracowałam. Tomek siedział przy oknie, zamawiał kawę na wynos. Zauważył mnie pierwszy, podniósł rękę w geście przywitania, a potem podszedł.
– Cześć, Aneta. Mogę się dosiąść na chwilę?
Skinęłam głową. Było coś uspokajającego w jego obecności. Milczeliśmy przez moment.
– Nie chciałem się wtrącać – zaczął w końcu. – Ale widziałem.
Spojrzałam na niego. Był poważny, bez tego uśmiechu, którym zawsze rozładowywał napięcie.
– Wszyscy widzieli – powiedziałam. – Tylko ja udawałam, że nie.
Tomek westchnął. Przez chwilę patrzył w bok, jakby szukał odpowiednich słów.
– To nie twoja wina.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale to nie znaczy, że nie boli.
Zamilkł. W tej ciszy było więcej zrozumienia niż w setkach słów, które słyszałam od Michała przez ostatni rok. A właściwie – których nie słyszałam.
– Masz gdzie być? – zapytał cicho.
– Mam – odparłam. – I pierwszy raz od dawna czuję, że to będzie moje miejsce.
To nie była scena jak z filmu. Nie było iskier, dotyków, ukradkowych spojrzeń. Po prostu dwoje ludzi, którzy przez chwilę poczuli, że nie są całkiem sami.
Nie mam już złudzeń
Wróciłam do mieszkania późnym popołudniem. Śnieg znowu padał, cicho, niemal niezauważalnie. W kuchni nadal stała filiżanka po porannej herbacie, zostawiłam ją specjalnie. Nie chciałam, żeby ten dzień wyglądał jak każdy inny.
Usiadłam przy oknie, owinęłam się kocem. Przez szybę widziałam, jak dzieci rzucają się śnieżkami, ktoś wyprowadza psa, ktoś inny niesie siatki z zakupami. Ludzie żyją, rozmawiają, planują. A ja po raz pierwszy od miesięcy nie czekałam, aż wróci. Nie sprawdzałam telefonu. Nie liczyłam minut.
Nie było łez. Nie było ulgi. Tylko ten dziwny spokój, który pojawia się wtedy, gdy przestajesz się łudzić. Przestajesz walczyć o coś, co już dawno zniknęło. Oparłam czoło o chłodną szybę i patrzyłam, jak płatki wirują w powietrzu, opadają miękko na ziemię. Ten śnieg był cichszy od niego.
Aneta, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rozwiodłam się z mężem już po roku. Był zimny jak świąteczna galareta, a ja miałam swoje potrzeby”
- „Zrobiliśmy zrzutkę na gwiazdkowy prezent dla babci. Tylko udawała, że się z niego cieszy”
- „Dostałam sporą podwyżkę, ale nie powiedziałam mężowi. Gdy niechcący poznał moje zarobki, nie patrzył na mnie tak samo”