Reklama

Czasem mam wrażenie, że moje życie to jeden wielki grafik, który ktoś rozpisuje przede mną, zanim jeszcze zdążę otworzyć oczy. Budzik o 5:40, szybka kawa – zwykle niedopita, bo Zosia zgubi kapcie, a Wojtek nie znajdzie zeszytu z muzyki. Potem dzieci do szkoły, ja do szpitala. Dziesięć godzin na dyżurze, często bez chwili na toaletę, nie mówiąc o przerwie na obiad. Zmieniam pampersy dorosłym ludziom, podaję leki, tłumaczę rodzinom, że "niestety, nie mamy łóżek". I wiecznie się uśmiecham. Bo przecież jestem pielęgniarką. Mam być empatyczna. Silna. Cierpliwa. Niezawodna.

Po pracy biegiem po dzieci, potem zakupy, obiad – w zasadzie kolacja – pranie, lekcje, zmywanie. Michał wraca zazwyczaj koło dziewiętnastej. Zmęczony. Siada z telefonem na kanapie, dzieci mu się wspinają na kolana, a on kiwa głową, jakby słuchał, ale w oczach pustka. Zbliżały się ferie. Michał miał wolne – pierwszy raz od dawna. I ja naiwnie wierzyłam, że ten czas będzie jak koło ratunkowe. Że skoro on nie pracuje, to zajmie się domem. Dziećmi. Pozwoli mi trochę odetchnąć. Nie fizycznie – o tym nawet nie marzyłam. Ale chociaż psychicznie. Żebym wracając po dyżurze, nie czuła, że wszystko dalej wisi tylko na mnie.

To nie było tak, że prosiłam o wiele. Chciałam tylko, żeby on też poczuł odpowiedzialność. Żeby ogarnął dom, dzieci, jak ja ogarniam wszystko, gdy on jest w pracy. Chciałam wrócić do domu i zobaczyć, że ktoś tu myślał. Że ktoś wziął na siebie ciężar. Przez dwa tygodnie. Nie miałam wielkich planów. Żadnego spa, żadnych zakupów. Chciałam tylko jednego – nie musieć wszystkiego widzieć, wszystkiego pamiętać i za wszystko odpowiadać. Przez chwilę. Ale już pierwszego dnia poczułam, że coś się sypie.

On nie miał takiego planu

Wracałam do domu z ciężką głową. Osiem godzin w pracy. W głowie miałam tylko jedną myśl – że Michał ma dziś wolne, że to pierwszy dzień ferii, że obiecał zająć się wszystkim. Marzyłam o tym, że wejdę do domu i poczuję zapach obiadu, że dzieci będą się bawić w swoim pokoju, że mieszkanie nie będzie wyglądać jak po huraganie. Nie spodziewałam się ideału. Chciałam tylko nie być jedyną, która pamięta, że w domu są obowiązki.

Otworzyłam drzwi i od razu uderzył mnie zapach smażonych chipsów i dźwięk komentatora sportowego. Zosia i Wojtek siedzieli na dywanie w piżamach, oblepieni resztkami chleba tostowego. Na stole stały puste kubki po kakao, a obok leżały rozsypane klocki. Michał leżał na kanapie z nogą założoną na nogę, z pilotem w ręce i wzrokiem wbitym w telewizor.

– Nie wyszliście nigdzie? – zapytałam cicho, zdejmując kurtkę.

– Nie... Dzisiaj mecz był – odpowiedział bez przekonania, nawet na mnie nie spojrzał.

– Ale mówiłeś, że ogarniesz dom – przypomniałam, próbując nie patrzeć na zlew pełen naczyń i okruszki na podłodze.

– Jutro ogarnę – wzruszył ramionami.

Nie powiedziałam już nic. Przeszłam przez salon, weszłam do łazienki, zamknęłam drzwi i usiadłam na brzegu wanny. Nie było mnie w tym domu cały dzień. Michał był. A wyglądało, jakby nie było nikogo. Jakby czas stanął w miejscu. Jakby nie przyszło mu do głowy, że można było wyjść z dziećmi, zjeść coś normalnego, odkurzyć, spojrzeć na zegarek i pomyśleć: „Karolina zaraz wróci, zrobię coś, żeby nie musiała już nic”. Wtedy zrozumiałam, że moja nadzieja na odpoczynek była moim własnym wymysłem. On nie miał takiego planu. Po prostu był w domu, bo miał wolne.

To nie są wakacje dla ciebie

Następnego dnia wracałam później niż zwykle. Wyszłam z pracy godzinę po czasie, bo nie miałam sumienia zostawić dyżuru koleżance, która dopiero zaczynała. Jechałam autobusem z głową opartą o szybę, zmęczona tak bardzo, że nawet nie czułam już zmęczenia. Chciałam tylko wejść do domu i zobaczyć, że coś się ruszyło. Że może ten wczorajszy dzień był wypadkiem, że Michał zrozumiał.

Otworzyłam drzwi. Znów ten sam widok. Kanapa, telewizor, on w tej samej pozycji. Zosia siedziała na podłodze, z tabletem na kolanach, buzia umazana czekoladą. Wojtek obok, z kubkiem kakao i talerzykiem tostów. W piżamach. O tej porze. Drugi dzień z rzędu. Weszłam do kuchni. Zlew pełen naczyń, blat zalany mlekiem. Chciałam coś powiedzieć, ale język mi stanął. Przez chwilę tylko stałam, potem zawołałam dzieci i zapytałam, czy byli dziś na dworze.

– Nie – odpowiedziała Zosia, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Dlaczego? Przecież miały być spacery, sanki. Tyle planowaliście z tatą – powiedziałam, patrząc na Michała.

– Dzisiaj były dwa mecze – rzucił spokojnie, jakby to wyjaśniało wszystko.

– Michał, to nie są wakacje dla ciebie. Miałeś zająć się dziećmi – powiedziałam ostrzej, niż planowałam.

Nie przesadzaj. Nie umarły z głodu – odpowiedział, nawet nie odrywając wzroku od telewizora.

– One siedzą cały dzień w piżamach, nie były na dworze, nie ruszały się z miejsca. To nie jest opieka! – głos mi zadrżał, czułam jak napięcie pęcznieje gdzieś w środku.

– Przecież mają ferie. Co ty się czepiasz? – prychnął z lekkim uśmiechem.

– Naprawdę tak myślisz? Że wystarczy je zostawić z tabletem i jedzeniem, i masz wolne? – mój głos zaczął się podnosić, zanim zdążyłam się opanować.

Nie odpowiedział. Sięgnął po pilot, ściszył mecz i wyszedł do kuchni, jakby nie słyszał ostatnich słów. Jakby ten temat go nie dotyczył. Stałam chwilę w ciszy. Potem podeszłam do dzieci i zdjęłam im tablety z kolan.

– Koniec bajek. Idziemy się ubrać i wychodzimy na dwór. Jeszcze nie jest ciemno – powiedziałam, starając się, żeby mój głos brzmiał spokojnie, choć w środku wszystko mnie bolało.

Wyszłam z nimi. Szliśmy w milczeniu, tylko Wojtek coś mamrotał. Myślałam o wszystkim. O tym, że Michał nie był zły, nie był też podły. Po prostu... nieobecny. Był obok, ale jakby go nie było. I to bolało bardziej niż jakakolwiek kłótnia.

Już nie mam siły się złościć

Piątek. Ostatni dzień mojego tygodnia pracy, dzień, który miał być ulgą. Zamiast tego był kolejnym krokiem w dół. Wracałam do domu wyczerpana. Nie oczekiwałam już wiele. Może tylko tego, żeby nie musieć sprzątać po całym tygodniu. Żeby dzieci były wykąpane. Żeby Michał, choć przez chwilę, był ojcem z prawdziwego zdarzenia, a nie figurą siedzącą przed ekranem.

Zanim jeszcze zdążyłam otworzyć drzwi, usłyszałam telewizor. Weszłam. To samo. Brudne talerze, dzieci w piżamach, on w tej samej pozycji. Byłam tak zmęczona, że nawet nie czułam gniewu. Tylko pustkę. Podeszłam do stołu, odłożyłam torbę, zdjęłam buty i bez słowa usiadłam naprzeciwko Michała. Zauważył mnie dopiero po chwili. Spojrzał na mnie bez większego zainteresowania, jakbyśmy widzieli się rano, jakby nic się nie działo.

– Nie wiem, co było gorsze – powiedziałam cicho. – Że nie zrobiłeś nic, czy że nawet nie zauważyłeś.

Zamilkł. W jego oczach pojawiło się zdziwienie, może lekki niepokój, ale nie skrucha. Ani cień refleksji. Przechylił głowę.

– Nie rób dramatu – rzucił bez emocji.

– Ja już nie mam siły się złościć – powiedziałam spokojnie. – Naprawdę. Jestem zmęczona. Nie tylko fizycznie.

– To po prostu były ferie – dodał, z lekceważącym wzruszeniem ramion. – One są zadowolone. Przecież siedzą, oglądają bajki, jedzą. Czego chcesz więcej?

Nie odpowiedziałam. Nie było sensu. Nie miałam już siły na tłumaczenia, na rozmowy, które kończyły się w tym samym miejscu – jego obojętnością. Patrzyłam na niego. Na człowieka, z którym kiedyś planowałam życie. Przypomniałam sobie nasze początki. Gdy mówił, że rodzina to najważniejsze. Że chce być obecny. Że dzieci to wspólna odpowiedzialność. Pamiętałam każdy z tych słów. Ale to tylko słowa. Teraz siedział przede mną ktoś, kto nie widział różnicy między opieką a obecnością. Kto nie rozumiał, że można być w domu i jednocześnie być nieobecnym.

Wstałam, poszłam do pokoju dzieci. Zosia już spała, Wojtek jeszcze oglądał coś na tablecie. Wzięłam go na ręce i przeniosłam do łóżka. Przykryłam ich kocem. Wróciłam do salonu. Michał wciąż siedział w tym samym miejscu. I wtedy po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że nie chcę już tak dalej. Że to nie jest tylko zły tydzień. Że może on wcale nie chce się zmieniać.

To chyba najgorszy rodzaj samotności

Nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, nasłuchując chrapania Michała i tykania zegarka w kuchni. Cisza, która panowała w mieszkaniu, nie była spokojna. Była ciężka. Gęsta od tego, co niewypowiedziane, niedokończone, zlekceważone. Leżałam na plecach, patrząc w sufit i myślałam, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz zasnęłam bez dyskomfortu w karku, bez ucisku w żołądku, bez poczucia winy, że czegoś nie dopilnowałam.

Wstałam. Cicho, boso, żeby nie budzić nikogo. Zajrzałam do pokoju dzieci. Smacznie spały. Zastanawiałam się, czy to ja przesadzam. Może rzeczywiście jestem zbyt wymagająca. Może Michał ma rację – dzieci przecież nie są głodne, są w domu, nic im się nie dzieje. Może powinnam przymknąć oko. Odpocząć wreszcie. Przestać się czepiać. Może jestem tą złą. Ale nie umiałam. Bo pamiętałam, jak w poniedziałek siedziałam w łazience i próbowałam się nie rozpłakać, żeby dzieci nie słyszały. Pamiętałam, jak ściskało mnie w gardle, kiedy widziałam je w tych samych ubraniach trzeci dzień z rzędu. I jak czułam się niewidzialna, kiedy mówiłam coś Michałowi, a on nawet nie podnosił wzroku.

Nie chodziło o jeden dzień, ani o mecz, ani nawet o brudne naczynia. Chodziło o coś głębszego. O brak obecności. Brak wysiłku. O to, że moje zmęczenie nie robiło na nim żadnego wrażenia. Że mogłam się rozpaść, a on nawet by tego nie zauważył. Wróciłam do sypialni, położyłam się znów obok niego. Nie dotykaliśmy się od dawna. Niby razem, ale osobno. Pomyślałam, że to chyba najgorszy rodzaj samotności – ta, którą czuje się we własnym łóżku, tuż obok drugiego człowieka. Czułam, że coś się skończyło. Może jeszcze nie umiałam nazwać tego, co będzie dalej, ale tamta noc coś mi zabrała. Spokój. Wiarę. Resztki złudzeń.

Nie wiedziałam, co będzie dalej

W sobotę rano zadzwoniłam do Marty. Odebrała od razu, jakby czekała. Nie od razu przeszłam do rzeczy. Najpierw jakieś banalne pytanie o pogodę, o dzieci. W końcu zapytała:

– Co się dzieje? Mów, bo słyszę po głosie, że coś jest nie tak.

– Nie wiem, czy to ma jeszcze sens – powiedziałam cicho.

– Michał?

– Tak. I nie tylko. Ja. Ja też nie mam już siły tego ciągnąć. Czuję się jak cień. Jestem niewidzialna. On nawet nie wie, jakie bajki one lubią. Nie zna ich. Nie rozmawia z nimi. Nie pyta, jak się czują. Nie wie, że Zosia boi się ciemności, a Wojtek nie znosi pomidorów. Nie wie o nich nic.

– A ty? – zapytała Marta po chwili milczenia.

– Ja już siebie też nie znam – wyszeptałam. – Kiedyś byłam inna. Miałam swoje zdanie, pasje, plany. Teraz jestem tylko funkcją. Matką, kucharką, organizatorką życia. Nie wiem, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie, co czuję.

– A on?

– On ma wolne. I ferie. I mecz. Zawsze ma coś.

Wstałam z łóżka i zaczęłam pakować walizkę. Bez słów. Michał spał, jakby nic się nie działo. Nie budziłam go. Zresztą, nie miałam mu nic do powiedzenia. Chciałam tylko wyjechać z dziećmi. Nie na zawsze. Chciałam zobaczyć, jak to jest, kiedy mam wybór. Kiedy mogę decydować o swoim czasie, bez czekania aż ktoś się zorientuje, że w ogóle istnieję. Nie napisałam mu notatki. Nie zostawiłam wiadomości. Po prostu spakowałam kilka ubrań, książki, ulubione zabawki dzieci i wyszliśmy. Marta powiedziała, że możemy u niej zostać tyle, ile trzeba.

Jechałam autobusem i patrzyłam, jak Wojtek przykleja nos do szyby. Zosia trzymała mnie za rękę. Nie pytały, gdzie jedziemy. Może czuły, że teraz coś jest inaczej. Może czuły, że w końcu coś zrobiłam dla siebie. A może po prostu były szczęśliwe, że jestem z nimi, w całości, bez telefonu przy uchu, bez zmęczenia w oczach, bez łez chowanych w łazience. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Nie wiedziałam, czy to początek końca, czy tylko moment na złapanie oddechu. Ale wiedziałam jedno – nie chcę już być tylko dodatkiem do czyjegoś komfortu. Chcę odzyskać siebie.

Karolina, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama