Reklama

Ferie miały być chwilą oddechu. Dla dzieci – żeby pojeździły na sankach, ulepiły bałwana, miały co wspominać. I dla nas – żeby na nowo poczuć się rodziną. Michał mówił, że tego właśnie nam trzeba. Ja... miałam wątpliwości. Jak co miesiąc – bo co chwilę jest coś. A to rata, a to nowe buty dla Tymka, a to podwyżka czynszu. Pracuję na pół etatu, ledwo się domykamy. Ale Michał umie mówić o rzeczach tak, że brzmią jak spełniające się marzenia.

– Zrobimy to dla dzieci. Jakoś to ogarniemy – powiedział przy kolacji.

Patrzyłam wtedy na niego i czułam, jak ściska mnie w brzuchu. Bo ja wiem, co to znaczy „ogarniemy”. Karta kredytowa. Odsunięty rachunek. Kombinowanie. A potem nocne liczenie w głowie: „czy starczy nam do dziesiątego?”

– Nie wiem, Michał, nie wiem czy nas na to stać – odpowiedziałam cicho.

Ale Kaja i Tymek usłyszeli. I zanim zdążyłam się namyślić, już skakali z radości, że jedziemy w góry. Zgodziłam się. Chciałam być tą dobrą. Chciałam widzieć uśmiechy na ich buziach. Nie wiedziałam, że ten wyjazd będzie początkiem końca naszego spokoju.

Michał machał tylko kartą przy terminalu

Pierwszy dzień w górach był jak z reklamy. Śnieg skrzypiał pod butami, dzieci piszczały, rzucając się śnieżkami, a Michał zrobił nam zdjęcie pod drewnianym szyldem „Willa pod Lasem”. Kaja śmiała się do obiektywu, Tymek coś mamrotał o kuligu, a ja... ja próbowałam wyłączyć myślenie. Zająć się chwilą. Przecież po to tu przyjechaliśmy.

Wieczorem zjedliśmy kolację przy kominku – naleśniki z jagodami i herbata z goździkami. W tle leciała góralska muzyka, a właścicielka willi życzyła „miłego pobytu i dużo słońca”. Dzieci padły wcześnie. Michał otworzył wino, które przywiózł specjalnie na ten wyjazd. Siedzieliśmy razem na sofie, prawie jak kiedyś. Ale ja nie umiałam się rozluźnić. Coś we mnie drapało. I w końcu zapytałam, szeptem, żeby dzieci nie usłyszały:

– Znowu zapłaciłeś kartą? Ile jeszcze zostało?

– Wystarczy – odpowiedział szybko, bez patrzenia mi w oczy. – Nie psuj tego.

Wystarczy. Zawsze „wystarczy”. Tylko że limit na karcie nie jest z gumy. A życie nie robi pauzy, bo jesteśmy na feriach. Następnego dnia trzeba było zapłacić za wypożyczenie nart, za instruktorów. Michał machał kartą przy terminalu z miną pewniaka, ale ja widziałam, jak potem wpatruje się w telefon, nerwowo odświeżając aplikację bankową. I już wiedziałam – coś jest nie tak.

Nie wiedziałam, że jest aż tak źle

Wyjazd skończył się za szybko. W drodze powrotnej było cicho. Dzieci spały w aucie, Michał prowadził w milczeniu, a ja liczyłam. Na głos – w myślach. Ile jeszcze dni do wypłaty, ile mogło nam zostać na koncie, ile przyjdzie rachunków do zapłacenia. Wiedziałam, że po powrocie będzie bolało. Nie wiedziałam, że aż tak. W skrzynce czekały na nas listy – urzędowe pisma. Michał zabrał je szybko, jakby to mogło coś zmienić. Nie mógł ich jednak schować przede mną.

– Co to jest? – zapytałam wieczorem, stojąc w kuchni z jednym z pism w dłoni. Pieczątka z napisem „wezwanie do zapłaty” parzyła mnie w palce.

Michał milczał. Patrzył w blat. W końcu powiedział:

– Komornik. Nie płaciłem kilku rat kredytu, żeby było na ferie.

– Że co?! – głos mi zadrżał. – Michał, czy ty w ogóle myślisz? Czy ty wiesz, co zrobiłeś?!

– Nie dramatyzuj! To tylko chwilowy dołek! – próbował się bronić.

– To nie dołek, to przepaść, Michał! Kłamałeś mi w żywe oczy, zabrałeś dzieci na ferie, kiedy miałeś długi!

Zrobiłem to dla nas! – wrzasnął. – Żebyśmy mieli chociaż jedno normalne wspomnienie!

– Nie obchodzi mnie to! Wiesz, ile to teraz kosztuje? Ty nas sprzedałeś za kilka zdjęć w śniegu!

Stał tam potem jak nieszczęście, ale nie było mi go żal. Było mi żal siebie. I dzieci. Bo to już nie była kwestia wyjazdu. To była zdrada zaufania.

A mogłam posłuchać mamy

Zabrałam dzieci do Anity. Michał został w domu. Miał „przemyśleć wszystko”. A ja potrzebowałam kogoś, kto nie będzie mi wciskał, że „wszystko się ułoży”. Anita nalała mi herbaty i słuchała w ciszy, aż w końcu powiedziałam:

– Nie wiem już, czy ja mam męża, czy dodatkowe dziecko. Wszystko muszę ogarniać sama. Nawet jego długi.

– Ty ciągniesz to wszystko sama – powiedziała spokojnie. – On cię pociągnie na dno.

Ale to ojciec moich dzieci – odpowiedziałam bez przekonania.

– I co z tego? Ojciec to też odpowiedzialność, a nie tylko informacja w papierach.

Popatrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jak zwykle przesadzała. Ale może właśnie tego potrzebowałam. Kogoś, kto potrząśnie mną, kiedy sama już nie mam siły się ruszyć.

W drodze do domu przypomniałam sobie, co mówiła mama, kiedy zaczynałam z Michałem: „Nie pakuj się w życie z marzycielem. Marzenia nie płacą rachunków”. Wtedy myślałam, że jest zgorzkniała. Że zazdrości nam młodości, miłości, planów. A teraz? Teraz brzmiała jak kobieta, która wiedziała, czym kończy się życie z kimś, kto nie potrafi trzymać się ziemi. A ja? Ja stałam na granicy. Jeszcze miałam wybór. Jeszcze mogłam uratować siebie i dzieci.

Zaczęłam od banku

Następnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. Zamiast robić śniadanie, usiadłam z laptopem. Zaczęłam od banku – infolinia, potem formularze, później rozmowa z konsultantką, która brzmiała uprzejmie, ale nieobecnie. Zapisałam w notesie kolejne liczby, kwoty, terminy. Wszystko się rozjeżdżało.

Zadzwoniłam do byłej szefowej. Spytałam, czy nie ma wolnego etatu na pełen wymiar. Nie miała, ale powiedziała, że jeśli coś się zwolni, da znać. To był pierwszy raz, kiedy naprawdę poczułam, że wchodzę na nowy grunt. Że zaczynam działać. Sama. Michał w tym czasie chodził po domu jak cień. Unikał mnie, dzieci, rozmów. Zamykał się w łazience, siedział z telefonem. Raz próbował zagadać, rzucił coś o tym, że może znajdzie jakąś fuchę „na szybko”. Pokiwałam głową. Już nie miałam siły odpowiadać.

A potem Kaja przyszła do mnie wieczorem, kiedy myślałam, że śpią. Miała łzy w oczach i ulubioną poduszkę przytuloną do klatki piersiowej.

– Mamusiu, czemu jesteś smutna? To przez nas?

Zamarłam. Bo przecież próbowałam to ukryć, ale dzieci wszystko widzą.

– Nie, kochanie. Nigdy przez was – odpowiedziałam, biorąc ją w ramiona.

Wtedy zrozumiałam, że nie mogę sobie pozwolić na słabość. Nie dla Michała. Dla nich.

Nie wiem, czy to da się naprawić

Czekałam, aż dzieci zasną. Michał siedział w salonie, jakby czuł, że coś się zbliża. Usiadłam naprzeciwko i zaczęłam bez ceregieli.

– Musimy pogadać.

Skinął głową, ale nie patrzył na mnie. Milczałam chwilę, żeby zebrać się na odwagę. W końcu powiedziałam:

– Nie mogę już dłużej być twoim alibi.

Podniósł wzrok. Zmarszczył brwi.

– Paulina, nie zostawiaj mnie.

– Zostawiłeś mnie pierwszy, kiedy przestałeś myśleć o nas poważnie. Kiedy wolałeś udawać przed dziećmi, że wszystko jest dobrze, zamiast powiedzieć mi prawdę.

– Chciałem dobrze.

– Ale wyszło, jak zwykle.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Po raz pierwszy od dawna mówiłam spokojnie. To chyba go przestraszyło najbardziej.

– Zmienię się. Znajdę lepszą pracę. Oddam kartę. Wszystko naprawię – zaczął mówić jednym tchem.

Słyszałam to już. W kółko. Nie chcę słów. Ja muszę mieć plan B. Dla dzieci. Dla siebie.

Patrzył na mnie, jakbym właśnie odcinała mu tlen. Nie powiedziałam, że odchodzę. Jeszcze nie. Ale wiedział, że to możliwe. Że jestem bliżej tej decyzji niż kiedykolwiek wcześniej. Tę noc przesiedział na kanapie.

Paulina, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama