„Miałem dość fochów i marudzenia nawet w walentynki. Skoro kobieta mnie nie szanuje, niech sama za wszystko płaci”
„Przez lata myślałem, że miłość to umiejętność dopasowania się. Że jeśli komuś zależy, to zmiany są naturalne i potrzebne. Dopiero po ostatnich walentynkach zrozumiałem, jak bardzo się myliłem”.

- Redakcja
Przez długi czas byłem przekonany, że zmiany są czymś naturalnym w związku. Że jeśli komuś na tobie zależy, to dopasowujesz się bez oporu. Dopiero z perspektywy tamtych walentynek zobaczyłem, jak bardzo się myliłem. Nie stałem się lepszą wersją siebie — stałem się kimś obcym, kto każdego dnia ćwiczył uśmiech przed lustrem i zapominał, po co właściwie wstał z łóżka.
Chciałem tylko, żeby była szczęśliwa
Kiedy poznałem Luizę, miałem wrażenie, że ktoś wreszcie widzi we mnie potencjał, a nie tylko faceta od bycia „w porządku”. Była konkretna, błyskotliwa i pewna siebie. Przy niej czułem się jak ktoś, kto może się jeszcze czegoś nauczyć. To mnie pociągało.
– Lubię, że masz swoje zdanie – powiedziała kiedyś, patrząc na mnie uważnie.
– Serio? – zapytałem z uśmiechem. – Nie każdy tak uważa.
– Trzeba wiedzieć, kim się jest. I kim się chce być – dodała.
Wtedy uznałem to za komplement. Pierwsze miesiące były udane. Spotkania, rozmowy do późna, wspólne plany. Dopiero po czasie zauważyłem, że w tych planach częściej pojawiało się „powinieneś” niż „chcemy”.
– Mógłbyś być trochę bardziej zdecydowany – rzuciła przy kawie.
– W jakim sensie?
– No wiesz… faceci w twoim wieku zwykle już wiedzą, czego chcą.
Nie kłóciłem się. Pomyślałem, że ma rację. Następnym razem, gdy wybieraliśmy restaurację, to ja wskazałem miejsce. Gdy planowaliśmy weekend, przygotowałem gotowy plan. Luiza skinęła głową, ale bez entuzjazmu.
– Fajnie, ale mogłeś to lepiej przemyśleć – stwierdziła.
Z czasem takich uwag było więcej. Dotyczyły sposobu, w jaki mówiłem, jak się ubierałem, jak reagowałem na ludzi. Za każdym razem tłumaczyłem sobie, że to drobiazgi. Że miłość polega na pracy nad sobą. Że jeśli jej zależy, to chce dla mnie dobrze. Problem w tym, że każda poprawka dotyczyła mnie, a żadna jej. Kiedy raz spróbowałem powiedzieć, że coś mnie boli, odpowiedziała spokojnie:
– Patryk, przesadzasz. Po prostu chcę, żebyśmy byli na tym samym poziomie.
Przytaknąłem. Bo chciałem. Chciałem być wystarczający. Jeszcze nie wiedziałem, jaką cenę przyjdzie mi za to zapłacić.
Zmieniłem wiele, ale wciąż było za mało
Decyzja o zmianie pracy nie przyszła nagle. Raczej dojrzewała w ciszy, między jednym jej westchnieniem a kolejnym zdaniem rzuconym niby mimochodem.
– Nie myślałeś, żeby wreszcie pójść gdzieś, gdzie naprawdę można się rozwinąć? – zapytała wieczorem, przeglądając coś w telefonie.
– Lubię to, co robię – odpowiedziałem ostrożnie.
– Lubić to jedno. Ale stabilność i ambicja to coś innego.
Tydzień później wysłałem CV. Miesiąc później siedziałem w nowym biurze, w koszuli, której sam bym sobie nigdy nie kupił. Praca była lepiej płatna, bardziej prestiżowa i całkowicie sprzeczna z tym, jak funkcjonowałem. Ciągłe spotkania, presja, napięcie. Wracałem do domu zmęczony tak, że brakowało mi sił na rozmowę.
– Jesteś ostatnio jakiś nieobecny – zauważyła Luiza.
– Po prostu dużo się dzieje.
– No właśnie. A ja mam wrażenie, że wszystko jest na mojej głowie.
Zacząłem więc bardziej się starać. Zrezygnowałem z porannych treningów, bo „zabierały czas”. Przestałem spotykać się z kolegami, bo „zawsze coś wypadało”. Kupiłem inne ubrania, zmieniłem fryzurę. Kiedy spojrzałem w lustro, widziałem kogoś schludnego, poprawnego i kompletnie pustego.
– Teraz wyglądasz poważniej – skomentowała kiedyś.
Czekałem na ciąg dalszy, ale nie padł. Im więcej zmieniałem, tym częściej słyszałem, że to wciąż nie to. Że mógłbym być bardziej zaangażowany, bardziej obecny, bardziej „jakiś”. Każda rozmowa przypominała podsumowanie projektu, w którym zawsze brakowało kluczowego elementu.
Najgorsze było poczucie winy. Gdy byłem zmęczony — miałem wyrzuty. Gdy chciałem chwili ciszy — czułem się samolubny. Gdy nie spełniałem oczekiwań — obiecywałem sobie, że następnym razem będzie lepiej. Tylko że „lepiej” nigdy nie nadchodziło. A ja coraz rzadziej pamiętałem, kim byłem, zanim zacząłem się poprawiać.
Starałem się jeszcze bardziej
Zauważyłem coś pewnego zwykłego wieczoru, kiedy opowiadałem Luizie o dniu w pracy. Mówiłem o trudnej rozmowie, o decyzji, która kosztowała mnie więcej nerwów, niż chciałem przyznać. Przerwała mi w połowie zdania.
– Mógłbyś wynieść śmieci? – zapytała, nawet na mnie nie patrząc.
Zrobiłem to odruchowo. Kiedy wróciłem, rozmowa już się skończyła. Luiza scrollowała telefon, jakby nic się nie wydarzyło. Usiadłem obok i poczułem coś nowego — nie złość, nie smutek, tylko wrażenie, że właśnie zniknąłem.
Od tamtej pory takich momentów było więcej. Starałem się jeszcze bardziej, ale to wyglądało tak, jakby każdy mój gest trafiał w próżnię.
– Zrobiłem kolację – powiedziałem kiedyś.
– Mhm – mruknęła. – Mogłeś zadzwonić, zapytać, na co mam ochotę.
Gdy zapytałem następnym razem, usłyszałem:
– Serio muszę wszystko planować?
Cokolwiek robiłem, było spóźnione albo nie na miejscu. Zacząłem więc milczeć. Mniej mówić, mniej pytać, mniej być. Wydawało mi się, że spokój jest bezpieczniejszy niż rozmowa. Czasem łapałem się na tym, że obserwuję ją ukradkiem. Jej skupienie, chłód, pewność, z jaką wypowiadała kolejne oceny. Zastanawiałem się, czy ona w ogóle jeszcze mnie widzi, czy tylko listę braków, które należało poprawić.
– Coś jest nie tak? – zapytała, gdy któregoś wieczoru byłem wyjątkowo cichy.
– Nie. Po prostu zmęczony.
– Zawsze jesteś zmęczony – odparła bez cienia emocji.
W środku rosła we mnie cicha złość. Taka, której się wstydziłem. Bo jak mogłem mieć pretensje, skoro to ja się zgadzałem? Skoro to ja mówiłem „w porządku”, „jasne”, „postaram się”? Bałem się konfliktu bardziej niż samotności. Wydawało mi się, że jeśli zacznę mówić, wszystko się rozsypie. Nie wiedziałem jeszcze, że już dawno żyłem w rozsypce — tylko bardzo starannie poskładanej z cudzych oczekiwań.
Walentynki miały być idealne
Walentynki potraktowałem jak egzamin poprawkowy. Ostatnią szansę, żeby coś udowodnić — jej i sobie. Zarezerwowałem stolik w restauracji, o której kiedyś wspominała, że „może być”. Wybrałem prezent ostrożnie, tak, żeby nie był zbyt prosty ani zbyt wymyślny. Cały dzień chodziłem spięty, powtarzając w myślach, że tym razem musi się udać.
Luiza przyszła punktualnie. Elegancka, skupiona, jakby szła na spotkanie służbowe.
– Ładnie tu – oceniła, rozglądając się po sali. – Chociaż światło trochę za ostre.
Usiadłem naprzeciwko niej. Próbowałem się uśmiechnąć, ale czułem, że coś we mnie drży. Zamówiliśmy kolację. Przez chwilę było nawet spokojnie.
– Dużo ludzi – zauważyła.
– Walentynki – odpowiedziałem. – Innego terminu nie było.
– No tak – westchnęła. – Zawsze wszystko na ostatnią chwilę.
Zrobiło mi się gorąco. Chciałem powiedzieć, że planowałem to od tygodni, ale zabrakło mi odwagi. Później skomentowała menu, potem tempo obsługi, potem to, że siedzę „jakoś sztywno”.
– Mógłbyś się trochę rozluźnić – rzuciła. – To miało być miłe wyjście.
Poczułem wstyd. Spojrzałem na ludzi przy sąsiednich stolikach i nagle miałem wrażenie, że wszyscy widzą, jak bardzo się staram i jak bardzo mi nie wychodzi. Kiedy przyniesiono deser, Luiza odsunęła talerz.
– Szczerze? Spodziewałam się czegoś więcej – powiedziała cicho. – Wiesz, po tobie zawsze trzeba wszystko dopracowywać.
I wtedy coś pękło. Nie było krzyku ani gwałtownych gestów. Pojawiła się za to jasność, której wcześniej nie znałem. Zrozumiałem, że niezależnie od tego, co zrobię, zawsze będę wersją roboczą. Kimś do poprawy. Wstałem od stołu. Luiza spojrzała na mnie zaskoczona.
– Co ty robisz?
– Wychodzę – odpowiedziałem spokojnie.
– Patryk, nie rób scen. Usiądź.
Nie usiadłem. Zostawiłem ją przy stole, z deserem i rachunkiem. Kiedy wyszedłem na zimne powietrze, pomyślałem gorzko, że tym razem wszystko jest dokładnie tak, jak chciała. Idealnie. Tylko beze mnie.
Nie musiałem już niczego udowadniać
Nie poszedłem daleko. Szedłem przed siebie bez celu, pozwalając, żeby miasto zrobiło za mnie resztę. Światła witryn odbijały się w mokrym chodniku, ludzie mijali mnie parami, trzymając się blisko. Czułem ból, ale był inny niż wcześniej. Pomieszany z ulgą. Nie musiałem już niczego udowadniać. Telefon wibrował kilka razy. Nie sprawdzałem. Wiedziałem, co tam znajdę — pytania, pretensje, może zdziwienie. A ja nie miałem już siły tłumaczyć się z tego, że jestem sobą.
Usiadłem na ławce i po raz pierwszy od dawna zapytałem siebie, czego ja właściwie chcę. Odpowiedź nie przyszła od razu. Była cisza, a w niej zmęczenie, żal i dziwna ulga. Zrozumiałem, że nie odszedłem w gniewie. Odszedłem, bo się wypaliłem. Następnego dnia spakowałem kilka rzeczy i wyszedłem z mieszkania, które przestało być moje. Nie było dramatycznych rozmów ani wielkich słów. Było tylko poczucie straty i równoczesne odzyskiwanie przestrzeni. Jakby ktoś wreszcie otworzył okno w dusznym pokoju. Nie wiedziałem jeszcze, kim będę bez niej. Wiedziałem tylko, kim już nie chcę być. I to wystarczyło na początek.
Patryk, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Koleżanka zabrała mnie na bal karnawałowy dla rozwodników. Miałam wyrywać facetów po przejściach, a nie swojego eks”
- „Po kłótni z mężem w górskim pensjonacie zamknęłam się w pokoju. Przystojna zemsta sama zapukała do moich drzwi”
- „Zrzuciliśmy się na remont domu babci. Nie sądziłem, że moje 15 tys. rozpłynie się wraz z kuzynem jak śnieg w kwietniu”