„Mąż zamówił na walentynki bukiet róż, ale nie dla mnie. Gdy okazało się dla kogo są kwiaty, załamałam ręce”
„Od rana czułam lekkie napięcie. Może to kwestia pogody, może tego, że od kilku dni nie potrafiłam złapać kontaktu z mężem. Krzysztof wracał późno, wpatrzony w ekran telefonu, rzucał tylko kilka zdań o pracy i zjadał kolację. Tego dnia, jeszcze przed południem, usłyszałam dzwonek do drzwi”.

- Redakcja
Nigdy nie należałam do kobiet, które domagają się prezentów z byle okazji. Walentynki zwykle traktowałam z przymrużeniem oka – ot, komercyjne święto, które i tak nie miało dla mnie większego znaczenia. Najważniejsze było przecież to, co codziennie budujemy razem: zaufanie, bliskość, zwyczajne życie. Przez lata wystarczała mi drobna czułość, miły uśmiech, ulubiona herbata zaparzona o poranku. Bywały jednak dni, gdy potrzebowałam odrobiny potwierdzenia, że jestem dla kogoś ważna. Ten walentynkowy dzień miał się okazać jednym z tych, których nie da się łatwo zapomnieć. Moje poczucie bezpieczeństwa zostało zachwiane, a w głowie zrodziły się pytania, na które do dziś nie umiem sobie odpowiedzieć.
Serce zabiło mi mocniej
Od rana czułam lekkie napięcie. Może to kwestia pogody, może tego, że już od kilku dni nie potrafiłam złapać kontaktu z mężem. Krzysztof wracał późno, wpatrzony w ekran telefonu, rzucał tylko kilka zdań o pracy i zjadał kolację w milczeniu. Tego dnia, jeszcze przed południem, usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam, nie spodziewając się nikogo, i zobaczyłam dostawcę z ogromnym bukietem czerwonych róż. Od razu serce zabiło mi mocniej – przecież zawsze powtarzał, że nie wierzy w walentynkowe gesty, że to „strata pieniędzy”.
– Proszę podpisać – powiedział kurier, wręczając mi bukiet.
Zajrzałam do karteczki: „Dla najwspanialszej kobiety na świecie. Zawsze Twój, Krzysztof”. Poczułam wzruszenie, którego nie potrafiłam ukryć. Uśmiechnęłam się do siebie, przez chwilę czując się naprawdę ważna. Kilka minut później w kuchni usłyszałam głos teściowej:
– Och, jakie piękne róże! To na pewno od mojego Krzysia.
Wtedy dotarło do mnie, że bukiet został zaadresowany nie do mnie, ale właśnie do niej. Przez moment stałam w miejscu, próbując przetrawić tę scenę, jakby ktoś zadrwił z moich uczuć.
W jej oczach pojawiły się łzy
Czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach, ale nie dałam po sobie poznać zawodu. Teściowa była wyraźnie wzruszona, trzymała róże przy twarzy i głęboko wciągała ich zapach. W jej oczach pojawiły się łzy, których nie próbowała ukrywać.
– Widzisz, jak syn pamięta o swojej matce? – odezwała się z dumą, nawet nie patrząc w moją stronę.
Uśmiechnęłam się blado, starając się zachować resztki godności. W duchu tłumaczyłam sobie, że przecież dla niej Krzysztof zawsze był ukochanym jedynakiem. On sam wrócił do domu późnym popołudniem, tak jakby zupełnie zapomniał o święcie.
– Dzień dobry wszystkim – rzucił szybko i od razu poszedł do swojego pokoju.
Teściowa wyszła mu naprzeciw z bukietem w dłoniach.
– Krzysiu, jesteś kochanym synem. Dziękuję ci, nie zapomniałeś!
– Wszystkiego najlepszego, mamo – pocałował ją w policzek i spojrzał na mnie tylko przelotnie, jakby był zaskoczony, że jeszcze tam stoję.
Siedliśmy razem do kolacji, choć atmosfera była ciężka jak nigdy. Rozmowa schodziła na tematy pracy, zdrowia teściowej, rachunków za gaz. Nikt nie zapytał, jak się czuję. Nikt nie zauważył, że moje oczy są pełne powstrzymywanych łez. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że może nie mam tu swojego miejsca.
Wstydziłam się rozczarowania
Przez resztę wieczoru próbowałam zająć się czymkolwiek, byle nie patrzeć na rozłożysty bukiet róż stojący na stole w salonie. Ich intensywny zapach przesycał całe mieszkanie i działał na mnie jak wyrzut sumienia, a może jak dowód mojej przegranej w cichym pojedynku o uwagę Krzysztofa. Teściowa co chwila zerkała na kwiaty, wygładzała płatki, a potem z troską mówiła:
– Oby tylko długo postały, takie piękne.
W jej głosie było tyle samozadowolenia, że poczułam wstyd za własne rozczarowanie. Zastanawiałam się, dlaczego tak bardzo zabolał mnie ten gest. Przecież Krzysztof nigdy nie był mistrzem romantycznych niespodzianek. Może podświadomie czekałam, aż w końcu dostrzec mnie, nie tylko jako wygodną część codzienności, ale jako kobietę. W nocy długo nie mogłam zasnąć. Nasłuchiwałam, jak rozmawiają w kuchni – on i jego matka, zniżonym głosem, jakby dzielili się jakimś sekretem.
– Zawsze będziesz moim oczkiem w głowie, mamo – usłyszałam szept Krzysztofa.
Poczułam lodowaty chłód na karku, jakby coś nieodwracalnie się zmieniło. Wtedy podjęłam decyzję: muszę z nim o tym porozmawiać, choćby miało to zakończyć się kłótnią.
Czułam się jak jakiś intruz
Rano długo zbierałam się na odwagę. Krzysztof przygotowywał śniadanie dla swojej matki, podając jej kromkę chleba z powidłami i kawę z mlekiem. Patrzyłam na tę scenę z kuchennego progu, czując się jak intruz we własnym domu. W końcu, gdy teściowa wyszła do swojego pokoju, podeszłam do męża.
– Krzysztof, mogę z tobą chwilę porozmawiać?
– O co chodzi? – zapytał, nawet nie odrywając wzroku od czajnika.
– Wczoraj... Te róże. Było mi po prostu przykro. Chyba byłam naiwna, licząc na jakiś drobny gest, chociażby jedną małą różyczkę.
Westchnął ciężko, jakby był zmęczony tą rozmową jeszcze zanim się na dobre zaczęła.
– Mamie walentynki kojarzą się z czymś wyjątkowym. Chciałem jej zrobić przyjemność.
– A mnie? – zapytałam cicho. – Czy ja w tym domu jeszcze coś znaczę?
Na moment zawahał się, po czym wzruszył ramionami.
– Przecież codziennie dla ciebie pracuję, zarabiam, dbam, żeby niczego nam nie brakowało. Muszę wszystko dzielić między ciebie a mamę, rozumiesz?
Usiadłam naprzeciw niego i spojrzałam mu prosto w oczy.
– Czasem wystarczy drobiazg. Uczucia to nie rachunek do podziału na pół.
On milczał. Pierwszy raz zobaczyłam, że nie wie, co odpowiedzieć.
Słyszałam ich śmiech zza ściany
Po naszej rozmowie przez kilka dni panowała między nami napięta cisza. Unikaliśmy siebie w domu, każde zamknięte w swoim świecie. Krzysztof coraz częściej wychodził z matką na zakupy lub na spacery po parku. Ja w tym czasie gotowałam obiad albo sprzątałam, ale wszystko robiłam machinalnie, bez zaangażowania. Wieczorami słyszałam ich śmiechy zza ściany. Było mi wstyd, że zaczęłam zazdrościć teściowej uwagi własnego męża. Pewnego wieczoru usłyszałam, jak Krzysztof tłumaczy matce, dlaczego nie spędza ze mną tyle czasu co dawniej.
– Mamo, ona chyba myśli, że ją mniej kocham, bo dostałaś ode mnie kwiaty na walentynki.
Teściowa zareagowała natychmiast:
– Synku, przecież to naturalne, że zawsze będziesz moim dzieckiem. Ale twoja żona też potrzebuje trochę czułości, nie tylko obowiązków.
Po raz pierwszy poczułam, że ona rozumie więcej, niż sądziłam. Następnego dnia, gdy Krzysztof przyszedł z pracy, podeszłam do niego i nieśmiało dotknęłam jego ramienia.
– Wiem, że trudno ci pogodzić wszystko. Ja też czasem nie potrafię się odnaleźć.
On odwrócił się i bez słowa objął mnie mocno. Chciałam wierzyć, że to coś zmieni. Ale gdzieś w środku czułam, że cień pozostał – cień niepewności, którego nie rozproszy nawet najpiękniejszy bukiet róż.
Muszę nauczyć się z tym żyć
Minęło kilka tygodni, a ja wciąż nosiłam w sobie tamten walentynkowy cień. Czasem łapałam się na tym, że szukam w oczach Krzysztofa potwierdzenia, że dla niego istnieję – nie tylko jako żona, ale jako kobieta, partnerka, ktoś bliski. W naszym domu codzienność znów toczyła się zwykłym rytmem, lecz ja już nie byłam tą samą osobą. Byłam ostrożniejsza, czasem wycofana, innym razem zbyt nerwowa. Dostrzegałam, jak wiele we mnie się zmieniło przez jedno niewinne święto.
Krzysztof próbował nadrobić stracony czas, odzywał się częściej, czasem nawet kupował drobiazgi bez okazji. Jednak zawsze, gdy widziałam u niego w dłoni bukiet kwiatów, zastanawiałam się, dla kogo tak naprawdę go niesie. Miłość, która kiedyś wydawała się oczywista i nienaruszalna, nagle zaczęła mieć rysy – niewielkie, ale prawdziwe. Zrozumiałam, że czasem największe kryzysy rodzą się z rzeczy błahych, z przeoczonego gestu, z braku kilku słów. Nie wiem, jak długo będę jeszcze próbować pogodzić się z tym, że w tym domu zawsze będzie nas troje, a róże nie zawsze są symbolem miłości dla mnie. Wiem tylko, że muszę nauczyć się żyć z tym cieniem i odnaleźć własną wartość. Nawet jeśli nigdy nie dowiem się, którą z nas Krzysztof kocha bardziej.
Zofia, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Walentynki miałam ochotę na brownie z malinami, a najadłam się wstydu. Wystarczył jeden telefon od byłego męża”
- „Myślałam, że daję kopertę księdzu po kolędzie, a tylko straciłam pieniądze. W życiu nie czułam się tak bezradna”
- „W rzeczach męża znalazłam zaproszenie na Walentynki w SPA. Szkoda, że to nie ze mną planował leżeć w jacuzzi”