Reklama

Nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań wobec tego krótkiego urlopu. Po prostu marzyłam, żeby przez kilka dni pobyć poza domem, pojeździć na nartach, posiedzieć w termach i nie słyszeć: „Mamo, gdzie są moje skarpetki?”, „Kochanie, co dziś na obiad?”, albo „Mogę dziś wziąć samochód?”. Chciałam poczuć, że jestem też człowiekiem, a nie tylko darmową pomocą domową z opcją „all inclusive”. Wszystko było zapięte na ostatni guzik – nocleg zaklepany, karnety zamówione, dzieciaki podekscytowane. I wtedy... oczywiście wszystko musiało się posypać. A dokładniej – ktoś musiał rozsypać to celowo. Kto? Odpowiedź nie zaskoczy żadnej kobiety, która dostała w pakiecie ślubnym teściową. Bo przecież jak mogłoby być za dobrze?

Miała moje zdanie w nosie

– Mamo, to tylko kilka dni – tłumaczył mój mąż z cierpliwością, którą rezerwował wyłącznie dla swojej matki. – Naprawdę powinnaś pojechać z Bogusią do sanatorium. Wszystko już załatwione.

– Sanatorium?! Ja?! Przecież jeszcze się do grobu nie wybieram – fuknęła teściowa, zasiadając w naszym salonie jak królowa w loży honorowej. – Nie wiem, po kim ty jesteś taki lekkomyślny. Jechać sobie w góry, kiedy stara matka nie wie, co z sobą zrobić!

– Mamo, masz znajome, masz Bogusię. Przecież to było twoje marzenie! – spróbowałam się wtrącić.

– Moje marzenie? – Teściowa przewróciła oczami. – Moje marzenie to mieć syna, który nie pakuje matki w obce ręce, kiedy może ją mieć pod własnym dachem.

Mój mąż, ten sam, który tydzień wcześniej zarzekał się, że „nic jej nie powie, będzie spokój, niech jedzie do tej Ustronianki”, teraz wyglądał jak uczeń przy tablicy, który zapomniał, czym się różni podmiot od orzeczenia.

– Kochanie… – rzuciłam przez zęby, szukając w jego oczach wsparcia.

– Może rzeczywiście to nie jest dobry moment na ten wyjazd – wymamrotał, unikając mojego spojrzenia.

Zacisnęłam pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w dłonie. Wiedziałam, co to znaczy. Teściowa zostaje. My nigdzie nie jedziemy. I to nie była propozycja – to był wyrok.

– Świetnie. No to Trzech Króli spędzimy w czwórkę – wycedziłam. – Królowa Matka, Sługa Uniżony, Ich Potomstwo i ja, Wasza Pokojówka.

Coś ty powiedziała? – obruszyła się teściowa.

– Nic. Zaparzę melisę. Dla wszystkich.

Wystawił mnie

– Kochanie, może uda się ją jakoś przekonać – wyszeptał mąż.

– A może ty spróbujesz się zachować jak dorosły mężczyzna i powiesz jej w końcu, że nie jesteś dzieckiem, które trzeba niańczyć?! – syknęłam, zrywając się z kanapy. – Przecież to absurd! Miała jechać z koleżanką do sanatorium, wszystko było uzgodnione, a teraz nagle wielka ofiara losu, którą porzucamy na pewną śmierć!

– Wiesz, że ona się boi nowych miejsc… – zaczął niepewnie.

– No tak, boi się sanatorium z masażami, ale nie boi się rozbić nam planów urlopowych tydzień przed wyjazdem! – parsknęłam. – Chciałam po prostu przez trzy dni poczuć, że żyję. Że jestem żoną, a nie opiekunką was obojga!

Mąż milczał. Oczywiście. W tych momentach jego kręgosłup moralny rozpływał się jak masło zostawione na kaloryferze.

– No to, co robimy? – zapytałam lodowatym tonem.

– Może… Może ty byś została, a ja bym pojechał z dzieciakami?

Spojrzałam na niego.

– Powiedz to jeszcze raz – rzuciłam cicho.

– No w sensie… dzieciaki czekają, a ja mam już wolne… może ty potrzebujesz spokoju w domu?

Potrzebuję męża, a nie turysty z dziećmi na doczepkę! – warknęłam. – Świetnie. Jedźcie. Ja tu zostanę. Z twoją matką. Żebyście mogli się świetnie bawić beze mnie. Przecież to logiczne.

– No przecież tego nie powiedziałem…

– A ja nie powiedziałam, że nie zostanę.

Byłam wściekła

W sobotni poranek, kiedy w normalnych okolicznościach pakowalibyśmy walizki do bagażnika i sprawdzali prognozę śniegu w Szczyrku, ja parzyłam herbatę i nakładałam na talerzyk sernik. Dla teściowej.

– Ach, jak dobrze, że w końcu mam z kim posiedzieć przy śniadaniu – westchnęła teściowa, wchodząc do kuchni w szlafroku, jakby była na turnusie w luksusowym hotelu, a nie w naszym czteropokojowym mieszkaniu.

– Cieszę się, że nie musiałaś jechać do tego okropnego sanatorium – rzuciłam z wymuszonym uśmiechem, podając jej kubek.

– No właśnie. Bogusia jeszcze się nie odzywała, ale pewnie już tam siedzi i się męczy. Te łóżka tam są straszne, same sprężyny. A jedzenie? Bez soli i bez smaku.

– I bez syna, który by wszystko załatwił – mruknęłam pod nosem, ale chyba zbyt głośno.

Coś mówiłaś?

– Mówiłam, że może chcesz jeszcze kawałek sernika. Dostałam od sąsiadki, a nie mam nastroju na słodkie.

Teściowa spojrzała na mnie podejrzliwie, ale bez słowa dołożyła sobie na talerz. Zamiast upragnionego weekendu na stoku miałam sobotę z kobietą, która potrafiła jedną miną zrujnować mi humor na cały dzień.

– A dzieciaki? Nie szkoda ci, że nie pojechały z tobą?

– Pojechały – wycedziłam. – Z ojcem. Stwierdziliśmy, że tak będzie… najrozsądniej.

Zostałaś z własnej woli? – zdziwiła się, unosząc brwi.

– Zdecydowanie – powiedziałam, zaciągając się kawą. – W końcu ktoś musi dopilnować, żeby królowa miała wygodny tron.

– Słucham?

– Herbaty? – uśmiechnęłam się słodko.

Byłam złośliwa

– Dobrze, że jesteś. Wiesz, jak ostatnio sąsiedzi skarżyli się na hałasy? Pewnie młodzi z góry. A wy to przynajmniej porządku pilnujecie – mówiła teściowa, przestawiając doniczki na parapecie.

– Czy można wiedzieć, czemu moje storczyki nagle stoją na północnym oknie?

– Bo im było za gorąco. Przecież te kwiaty mają delikatne korzenie. Ty się na tym nie znasz, dziecko. Ja w kwiaciarni pracowałam!

– Dwadzieścia lat temu – przypomniałam z przekąsem, ale powstrzymałam się od dalszego komentarza. Zbyt wiele energii kosztowało mnie nieodwracanie tych doniczek z powrotem. Wtem zadzwonił telefon. Zerknęłam – mąż.

– No cześć – powiedziałam chłodno.

– Jak tam? U was wszystko okej?

– U nas? O tak, balujemy na całego. Właśnie siedzimy przy herbacie, rozmawiamy o lokalizacji roślin i problemach sąsiedzkich. A u was?

– Super, właśnie zjeżdżamy. Mały zaliczył pierwszą glebę, ale już chce wracać na stok. Myślałem, że cię to ucieszy.

– Cieszy. Naprawdę. Zwłaszcza że ja siedzę tu z twoją matką, a wy się bawicie.

Przecież sama powiedziałaś…

– Tak. Powiedziałam. Bo ktoś musiał zostać. I wiadomo, kto zawsze tym kimś jest.

Przesadzasz.

– Nie. Zupełnie nie.

Rozłączyłam się, zanim zdążył odpowiedzieć.

– Syn? – zapytała teściowa, wgryzając się w sernik.

– Tak.

– Oj, coś ty taka drażliwa dzisiaj?

– Pewnie przez te sprężyny w moim łóżku. Trzeba będzie zmienić materac.

Odgryzłam się

– Zrobiłam rosół – oznajmiła mi teściowa z triumfem, kiedy zeszłam na dół w niedzielny poranek. – Na prawdziwej kurze, nie kostce.

– Dziękuję, ale miałam ochotę na owsiankę – odpowiedziałam, otwierając lodówkę.

– Owsiankę?! – oburzyła się. – Kto to widział, zupę mleczną na obiad? W moim domu rosół był obowiązkowy.

– A to już nie jest tylko twój dom – przypomniałam jej z uśmiechem.

– Póki mój syn tu mieszka, to jest – odcięła się natychmiast.

Usiadłam przy stole z kubkiem kawy i udawałam, że czytam etykietę na jogurcie. Teściowa odchrząknęła teatralnie.

– Wiesz… nie chcę się wtrącać, ale powinnaś bardziej dbać o małżeństwo. Czasem warto coś poświęcić, żeby mężczyzna wiedział, że ma kogoś u boku.

– Na przykład ferie? – zapytałam bez podnoszenia wzroku.

– Albo własne ambicje – powiedziała tonem znawczyni. – Nie każda kobieta nadaje się do tych wyjazdów, do tych zgiełków.

– Pewnie ty się nie nadawałaś, prawda?

Miałam swoje powody – odburknęła, robiąc się czerwona na twarzy.

– Ja też mam. I jeden z nich właśnie siedzi przede mną i poucza mnie, jak powinnam żyć.

– Gdybyś mnie słuchała, może nie musiałabyś zostać tu sama.

– Słucham tylko siebie. I właśnie teraz mówię sobie, że muszę wyjść na spacer.

Zostawiłam ją w kuchni z otwartą buzią i pokrywką w dłoni. Wyszłam, nie mówiąc dokąd. Czasem najlepszy odpoczynek to chwila samotności. Nawet w mieście.

Dałam mu drugą szansę

Kilka dni później dzieci biegały już po domu, rozsypując śnieg z butów na podłogę.

– Mamo! Zobacz, nauczyłem się skrętu pługiem! – zawołał młodszy syn i udawał zjazd między fotelem a stołem.

– Super. A teraz pługiem marsz do łazienki umyć ręce – rzuciłam, zdejmując kurtkę.

W kuchni mąż właśnie odkładał pustą torbę podróżną. Od razu zobaczył, że coś jest nie tak.

Wszystko w porządku?

– Pewnie. Idealnie. Żadnych stoków, żadnych tłumów, tylko ja, mamusia i rosół.

Przestań – westchnął. – Próbowałem znaleźć jakieś rozwiązanie.

– Tak, zauważyłam. Zawsze jakoś tak wychodzi, że to ja jestem rozwiązaniem.

Teściowa wyszła z pokoju, słysząc nasze głosy.

– Cześć, dzieci! – zawołała przesadnie wesoło. – Cieszę się, że jesteście.

– My też się cieszymy! – wrzasnęły dzieci.

Patrzyłam na to z boku. Może i jestem złośliwa, ale nie ślepa. Oni ją kochają.

– Słuchaj – odezwał się mąż, podchodząc bliżej. – Może jednak zrobimy coś w lutym? Tylko my?

– I kto wtedy przypilnuje twojej mamy?

Spojrzał na mnie z niepokojem.

– Zorganizujemy coś. Obiecuję. I już się nie wymigam.

Zanim odpowiedziałam, teściowa stanęła obok.

– Może rzeczywiście powinnam jednak do tej Ustronianki pojechać. Bogusia mówiła, że mają masaże stóp i wieczorki taneczne.

– Naprawdę? – uniosłam brwi. – To świetnie. Zrobimy ci rezerwację.

Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale chyba po raz pierwszy bez złośliwości.

– No... dobrze. Zastanowię się.

Może coś się ruszyło. A może po prostu w końcu odpuściłam.

Magda, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama