Reklama

Mam dwoje dzieci i męża, którego coraz częściej traktuję jak współlokatora. Marek pracuje jako przedstawiciel handlowy, ja w administracji szkolnej. Z zewnątrz wszystko wygląda normalnie: dom, praca, dzieci, kredyt. Ale w środku... od miesięcy czułam, że coś we mnie gaśnie.

Wieczory mijały w ciszy. On wpatrzony w telewizor, ja w telefon. Kiedyś rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Teraz wymieniamy tylko informacje: „Kto odbiera Kaję?”, „Zostało mleko?”, „Wysłałaś przelew?”. Czasem, kiedy zasypiam, zastanawiam się, czy on mnie jeszcze kocha. I czy ja jego...

Nagle Marek zaczął się zmieniać. Przyniósł kwiaty. Zrobił śniadanie. Powiedział: „Szykuję niespodziankę”. Zdziwiło mnie to, ale też dało nadzieję. Może jeszcze coś z nas będzie? Agnieszka, moja przyjaciółka, mówiła, że może w końcu dojrzał. Ale siostra, Dorota, prychnęła tylko:

– Jak chłop zaczyna być za miły, to znaczy, że coś kombinuje.

Nie wiedziałam, komu wierzyć. Ale serce chciało uwierzyć, że może to początek czegoś nowego. Że jeszcze nas uratuje.

Ferie w górskim resorcie? Brzmiało cudownie!

– Zamknij oczy – powiedział Marek, kiedy wróciłam z pracy. Stał w przedpokoju z niezdarnie ukrytą za plecami kopertą. Zdążyłam tylko rzucić torbę na szafkę i popatrzyć na niego z zaskoczeniem.

– Co ty kombinujesz? – zapytałam, ale uśmiech sam wpełzł mi na twarz.

– Po prostu zamknij oczy i zaufaj mi.

Zamknęłam. Po chwili poczułam, jak coś wkłada mi do rąk. Otworzyłam oczy i zobaczyłam elegancki voucher w twardej oprawie. „Pakiet SPA dla dwojga. 5 dni. Pełne wyżywienie. Zabiegi. Górski resort”.

– Marek… to dla nas?

Na ferie. Wszystko załatwiłem. Dzieciaki zostaną u twojej siostry, już z nią gadałem. Ty i ja. Tylko my. Jak za dawnych lat.

Patrzyłam na niego, nie wierząc. Tyle razy marzyłam, żeby się wyrwać. Odpocząć. Pobyć razem. Jednak zawsze było „nie teraz”. A teraz... nagle to się dzieje?

– Ale… skąd... kasa? – wymknęło mi się. – Przecież mamy raty, i…

– Karolina, serio? Nie możesz po prostu się ucieszyć?

Zamilkłam. No tak. Powinnam się cieszyć. W końcu to coś, na co czekałam od dawna. Więc się ucieszyłam. Albo przynajmniej tak udawałam. Przytuliłam się do niego, a w środku tłumiłam niepokój, który nie chciał zniknąć. Nie pytał mnie o urlop, nie mówił o pieniądzach, nie konsultował nic. A jednak... tak bardzo chciałam uwierzyć, że to z miłości.

Wydawało się to zbyt piękne

Zatrzymaliśmy się w luksusowym pensjonacie z widokiem na świerkowy las. Pachniało świeżym drewnem, a w holu stał kominek, przy którym para w białych szlafrokach popijała prosecco. Ja czułam się jak w filmie. Marek jakby się przeistoczył. Śmiał się, trzymał mnie za rękę, zagadywał recepcjonistkę, planował zabiegi. I nie spuszczał ze mnie wzroku. Jakbyśmy znowu byli parą, która dopiero co się w sobie zakochała.

– Zarezerwowałem masaż gorącymi kamieniami. I kolację przy świecach. I saunę. I może… wspólną kąpiel w jacuzzi? – puścił do mnie oko.

– Nie przesadzasz trochę? – zapytałam półżartem, ale miałam w głowie jedno pytanie: ile to wszystko kosztowało?

Przy kolacji, przy winie, rozmawialiśmy o wszystkim. O dzieciach, o pracy, o tym, co lubimy, a czego się boimy. I nagle, jakby od niechcenia, powiedziałam:

Czuję się jak kiedyś. Może… może jeszcze nam się uda?

Marek skinął głową i wymijająco rzucił:

– Zawsze się udaje, jak się postaramy.

W jego oczach widziałam czasami jakąś nieobecność. Jakby był tu ciałem, ale myślami gdzie indziej. Zignorowałam to. Chciałam wierzyć w tę bajkę, choć podszepty w głowie mówiły: „To za piękne, żeby było prawdziwe”. I może właśnie dlatego czułam się wtedy tak szczęśliwa – bo wiedziałam, że to szczęście wkrótce może się skończyć.

Powrót do rzeczywistości i koperta z banku

Zaraz po powrocie do domu wróciła też rutyna. Wysyp prania, dzieci z pytaniami „co przywieźliście?”, sterta listów na komodzie. Jeden z nich był polecony – adresowany na Marka. Zwykła biała koperta, logo jakiegoś banku. Pomyślałam, że może reklama. Jednak kiedy Marek wyszedł z psem, ciekawość wygrała. Otworzyłam. I zamarłam. „Wezwanie do zapłaty. Opóźnienie w spłacie raty pożyczki. Kwota zaległa: 3 750 zł. Termin spłaty: 7 dni”

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Pożyczka? Jaka pożyczka? Przecież ustaliliśmy, że żadnych nowych kredytów. Wszystko mamy na styk. Dosłownie na styk! Zadzwoniłam pod numer z pisma. Potwierdzili. Piętnaście tysięcy złotych, zaciągnięte na nazwisko Marka. Tydzień przed feriami.

Wrócił, jakby nigdy nic. Pies szczekał, dzieci grały w coś na tablecie. Ja stałam w kuchni z kopertą w dłoni.

– Co to jest?! – zapytałam bez wstępu, rzucając mu pismo pod nos.

– Karola, ja... chciałem zrobić coś wyjątkowego. Coś, co nas zbliży... – zaczął bełkotać, ale ja już płakałam. Ze złości. Ze wstydu.

– Za cudowne ferie, tak?! Na kredyt?! Z takiego banku?! Zwariowałeś?!

– Przecież to nie zbrodnia... Zrobiłem to dla nas…

Zamilkłam. Wiedziałam jedno – znowu mnie oszukał. A to, co wydawało się odrodzeniem, było tylko drogim przedstawieniem. Na raty. Z wysokimi odsetkami.

To taki typ...

– I co teraz? – zapytała moja siostra, kiedy opowiedziałam jej wszystko podczas sobotniej kawy.

– Sama nie wiem… – wzruszyłam ramionami. – Czuję się, jakby mnie ktoś mi odebrał godność. Tak bardzo chciałam w to wierzyć… że się zmienił.

– Karola, on zawsze robił wszystko na pokaz. Kiedy trzeba było naprawdę coś ogarnąć, to znikał. Ale jak trzeba było kupić nowy telewizor albo pochwalić się wyjazdem na poście w internecie – pierwszy stał w kolejce. Taki typ.

– Może chciał dobrze? – wtrąciła Agnieszka, moja przyjaciółka. – Może naprawdę się starał, tylko nie umie inaczej. Są ludzie, którzy potrafią wyrażać uczucia tylko przez gesty.

– Ale za moje życie płacić pożyczką?! – wybuchłam. – Przecież my ledwo ciągniemy wszystko do pierwszego!

– I właśnie dlatego wziął kredyt – Dorota prychnęła. – Bo chciał ci dać namiastkę tego, czego sam nie potrafi ci dać. Bliskości, rozmowy, zwykłego bycia obecnym.

Wróciłam do domu jeszcze bardziej zagubiona. Czy on mnie naprawdę kocha? Czy to wszystko było tylko teatrem? Najgorsze było to, że wciąż go kochałam. Tęskniłam za nim... nawet kiedy był obok. I nie umiałam już odróżnić, co boli bardziej – jego kłamstwo czy iluzja, w którą tak bardzo chciałam uwierzyć.

Nie wystarczy „przepraszam”

Usiedliśmy naprzeciw siebie. Bez dzieci. Bez telefonów. Marek nerwowo ściskał kubek z herbatą, której nawet nie ruszył.

– Czy ty naprawdę myślałeś, że tak to naprawisz? – zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie i nagle zrobił się taki mały. Jak chłopiec przyłapany na kłamstwie.

– Karola… ja nie miałem już pomysłów. Wszystko było nie tak. Czułem, że cię tracę. Chciałem, żebyś się znowu uśmiechnęła.

– No to gratulacje. Uśmiechałam się… przez pięć dni. A teraz? Teraz siedzimy tutaj i mamy dług, którego nie spłacimy przez dwa lata. Albo więcej. Dzieci nic nie wiedzą, ale niedługo zaczną pytać, czemu nie jedziemy na wakacje, czemu nie ma nowych butów.

– Zrobiłem to dla nas…

– Nie. Ty zrobiłeś to dla siebie. Żeby przez chwilę poczuć się lepszym mężem. Bohaterem. Ale bohaterem się nie zostaje za pożyczone pieniądze.

Zamilkł. Nie umiał się bronić. Bo nie było jak. A ja… nie miałam już siły się złościć. Wstałam, zabrałam kubek, wylałam zimną herbatę do zlewu. Odgłos wody był głośniejszy niż wszystko, co powiedzieliśmy tego wieczoru.

– Ja już nie wiem, Marek, co z nami będzie. Ale wiem, że to nie wystarczy. Tym razem nie wystarczy kwiatek i przepraszam.

I wyszłam z kuchni, zostawiając go tam – w milczeniu, które mówiło wszystko.

Karolina, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama