Reklama

Nie jestem fanką walentynek. Co roku, w okolicach połowy lutego, czułam narastającą irytację na widok różowych serduszek, tandetnych balonów i plastikowych róż piętrzących się w każdym sklepie. Gdzie się nie obejrzałam – „miłość”, „niespodzianka”, „specjalna oferta na dwie osoby”. W domu też nie było lepiej. Mój mąż należał raczej do tych, którzy wręczali kwiaty „bo wypada”, niż z własnej inicjatywy. Co roku liczyłam więc na odrobinę oryginalności, a co dostawałam? Bombonierkę z marketu i kartkę z życzeniami, w której nawet nie wpisał imienia. Z czasem nauczyłam się nie mieć oczekiwań. Obiecywałam sobie, że nie dam się nabrać na walentynkową otoczkę, nie będę się denerwować i po prostu przetrwam ten dzień jak każdy inny. Do czasu. W tym roku coś się zmieniło. W tym roku, gdy zobaczyłam prezent od męża, poczułam… coś dziwnego. Coś, co nie pozwoliło mi przejść obok tej daty obojętnie.

Ugryzłam się w język

Obudziłam się rano i już przy śniadaniu mąż kręcił się po kuchni, udając, że nie wie, jaki to dzień tygodnia. Przez okno sączyło się blade światło, w radiu leciała piosenka o wielkiej miłości.

Ładny dzisiaj poranek, nie? – rzucił, podkręcając głos, jakby właśnie prowadził audycję śniadaniową.

Zignorowałam go. Szczerze mówiąc, miałam ochotę go wyśmiać, ale ugryzłam się w język. Nie chciałam zaczynać dnia od kłótni o walentynki. W głowie już miałam cały monolog, który wygłoszę wieczorem: że może czasem lepiej nic nie robić, niż robić na siłę.

– A, tak… Poranek jak poranek – odpowiedziałam ozięble, przerywając ciszę.

– Nie masz dziś przypadkiem jakichś planów na popołudnie? – zapytał niby od niechcenia.

Uniosłam brwi, zerkając na niego znad kubka.

A powinnam mieć?

– No nie wiem… Może na przykład… na kolację…? – udawał, że patrzy przez okno, ale kątem oka bacznie mnie obserwował.

– Kolację? Myślałam, że zamawiamy pizzę i oglądamy serial. Chyba że znowu przyniesiesz czekoladki w kształcie serca? – pozwalam sobie na uszczypliwość.

Mąż wywraca oczami i udaje obrażonego.

– Wiesz co, z tobą to nigdy nie wiadomo, co by tu człowiek nie wymyślił…

– Może coś, co nie jest różowym balonikiem? – parsknęłam śmiechem, nie kryjąc już lekkiej złośliwości.

Pokręcił głową i zamilkł, udając, że bardzo go uraziłam. Wiedziałam, że wieczorem znów będzie niezręcznie. Tak to się zawsze kończyło.

Byłam zdezorientowana

Mąż wrócił z pracy trochę później niż zwykle, a ja już czekałam w kuchni z kolacją. Udawałam, że nie zauważam siatki, którą trzymał w ręku, ale coś w jego zachowaniu było podejrzanego.

Już jesteś? – zapytałam, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Tak, korki dzisiaj… – rzucił, stawiając torbę na stole.

Znałam go na wylot – gdy coś kombinował, był nerwowy jak uczeń przed klasówką. Usiadł naprzeciwko, wpatrując się w blat, aż w końcu nie wytrzymał.

– No i co, nie pytasz, co mam w torbie? – rzucił niby żartem.

– A mam pytać? – uśmiechnęłam się pod nosem.

– W sumie nie musisz, bo i tak zaraz się dowiesz – wyciągnął z reklamówki małe pudełko owinięte w srebrzysty papier.

Przez chwilę patrzyłam na prezencik, nie wiedząc, czy mam się śmiać, czy płakać.

– O, jak oryginalnie – rzuciłam.

– Nie narzekaj – odpowiedział z przekąsem. – Otworzysz w końcu czy będziesz komentować?

Podniosłam wieczko, szykując w głowie kolejną złośliwą ripostę, ale w środku nie było ani czekoladek, ani taniego wisiorka, tylko… maleńka karteczka, złożona w kostkę. Spojrzałam na niego zdezorientowana.

I co to niby jest? – zapytałam.

Mąż nagle spoważniał.

– To… coś, czego chyba się nie spodziewasz.

Zrobiło się cicho.

Zaskoczył mnie

Mąż przyglądał mi się z miną, jakby spodziewał się wybuchu, a ja nie byłam pewna, czy to wszystko nie jest jakimś podstępem. Delikatnie rozwinęłam karteczkę.

– Żartujesz sobie? – zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć przekaz. – Skąd to masz?

Mąż uśmiechnął się półgębkiem i nagle zrobił się trochę nieśmiały.

Znalazłem to w starym portfelu. Pamiętasz, jak kiedyś zostawiłaś mi karteczkę z adresem tej kawiarni? – Popatrzył na mnie, jakby właśnie odkrył Amerykę. – Byłaś wtedy na mnie wściekła, bo zapomniałem o naszej rocznicy.

Westchnęłam, bo oczywiście pamiętałam. I nagle poczułam się, jakby ktoś wyjął mi z rąk wszystkie argumenty.

– No i co z tego? – rzuciłam, udając, że mnie to nie rusza.

– Chciałem… żebyśmy tam wrócili. Dziś. Na chwilę, na kawę. Tam, gdzie wszystko się zaczęło. Bez balonów i czekoladek. Po prostu – my – mówił, a ja widziałam, że naprawdę mu zależy.

Przez chwilę milczałam.

– A jeśli ta kawiarnia już nie istnieje? – pytam, próbując się jeszcze wykręcić.

– Sprawdzałem. Istnieje. Nawet zarezerwowałem stolik – przyznał z lekkim zawstydzeniem.

Poczułam, że coś mi mięknie w środku. Wcale nie chodziło o wielkie gesty, tylko o coś prostego, o pamięć. On o tym wiedział.

– No dobrze – westchnęłam teatralnie. – To się zbieraj, tylko nie będę się stroić jak na wesele.

– Tylko się nie denerwuj, zamówiłem taksówkę. Nie każę ci prowadzić – parsknął śmiechem.

Przewróciłam oczami

W taksówce panowała niezręczna cisza. Siedzieliśmy obok siebie jak para nastolatków. Zamiast standardowego narzekania, że znowu nie ma gdzie zaparkować, mąż patrzył na mnie z uśmiechem. Taki uśmiech, jaki widziałam u niego dawno temu – jeszcze zanim praca, rachunki i codzienność zjadły w nim resztki spontaniczności.

– Znasz drogę, czy zgubiłeś się po tych latach? – zagadnęłam z przekąsem, kiedy już wysiedliśmy.

– Chodź, to niedaleko.

Szliśmy ramię w ramię, jakbyśmy wracali do czegoś, co kiedyś było oczywiste. Kawiarnia wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętałam: stare, krzywe stoliki, powyginane krzesła i ta sama kobieta za ladą. Usiadłam i czułam się jak ktoś, kto podróżuje w czasie.

– No, zamawiaj, zanim się rozmyślę – mruknęłam.

– Dla pani jak zwykle podwójne latte bez cukru? – zapytał, jakbyśmy właśnie przyszli na naszą pierwszą randkę.

– Bardzo śmieszne. Tym razem sama zamówię, a ty nie udawaj, że pamiętasz, co piłam pięć lat temu – przewróciłam oczami, ale czułam, jak coś we mnie pęka.

Mąż uśmiechnął się do baristki, zamówił dokładnie to samo, co wtedy.

– Pamiętasz, jak się na mnie obraziłaś? – rzucił nagle, podsuwając mi filiżankę.

– Pamiętam, jak udawałeś, że nie jesteś łasuchem i że słodkości cię nie interesują – odpowiedziałam, odgryzając kawałek ciastka.

Siedzieliśmy w ciszy, przez chwilę, a potem mąż niespodziewanie złapał mnie za rękę.

– Wiesz, chciałem ci podziękować, że nadal tu jesteś. Nawet jeśli czasem jesteśmy dla siebie nieznośni.

Spojrzałam na niego. Nie było już żartów, tylko zwykła, szczera wdzięczność.

Spojrzał mi prosto w oczy

Siedzieliśmy przy tym samym stoliku co kiedyś, z kubkami kawy i talerzykami, na których zostały już tylko okruszki po migdałowych ciastkach. W kawiarnianym półmroku światło rzucało cienie na ścianę.

– Wiesz… – mąż zaczął cicho, bawiąc się łyżeczką – miałem dziś ochotę po prostu się z tobą spotkać. Tak zwyczajnie. Bez tej całej walentynkowej maskarady.

Przez chwilę patrzyłam na niego z podejrzliwością. Byłam gotowa na kolejny żart, ale tym razem widziałam, że mówi poważnie.

– Ze mną, czy z żoną, która narzeka na wszystko, co robisz? – podpuściłam go, choć głos lekko mi zadrżał.

Spojrzał mi prosto w oczy.

– I z tą, i tą. Czasem mam wrażenie, że codzienność nas tak pochłonęła, że zapomnieliśmy o nas.

– Zawsze musisz być taki filozoficzny… – pokręciłam głową.

– No widzisz, człowiek się rozwija. – Puścił mi oczko, wreszcie naprawdę rozluźniony. – Myślisz, że damy radę znowu tak po prostu pobyć razem? Bez obrażania się o czekoladki?

Popatrzyłam na niego, przez chwilę widząc tego chłopaka, który się we mnie zakochał.

– Jeśli następnym razem zamiast bombonierki kupisz mi zwykłe bułki z makiem, a nie będziesz udawał, że walentynki są świętem narodowym, to może rozważę twoją kandydaturę na dalsze lata – uśmiechnęłam się szelmowsko.

– Bułki z makiem. Zapamiętam. – Uniósł rękę, jakby właśnie podpisywał kontrakt.

Po raz pierwszy od dawna po prostu byliśmy razem, trochę inni niż kiedyś, ale jednak wciąż my.

Chodźmy do domu – powiedziałam w końcu. – Bo jeszcze się poprztykamy o to, kto płaci za taksówkę.

– Byle nie o serduszka i balony. Mam już ich dość na cały rok – zaśmiał się.

Wyszliśmy z kawiarni, trzymając się za ręce, jakby to był najzwyklejszy, najlepszy wieczór.

Było mi z nim dobrze

Gdy wracaliśmy do domu, przyszło mi do głowy, że może właśnie tak wygląda szczęście – nie w drobnych kłamstwach i cukierkowych gestach, ale w tym, że dwie osoby po prostu jeszcze chcą razem wracać do domu. Weszliśmy po schodach, cisza na klatce schodowej wydawała się aż dziwnie kojąca po wieczornych emocjach. W przedpokoju zdjęłam buty i bez słowa podeszłam do męża. On też milczał, chyba nie chciał spłoszyć tej nagłej bliskości, która zrodziła się między nami po latach wspólnego życia.

– Słuchaj – odezwałam się nagle – może faktycznie za dużo narzekam? Może czasem powinnam się zamknąć i po prostu być z tobą?

– A może ja powinienem częściej ci pomagać w domu, a nie liczyć, że mnie wyręczysz? – odpowiedział, patrząc mi prosto w oczy.

– Wiesz, że i tak będę się z ciebie podśmiewać, nawet jeśli wymyślisz coś wyjątkowego? – parsknęłam cicho.

– No wiem. Lubię, jak się śmiejesz. Nawet z moich żenujących pomysłów – powiedział cicho i objął mnie mocno.

Na moment przestaliśmy być tymi samymi ludźmi, co rano – pełnymi złośliwości, dystansu i lekko znudzonymi własnym towarzystwem. Przez kilka sekund byliśmy dokładnie tam, gdzie zaczynaliśmy – razem, trochę niezdarni, trochę niepewni, ale blisko. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie muszę niczego udawać.

– To co, może jutro śniadanie na mieście? – mruknęłam, opierając głowę o jego ramię.

– Tylko nie zamawiajmy walentynkowego zestawu dla dwojga – zaśmiał się i pocałował mnie w czoło.

Tak, czasem szczęście to po prostu wracać do siebie. Bez tej całej walentynkowej otoczki.

Karolina, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama