Budzik zadzwonił o czwartej rano, a ja miałam ochotę rzucić nim o ścianę. Za oknem panowała jeszcze głęboka, wilgotna ciemność, a mgła otulająca naszą małą miejscowość zwiastowała chłodny, typowo jesienny poranek. Obiecałam sobie jednak, że tym razem się nie poddam. Moje relacje z Haliną, matką mojego męża, od lat przypominały stąpanie po polu minowym. Kiedy więc kilka dni wcześniej, podczas niedzielnego obiadu, rzuciła luźną propozycję wspólnego wyjazdu na grzyby, uznałam to za znak. Pomyślałam, że kilka godzin sam na sam w głuszy, z dala od codziennych trosk i domowych obowiązków, pomoże nam w końcu zakopać wojenny topór. Jakże bardzo się pomyliłam. To, co miało być sielankowym, wyciszającym spacerem pośród szumiących sosen, szybko zmieniło się w festiwal absurdu, którego kulminacja nastąpiła w miejscu, gdzie najmniej się tego spodziewałam.

WIDEO

player placeholder

Miała wrodzony radar na borowiki

Halina czekała przed swoim domem dokładnie o wpół do piątej. Wyglądała jak postać z filmu science-fiction o niskim budżecie. Miała na sobie jaskrawożółty, ortalionowy sztormiak, który szeleścił przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, wysokie do kolan gumowce w kwiatki oraz wełnianą czapkę naciągniętą głęboko na uszy. W ręku trzymała ogromny, wiklinowy kosz, który pamiętał zapewne jeszcze czasy jej wczesnej młodości.

– No, nareszcie! – rzuciła na powitanie, otwierając drzwi mojego wysłużonego, zielonego fiata. – Już myślałam, że zaspałaś. Prawdziwy grzybiarz o tej porze ma już pełny koszyk.

Zobacz także

– Dzień dobry, mamo – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał jak najbardziej uprzejmie. – Droga jest pusta, dojedziemy na miejsce w piętnaście minut.

– Oby, oby. Bo jak nam miejscowi wszystko wyzbierają, to będziemy tylko ogonki oglądać – mruknęła, moszcząc się na przednim siedzeniu. – I jedź ostrożnie, te stare opony nie wyglądają na bezpieczne. Mój syn powinien ci kupić coś lepszego.

Zacisnęłam zęby i ruszyłam przed siebie. Mgła powoli rzedniała, ustępując miejsca szaremu, leniwemu świtowi. Kiedy dotarłyśmy na skraj lasu, Halina natychmiast przejęła dowodzenie. Wybiegła z auta z energią nastolatki, niemal taranując drzwi swoim wielkim koszem.

– Słuchaj mnie uważnie – oznajmiła, wskazując palcem w głąb gęstwiny. – Las trzeba wyczuć. Ja mam wrodzony radar na borowiki. Mój ojciec zawsze mówił, że grzyby mnie kochają. Musisz patrzeć pod nogi, ale też słuchać drzew. One niemal szepczą, gdzie rosną najlepsze sztuki.

– Jasne, mamo. Będę słuchać drzew – odparłam pod nosem, wyciągając z bagażnika swój znacznie skromniejszy koszyk.

Już po pierwszych dziesięciu minutach zrozumiałam, że to nie będzie spokojny spacer. Halina nie zbierała grzybów w normalny sposób. Ona prowadziła z nimi regularną wojnę podjazdową. Biegała od drzewa do drzewa, szeleszcząc swoim żółtym sztormiakiem tak głośno, że prawdopodobnie spłoszyła całą zwierzynę w promieniu pięciu kilometrów. Co chwilę słyszałam jej okrzyki triumfu, które po bliższym zbadaniu okazywały się fałszywym alarmem.

– Beata! Chodź szybko! Mam go! Prawdziwy król lasu! – wrzeszczała z głębi brzeźniaka.

Przedzierałam się przez gałęzie, raniąc sobie dłonie, tylko po to, by zobaczyć, jak teściowa z dumą prezentuje mi olbrzymiego, doskonale niejadalnego goryczaka żółciowego.

Mamo, przecież to goryczak. Jest potwornie gorzki, zepsuje całe danie – tłumaczyłam cierpliwie.

– Co ty tam wiesz, młoda jesteś – fuknęła Halina. – Moja babcia takie suszyła i były wyborne. Ale dobrze, skoro tak bardzo się wymądrzasz, to go zostawię. Ale pamiętaj, na twoją odpowiedzialność!

Usłyszałam trzask i przeciągły jęk

Im głębiej wchodziłyśmy w las, tym bardziej sytuacja stawała się komiczna. Halina, chcąc udowodnić swoją wyższość w dziedzinie grzybobrania, zaczęła zapuszczać się w najbardziej niedostępne chaszcze. Moje prośby, by trzymać się blisko ścieżki, ignorowała z pobłażliwym uśmiechem.

– Kto się boi krzaków, ten nie je sosu grzybowego! – rzuciła przez ramię, po czym zniknęła w gęstych zaroślach dzikich jeżyn.

Sekundę później zza ściany kolczastych pędów dobiegł mnie głośny trzask i przeciągły jęk.

– O matko! Beata, ratuj! Coś mnie trzyma! – krzyczała teściowa.

Pospieszyłam jej na pomoc. Widok, jaki zastałam, był doprawdy osobliwy. Halina wisiała w półprzysiadzie, uwięziona przez setki drobnych kolców, które mocno wczepiły się w jej jaskrawy sztormiak. Co gorsza, podczas próby oswobodzenia się, jedna z jej nóg ugrzęzła w błotnistym zagłębieniu, a kalosz zsunął się ze stopy. Teściowa stała teraz na jednej nodze, umazana błotem, z drugą stopą w samej tylko grubej, różowej skarpecie, kurczowo trzymając swój koszyk, w którym leżały zaledwie trzy mizerne podgrzybki.

– Nie ruszaj się, mamo, bo porwiesz kurtkę – powiedziałam, ledwo powstrzymując śmiech.

Widok dumnej zazwyczaj kobiety w takiej pozycji był po prostu bezcenny.

– Łatwo ci mówić! – fuknęła, próbując zachować resztki godności. – Jakaś bestia musiała tu wyryć dół. To na pewno sprawka dzików. Pomóż mi wyciągnąć ten but!

Spędziłam dobre dziesięć minut na wyplątywaniu jej ortalionu z jeżynowych objęć i siłowaniu się z błotnem, które zassało jej kolorowy kalosz. Kiedy w końcu udało nam się opanować sytuację, Halina była czerwona na twarzy, lekko potargana, ale wciąż nie zamierzała się poddać.

– No dobra – sapnęła, poprawiając czapkę, która teraz przekrzywiła się zawadiacko na jedno oko. – To był tylko test mojej czujności. Las mnie sprawdza. Ale teraz idziemy tam, gdzie widzę prawdziwe bogactwo.

Przez kolejne dwie godziny krążyłyśmy po lesie. Moje stopy powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa, a koszyk na szczęście zapełnił się kilkoma ładnymi borowikami i garścią kurek. Halina, mimo swoich wcześniejszych zapewnień o radarze, miała w swoim koszu głównie połamane kapelusze bliżej niezidentyfikowanych okazów, które z uporem maniaka nazywała rzadkimi odmianami jadalnymi. Byłam już potwornie zmęczona i marzyłam tylko o gorącej herbacie.

– Mamo, myślę, że pora wracać. Słońce już wysoko, a my chyba trochę zboczyłyśmy z trasy – zauważyłam, rozglądając się po drzewach, które nagle zaczęły wyglądać niepokojąco identycznie.

– Zboczyłyśmy? Wolne żarty! Ja mam kompas w głowie – obruszyła się teściowa. – Samochód zostawiłyśmy dokładnie na północny zachód stąd. Idź za mną.

Dreszcz przebiegł mi po plecach

O dziwo, po kolejnych trzydziestu minutach marszu, zza drzew rzeczywiście wyłoniła się znajoma sylwetka mojego zielonego fiata. Odetchnęłam z ulgą. Moje stopy pulsowały z bólu, a ramiona ciążyły od noszenia koszyka. Halina szła przodem, wyraźnie dumna z tego, że doprowadziła nas z powrotem do cywilizacji.

– I co? Kto miał rację? – zapytała z triumfalnym uśmiechem, opierając się o maskę samochodu. – Kompas w głowie, moja droga. To się dziedziczy.

– Tak, mamo, miałaś rację. Jesteś niesamowita – przyznałam schylając się po koszyk, chcąc po prostu jak najszybciej wsiąść do środka. – Daj mi proszę kluczyki. Schowamy koszyki do bagażnika i wracamy do domu.

Halina sięgnęła ręką do kieszeni swojego jaskrawego sztormiaka. Po chwili jej uśmiech nieco zbladł. Zaczęła nerwowo przeszukiwać drugą kieszeń. Potem obie naraz. Jej dłonie poruszały się coraz szybciej, a sztormiak szeleścił przy tym tak głośno, jakby stado ptaków zrywało się do lotu.

– Gdzie one są... przecież tu były – mruczała pod nosem, zaczynając klepać się po biodrach i brzuchu.

– Mamo, nie mów mi, że zgubiłaś kluczyki w lesie – poczułam, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Wizja powrotu w te chaszcze i szukania małego pęku kluczy na obszarze kilku kilometrów kwadratowych była przerażająca.

– Ja? Zgubiłam? Wypraszam sobie! – oburzyła się, choć w jej głosie słychać było wyraźną nutę paniki. – Jestem osobą niezwykle odpowiedzialną. Przecież nie nosiłabym kluczyków w kieszeni podczas przedzierania się przez te krzaczory. Mogłyby wypaść.

– To gdzie one są? – zapytałam, starając się zachować resztki spokoju.

– No... schowałam je. W bezpieczne miejsce – oznajmiła z dumnie uniesioną głową. – Żeby auto było bezpieczne, kiedy nas nie było.

– Schowałaś kluczyki? Na zewnątrz samochodu? – patrzyłam na nią z niedowierzaniem. – Mamo, przecież to leśny parking pośrodku niczego. Kto miałby nam ukraść starego fiata? I przede wszystkim: gdzie je schowałaś?

Halina podrapała się po głowie, marszcząc czoło w głębokim namyśle.

– No... na samochodzie. Żeby były pod ręką, ale niewidoczne dla obcych. Tylko teraz muszę sobie przypomnieć, gdzie dokładnie. Bo przygotowywałam kilka opcji wcześnie i chyba teraz mi się pomieszały.

Nie zapomnę tego do końca życia

To, co wydarzyło się w ciągu kolejnych dwudziestu minut, zasługuje na miano klasycznej komedii pomyłek. Moja teściowa, zamiast po prostu wskazać miejsce, zaczęła przeprowadzać chaotyczną wizję lokalną wokół mojego auta.

– Może pod nadkolem? – zastanawiała się głośno, po czym uklękła na wilgotnej ziemi i wsadziła całą rękę głęboko pod przednie koło. – Nie, tu nic nie ma. Czekaj, chyba mi się ręka zablokowała.

– Mamo, na litość boską, wyciągaj tę rękę! – krzyknęłam, widząc, jak Halina zaczyna szarpać się z plastikowym nadkolem.

– Nie mogę! Coś mnie trzyma! Jakiś drut czy coś! – panikowała.

Szybko kucnęłam obok niej. Okazało się, że gruby rękaw jej sztormiaka zahaczył o wystający element zawieszenia. Kiedy próbowałam jej pomóc, Halina wykonała gwałtowny ruch głową. Jej wełniana czapka zahaczyła o krawędź obluzowanego kołpaka. W tym samym momencie teściowa szarpnęła się do tyłu. Plastikowy kołpak z głośnym trzaskiem odpadł od koła, a Halina, tracąc równowagę, usiadła prosto w błocie. Co najzabawniejsze, kołpak, który odpadł, jakimś cudem wylądował idealnie na jej głowie, przykrywając wełnianą czapkę niczym dziwaczny, srebrny hełm bojowy. Leżała w błocie, w jaskrawożółtym sztormiaku, z kołpakiem od fiata na głowie i miną rzymskiego gladiatora, który właśnie przegrał najważniejszą bitwę swojego życia. Wyglądała tak absurdalnie, że nie wytrzymałam. Wybuchnęłam tak głośnym, histerycznym śmiechem, że aż rozbolał mnie brzuch.

– I z czego się śmiejesz? – zapytała obrażona, próbując zdjąć kołpak z głowy, który jednak zaklinował się na jej puszystej fryzurze. – Ja tu walczę o nasz powrót do domu, a ty sobie żarty stroisz!

– Przepraszam, mamo – krztusiłam się ze śmiechu, pomagając jej wstać i delikatnie zdejmując plastikową tarczę z jej głowy. – Ale wyglądasz jak rycerz okrągłego stołu.

– Bardzo śmieszne. Lepiej pomóż mi szukać. Może włożyłam je do rury wydechowej? – rzuciła z pełną powagą.

– Do rury wydechowej?! – zapytałam z przerażeniem. – Mamo, przecież gdybyśmy tam włożyły kluczyki, to mogłyby wpaść do środka tłumika!

– Oj tam, dramatyzujesz. Przecież owinęłam je w liść łopianu, żeby się nie pobrudziły – odparowała, jakby to był najbardziej logiczny argument na świecie.

Po chwili obie już się śmiałyśmy

Na szczęście, zanim Halina zdążyła wcisnąć głowę pod rurę wydechową, zauważyłam coś dziwnego. Z boku jej jaskrawej kurtki, tuż przy dolnym szwie, coś wyraźnie odstawało i dziwnie brzęczało przy każdym jej ruchu. Podeszłam do niej i dotknęłam tego miejsca. Wyczułam metalowy kształt.

– Mamo... – powiedziałam cicho. – Czy ty masz dziurę w kieszeni?

Halina spojrzała na mnie podejrzliwie.

– No... mała dziurka tam była. Ale co to ma do rzeczy?

– A to, że twoje kluczyki nie są ani pod kołem, ani w rurze wydechowej, ani w liściu łopianu. One po prostu wpadły przez tę dziurę i wsunęły się do podszewki twojego sztormiaka.

Teściowa zamarła. Powoli dotknęła dolnej krawędzi swojej kurtki. Kiedy jej palce natrafiły na znajomy kształt kluczyków uwięzionych między warstwami materiału, na jej twarzy odmalowała się cała gama emocji: od niedowierzania, przez zawstydzenie, aż po nagły atak jakijś pokręconej dumy.

– No przecież mówiłam, że są w bezpiecznym miejscu! – oznajmiła z triumfem w głosie, jakby od początku taki był jej plan. – Podszewka to najlepsza skrytka. Żaden złodziej by na to nie wpadł.

Musiałyśmy użyć małego scyzoryka, który miałam do grzybów, żeby delikatnie rozpruć dolny szew jej kurtki i wydobyć zgubę. Kiedy w końcu usiadłyśmy w samochodzie, a silnik przyjemnie zamruczał, w kabinie zapadła cisza. Spojrzałam na Halinę. Jej żółty sztormiak był umazany błotem, na policzku miała smugę z ziemi, fryzura po przygodzie z kołpakiem przypominała gniazdo os, a na kolanach trzymała koszyk pełen wątpliwej urody grzybów. Nagle nasze spojrzenia się spotkały. Przez chwilę panowało napięcie, a potem obie wybuchnęłyśmy szczerym, głośnym śmiechem. Ten jeden wspólny, szalony poranek zrobił dla naszych relacji więcej niż lata sztucznych uprzejmości przy niedzielnych obiadach. Zrozumiałam, że moja teściowa, mimo swojego trudnego charakteru, potrafi być po prostu niezwykle barwną i na swój sposób uroczą postacią. A kołpak na jej głowie? Cóż, to zdjęcie na moim telefonie będzie najlepszą pamiątką z tego jakże spokojnego grzybobrania.

Beata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: