Reklama

Codzienność w szkole pachnie kredą i kawą z automatu. Przynajmniej w moim przypadku. Uczę języka polskiego w podstawówce i zawsze byłam... rozsądna. Lubiłam to słowo. Brzmiało jak coś, czym można się ochronić przed chaosem. Praca – to moja twierdza. Dzieciaki, klasówki, opiekowanie się gazetką szkolną, obowiązkowe uśmiechy na przerwach. Wszystko poukładane.

Samotność? Nie, nigdy nie lubiłam tego słowa. Ale nie przeszkadzało mi bycie samej. Mieszkanie w kawalerce, wieczory z książką lub serialem. Ciche życie. Może nie filmowe, ale moje. Od zawsze oddzielałam życie prywatne od zawodowego, jakby to były dwa różne kontynenty. I tego się trzymałam. Do czasu.

Pamiętam ten dzień. Był koniec września. Zwykłe zebranie z rodzicami – jakich odbyłam już dziesiątki. Powtarzalny rytuał: przedstawienie programu nauczania, przypomnienie zasad, lista podręczników. Siedzieli w ławkach jak uczniowie, część przewracała oczami, część notowała, jakby chodziło o egzamin z życia. I on. Hubert. Siedział w ostatnim rzędzie, lekko bokiem, z dłońmi splecionymi na stole. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ciemny sweter, elegancki zegarek.

Ale nie był jak inni. Był spokojny. Uważny. Jakby naprawdę słuchał. Nie tylko mnie, ale wszystkiego – każdego szmeru, każdego słowa. Widziałam, że jego wzrok nie był przypadkowy. Że patrzył trochę za długo, zbyt celnie. Wtedy nie sądziłam jeszcze, że ta uwaga będzie początkiem czegoś, co rozbije mój poukładany świat na kawałki.

Po zebraniu, gdy wszyscy już wyszli, został. Podszedł do biurka. Zapytał, czy mogę poświęcić mu chwilę. Mówił o swoim synu – Szymonie. Że sprawia problemy. Że się martwi. Jego głos był spokojny, miał w sobie jakąś melancholię. A ja, głupia, poczułam coś dziwnego. Jakby moje ciało zarejestrowało jego obecność zanim zrobił to mój rozum.

I wtedy po raz pierwszy pomyślałam coś, czego nigdy nie powinnam była pomyśleć. „To tylko rodzic”, powtarzałam sobie. „Praca. Nic osobistego. I tak powinno zostać”. Ale nie zostało.

Byłam zbyt miękka, nieprofesjonalna

Zebrałam papiery, poprawiłam spódnicę i podeszłam do tablicy. Rodzice siedzieli w uczniowskich ławkach, jedni z założonymi rękami, inni z telefonami w dłoniach. Standard. Mówiłam jak zawsze: o wycieczkach, przedstawieniach, o zachowaniu w szkole i obowiązkach ucznia. Nie spieszyłam się, ale też nie przedłużałam. Miałam opracowany rytm, który sprawdzał się od lat. Zbliżała się końcówka, gdy większość już myślami była w drodze do domu.

On siedział w ostatnim rzędzie. Hubert. Słuchał. Widziałam, że nie kiwał głową bezmyślnie, nie zerkał na zegarek. Gdy podniosłam wzrok, patrzył na mnie. Nie speszyłam się, chociaż coś w środku drgnęło. Odwróciłam spojrzenie i zakończyłam zebranie podziękowaniem.

Rodzice powoli wychodzili, zaglądając do siebie nawzajem, rzucając komentarze o podręcznikach i zajęciach dodatkowych. On został. Spokojnie podszedł do mojego biurka i przez chwilę milczał, jakby chciał się upewnić, czy może zacząć mówić.

– Czy mogłaby pani poświęcić mi jeszcze chwilę? – zapytał cicho, ale pewnie.

– Oczywiście – odpowiedziałam i wskazałam krzesło przy biurku.

Usiadł. Zdjął płaszcz i położył go obok, starannie. W jego ruchach było coś wyważonego. Mówił o synu – o tym, że ma problemy z koncentracją, że jest trudny w domu, że matka nie bardzo potrafi sobie z nim poradzić. Słuchałam uważnie, zadawałam pytania, notowałam coś w dzienniku. Wszystko wyglądało zupełnie jak każda inna rozmowa z rodzicem. Ale tak się nie czułam.

Nie patrzył na mnie jak ojciec ucznia. Jego spojrzenie było bardziej obecne. Słowa płynęły spokojnie, ale miałam wrażenie, że mówi do mnie, nie tylko o synu. W pewnym momencie opowiedział, że po rozwodzie Szymon stał się zamknięty. Dodał, że trudno mu być zarówno ojcem, jak i kimś więcej. I wtedy poczułam coś, co powinnam była od razu zignorować – ciepło, które nie miało prawa się pojawić.

– Szymon potrzebuje uwagi. Ale on nie mówi wprost, czego chce – powiedział, a ja miałam wrażenie, że nie tylko o dziecku mówi.

– Porozmawiam z nim jeszcze raz. Spróbuję znaleźć coś, co go otworzy – odpowiedziałam, czując, że nie kontroluję już tonu głosu. Byłam zbyt miękka. Nieprofesjonalna.

Rozmowa trwała dłużej, niż powinna. Kiedy wstał, spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.

– Dziękuję, że pani słucha – rzucił jeszcze, zanim wyszedł.

Zamknęłam dziennik. Przez chwilę siedziałam w ciszy. Powinnam była wrócić do domu, zrobić herbatę, obejrzeć coś lekkiego, pójść spać. Ale zamiast tego czułam dziwny niepokój. To był zwykły rodzic, rozmowa o uczniu, nic osobistego. I tak powinno zostać. A mimo to miałam wrażenie, że właśnie coś się zaczęło.

Nie chciałam przerywać tej chwili

Minęło kilka dni. Wracałam właśnie z sali gimnastycznej, gdzie odbywały się zajęcia integracyjne, gdy usłyszałam, jak ktoś woła moje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam go przy drzwiach wejściowych. Trzymał kurtkę w ręce i wyglądał, jakby nie był pewien, czy naprawdę powinien tu być.

– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. Czy miałaby pani chwilę? – zapytał, nieco ciszej niż ostatnio.

Spojrzałam na zegarek. Lekcje się skończyły, w pokoju nauczycielskim nie czekało na mnie nic pilnego.

– Chodźmy do sali. Tam będzie spokojniej – odpowiedziałam, otwierając drzwi kluczem.

Usiadł dokładnie tak jak wtedy. Jakby znał już ten układ, jakby to było coś naturalnego. Tym razem mówił krócej. Wspomniał, że Szymon ostatnio znów się zamknął, nie odpowiadał na pytania, ignorował obecność innych. Ale to wszystko powiedział w pierwszych dwóch minutach. Potem zamilkł.

– Może on po prostu się boi. Dzieci nie zawsze potrafią nazwać to, co czują – próbowałam powiedzieć coś uspokajającego, ale nie brzmiało to ani odkrywczo, ani szczególnie mądrze.

Patrzył na mnie, ale inaczej niż poprzednio. Jakby nie był ojcem ucznia, tylko kimś, kto przez chwilę chce pobyć z kimś, kto go nie ocenia.

– Dlaczego naprawdę pan tu przyszedł? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Nie odpowiedział od razu. Oparł się o krzesło i lekko przechylił głowę.

– Bo pani słucha.

Zamilkłam. Nie powinnam była pozwolić, żeby to zaszło tak daleko. Wiedziałam o tym. Ale nie chciałam przerywać tej chwili. Trwała tylko sekundę, może dwie, ale była dziwnie intensywna. Potem rozmawialiśmy jeszcze chwilę o zajęciach dodatkowych, o tym, co mogłoby pomóc Szymonowi, ale oboje wiedzieliśmy, że to już tylko formalność.

Kiedy wyszedł, zostałam sama w sali. Uporządkowałam papiery, zgasiłam światło, zamknęłam drzwi. W drodze do domu czułam, że powinno mi być wszystko jedno. Nie miałam męża, nie miałam dzieci. Moje wieczory były ciche i przewidywalne. A mimo to czułam się tak, jakby ktoś mi właśnie coś wyrwał.

Wieczorem, tuż przed snem, spojrzałam na telefon. Nowa wiadomość. Od niego „Przepraszam, jeśli przekroczyłem granicę”. Nie odpisałam. Położyłam się, odwróciłam twarzą do ściany i długo nie mogłam zasnąć.

Nie protestowałam

Tego dnia padał śnieg od rana. Gęsty, ciężki, jakby z całej siły chciał przykryć wszystko, co nie pasowało do obrazu grudniowej pocztówki. Zima zaskoczyła drogowców, jak zawsze. A mnie zaskoczyło to, że znów go zobaczyłam.

Stałam na przystanku, przemarznięta do kości. Autobus się nie zjawiał, a wiatr wciskał się pod płaszcz. Kiedy usłyszałam znajomy głos, od razu wiedziałam, że to on.

– Może podwiozę? – zapytał, nie narzucając się, jakby wiedział, że potrzebuję pretekstu, żeby nie odmówić.

Nie protestowałam. Wsiadłam do samochodu. Milczeliśmy przez pierwsze minuty. Radio grało cicho jakby w tle naszego zawieszenia. Ogrzewanie syczało. Czułam jego zapach. Nie był intensywny, ale znajomy.

– Nie powinnaś była wsiadać – powiedział, skręcając w moją ulicę.

– Wiem.

Zatrzymał się przed moim blokiem. Zgasł silnik. Nie spieszyłam się z otwieraniem drzwi. On też nie wykonał żadnego ruchu.

– Nie powinienem... – zaczął cicho, nie kończąc zdania.

Spojrzałam na niego. Nie miałam przygotowanej odpowiedzi. W głowie miałam tylko jedno zdanie.

– Ja też nie.

Nie pamiętam, kto się pochylił pierwszy. Pamiętam tylko, że jego usta były ciepłe, a moje ręce drżały, choć nie z zimna. Całowaliśmy się długo. Gdy się odsunęliśmy, przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słów. Potem już nic nie miało znaczenia – ani śnieg, ani sąsiedzi, ani zasady. Weszliśmy po cichu do mojego mieszkania, zasłaniając się sobą nawzajem.

Nie byliśmy delikatni. Nie udawaliśmy, że to coś więcej. A jednak to nie było tylko ciało. I oboje to wiedzieliśmy.

Rano obudziłam się wcześniej. Wstałam, założyłam szlafrok, zrobiłam herbatę. On jeszcze spał. Wyglądał spokojnie, jakby wszystko było proste. Nie było.

Godzinę później byłam już w gabinecie dyrektorki.

– Chciałabym przenieść się do innej klasy – powiedziałam bez wstępów.

Dyrektorka spojrzała na mnie długo. Nie pytała o powody. Widziała więcej, niż mówiła.

– To prywatne – dodałam, choć wiedziałam, że to nic nie zmienia.

– Rozumiem. Ale to nie zniknie, Kinga.

Nie odpowiedziałam. Znałam tę prawdę od wczoraj.

Plotki i ukradkowe spojrzenia

Od przeniesienia minęły dwa tygodnie. Uczyłam inną klasę, inną grupę dzieci, ale dźwięk dzwonka był ten sam. Tylko ja miałam wrażenie, że coś się zmieniło. Pojawiły się spojrzenia. Te ukradkowe, szybkie, nie wprost. A może tylko mi się wydawało?

W pokoju nauczycielskim rozmowy toczyły się jak zwykle – o ocenach, wycieczkach, uczniach, którzy nie odrabiają zadań. Ale czasem ktoś rzucił coś niby przypadkiem.

– Szymon jakoś częściej ostatnio odwiedza twoją klasę – powiedziała Anka, poprawiając okulary i zanotowała coś w dzienniku.

– Może szuka znajomej twarzy – odparłam spokojnie, nie podnosząc wzroku.

– Jego ojciec to przystojny facet – dodała Ela, niby żartem, ale cisza, która potem zapadła, nie była zabawna.

Nie zapytały wprost. Może nie musiały.

Hubert przychodził rzadziej. Spotykaliśmy się raz w tygodniu. U mnie. Po zmroku. Bez słów wyjaśnienia. Bez obietnic. Przychodził, całował mnie na powitanie i zostawał na noc. Nie mówił, co czuje. Ja też nie pytałam. Wystarczała obecność. Do czasu.

Pewnego wieczoru, gdy wstawał z łóżka, żeby się ubrać, powiedział nagle:

– To nie miało tak wyglądać.

Patrzyłam na jego plecy. Nie ruszyłam się. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

– Ale tego chcesz? – zapytał, odwracając się do mnie.

– Nie wiem. Chcę ciebie. Ale nie tego chaosu.

Milczał przez chwilę, a potem tylko skinął głową. Ubrał się szybko i wyszedł. Nie zatrzymywałam go. Siedziałam w ciszy jeszcze długo.

Następnego dnia, w szkole, Anka rzuciła znów coś niby przypadkiem.

– Nie wiem, co się dzieje z niektórymi uczniami. A niektórzy rodzice robią się wyjątkowo obecni.

Uśmiechnęła się krzywo. Nie odpowiedziałam. Zaczęłam rozumieć, że nie da się ukryć czegoś, co żyje zbyt blisko. Nie chodziło już tylko o to, co robiłam. Chodziło o to, kim się przy nim stawałam.

Kinga, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama