Reklama

To nie był zwykły poranek. Obudziłem się przed budzikiem, tak jak wtedy, gdy człowiek ma coś ważnego do zrobienia – coś, na czym mu zależy. Dzisiaj miałem zabrać Magdę do kina. Na film, który – jak mi się wydawało – mógłby jej się spodobać. „Opowieść o nastolatce, która musi uratować świat, ale najpierw musi odkryć siebie” – czytałem opis wczoraj w kiosku. Brzmiało poważnie, ale miało w sobie też jakąś lekkość. Magda zawsze lubiła filmy z silnymi bohaterkami.

Długo się zastanawiałem, czy jej się jeszcze coś takiego podoba. Ma już 13 lat. Niby to jeszcze dziecko, a trochę już nie. Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim. Kupowałem jej śmieszne baloniki i czekaliśmy razem na pierwszy śnieg. Teraz rzadziej odbiera telefon. Ale przecież to normalne. Taki wiek. Z kuchni pachniała kawa. Lubię ten zapach. Kojarzy mi się z porankami, gdy moja żona jeszcze żyła. Pamiętam, jak siadała przy stole w szlafroku i mruczała: „No i co tam dzisiaj, panie Andrzeju?”. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Kiedy człowiek zostaje sam, zaczyna mówić do wspomnień.

Starannie się ogoliłem. Włożyłem koszulę – tę jasnobłękitną, którą Magda kiedyś skomentowała: „Dziadku, wyglądasz jak z reklamy banku”. To miał być komplement. Kupiłem bombonierkę – czekoladki w złotym pudełku, takie z nadzieniem. Drobiazg, ale chciałem, żeby Magda wiedziała, że o niej myślę. Że nie zapomniałem, że była moją małą towarzyszką wypraw do kina, mistrzynią komentowania każdej sceny szeptem do ucha.

Tramwaj podjechał punktualnie. Mijałem znajome miejsca – kiosk z prasą, w którym kiedyś kupowaliśmy razem lizaki. Stare kino zamienione teraz w siłownię. Łzy stanęły mi w oczach, ale szybko je przełknąłem. Przecież nie będę płakał w tramwaju. Tylko idiota by płakał z powodu wspomnień. Wysiadłem przystanek wcześniej, żeby przejść się kawałek piechotą. Lubię ten kawałek miasta. Chociaż coraz mniej w nim mnie. Zatrzymałem się na chwilę przy klatce bloku, w którym mieszkają. Magda i Kasia. Moja córka z wnuczką. Westchnąłem, poprawiłem kołnierz i zadzwoniłem domofonem.

Stałem tam jak głupiec

Zadzwoniłem domofonem raz. Cisza. Drugi raz. I znowu nic. Stałem z palcem zawieszonym w powietrzu, jakby to mogło coś zmienić. Klatka schodowa za szybą była pusta, światło na czujnik nie zapaliło się. Zerknąłem na telefon. Dziesięć minut do seansu. Miałem nadzieję, że może zeszły do sklepu, bo raczej nie wyszły z psem. Zawsze o nim mówiły, ale to się kończyło tylko na rozmowach. Napisałem wiadomość: „Jestem pod klatką, czekam. Mam bilety. Do zobaczenia”. Nie użyłem serduszek ani żadnych uśmieszków. Nie chciałem, żeby Magda uznała to za żenujące. Zresztą, i tak nie wiedziałem, czy przeczyta. Ostatnio rzadko odpisywała. Czasem po godzinie, czasem w ogóle.

Zaczął prószyć śnieg. Lekko, niemrawo. Typowo na ferie. Stałem tak, z rękami w kieszeniach, dotykając palcami przez materiał pudełka z czekoladkami. W drugiej kieszeni miałem złożone na cztery bilety. Jeszcze pachniały świeżym drukiem. Odruchowo spojrzałem w górę na okna ich mieszkania. Wszystkie zasłonięte. Ani śladu życia. Nawet firanki się nie poruszyły. Minęła mnie kobieta z dzieckiem. Zatrzymała się, spojrzała na mnie uważnie. Uśmiechnęła się krótko, potem powiedziała:

– Dzień dobry, panie Andrzeju. Kasi i Magdy nie ma. Chyba wyjechali w góry, ferie przecież…

– Aha… ferie… – mruknąłem. Głos mi się lekko załamał, ale szybko odchrząknąłem, jakby to była zwykła reakcja gardła, nie emocji.

Podziękowałem jej kiwnięciem głowy. Poszła dalej, ciągnąc sanki z dzieckiem. Zostałem sam. Spojrzałem jeszcze raz na telefon. Cisza. Pół godziny wcześniej byłem pewien, że zaraz ją przytulę, że pójdziemy do kina, że będzie jak dawniej. Teraz stałem z cukierkami w kieszeni, jak głupiec. Nie wróciłem od razu. Stałem jeszcze dobry kwadrans. Zimno przestało mi przeszkadzać. Nie czułem już rąk ani nóg, tylko ciężar gdzieś pod mostkiem. Patrzyłem, jak śnieg przykleja się do chodnika. Wreszcie ruszyłem powoli z powrotem na przystanek. Tramwaj przyjechał prawie od razu, ale miałem wrażenie, że czekam na niego całą wieczność.

Po prostu o mnie zapomniały

Usiadłem przy oknie, tak jak w drodze tutaj. Tramwaj był prawie pusty. Starsza kobieta w bordowym berecie, dwóch uczniów z plecakami, chłopak w słuchawkach. Nikt nikogo nie zaczepiał, nikt się nie śmiał. Idealne tło do moich myśli. W kieszeni czułem kanty bombonierki. Mógłbym ją wyjąć, otworzyć, zjeść chociaż jedną, ale nie miałem na to ochoty. Nie chodziło przecież o słodycze. Nie one miały być nagrodą, tylko to, że spędzimy razem czas. Ja i Magda.

Za oknem wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej, ale teraz miałem wrażenie, że miasto mi się odwraca plecami. Sklepy te same, szyldy te same, ale jakby wszystko było dalej, mniej moje. Mijałem kino, do którego zmierzaliśmy. Na plakacie była dziewczynka z rozwianymi włosami i wyciągniętą dłonią. Ratowała świat. Śmieszne. Zacząłem w myślach rozmowę z Kasią. Wyobrażałem sobie, że w końcu się odezwała, że zadzwoniła i powiedziała:

– Tato, przecież mogłeś wcześniej uprzedzić, że chcesz ją zabrać.

Odpowiadałem:

– A wy nie mogliście powiedzieć, że was nie będzie?

W tej wyobrażonej rozmowie nie było złości. Raczej coś w rodzaju rozczarowania. Po obu stronach. Wiedziałem, że Kasia ma dużo na głowie. Praca, obowiązki, Magda dorasta. Może faktycznie o mnie zapomniały. Może wyjazd był spontaniczny. Może. Ale też wiedziałem, że gdyby im naprawdę zależało, ktoś by zadzwonił. Albo chociaż napisał. Nawet krótko: „Nie damy rady, wyjeżdżamy”. To zajmuje kilka sekund.

Trzymałem bilety w dłoni. Gniotłem je i prostowałem, jakbym mógł coś nimi wywalczyć. Jakby to były argumenty w dyskusji, która nigdy się nie odbędzie. Spojrzałem na zegar w tramwaju. Seans trwał już od dwudziestu minut. Wyobrażałem sobie, że siedzimy razem w sali. Magda komentuje szeptem, mówi, że główna bohaterka ma beznadziejny płaszcz, a potem się śmieje. I łapie mnie za rękę. Tak jak kiedyś. Zacisnąłem palce. Tęsknota potrafi wgryźć się w człowieka jak rdza w metal. Nie widać jej od razu, ale czuć, że wszystko w środku kruszeje. Został mi jeszcze jeden przystanek. Wstałem przedwcześnie. Nie chciałem, żeby ktoś widział, że wysiadam bez dziecka, bez planów, bez celu.

Nie mogłem dłużej udawać

Zamknąłem drzwi za sobą i przez chwilę po prostu stałem w przedpokoju. Kurtki nie zdjąłem od razu. W całym mieszkaniu panowała cisza, ten rodzaj ciszy, który przypomina, że nikt tu dziś nie zajrzy. Światło w kuchni paliło się, zostawiłem je włączone wychodząc. Może po to, żeby mieć złudzenie, że ktoś na mnie czeka. Zegar na ścianie tykał równo, jakby chciał podkreślić, że wszystko płynie, niezależnie od tego, czy człowiek chce, czy nie.

Odłożyłem bombonierkę na stół. Ostrożnie, jakby mogła się rozbić. Bilety położyłem obok. Przeciągnąłem dłonią po twarzy. Chciałem się zająć czymkolwiek – zaparzyć herbatę, włączyć radio, posprzątać. Ale nie potrafiłem się ruszyć. Usiadłem w fotelu i patrzyłem w jeden punkt. Telefon położyłem na stoliku obok. Ekran ciemny. Ani jednej wiadomości. Żadnego „przepraszam”, żadnego „nie mogłyśmy”, żadnego „innym razem”. Przez chwilę myślałem, że może rozładowany, ale nie – dioda świeciła się leniwie, czekając na sygnał.

W końcu napisałem. Długo ważyłem każde słowo. Skreślałem, poprawiałem. Pisałem nie jak ojciec, nie jak dziadek. Pisałem jak człowiek, który nie chce robić wyrzutów, ale nie umie już dłużej udawać, że wszystko w porządku: „Kasiu, byłem dzisiaj pod Waszą klatką. Miałem bilety, bombonierkę dla Magdy. Nie wiedziałem, że wyjechałyście. Nikt nie dał mi znać. Rozumiem, że mogło się coś zmienić. Po prostu… dajcie mi znać następnym razem”.

Wysłałem. Zastygłem z telefonem w dłoni, jakby to mogło przyspieszyć odpowiedź. Nie przyszła. Zegarek wskazywał siedemnastą. Zrobiło się ciemno. Lampy w mieście zapaliły się beznamiętnie. Ja wciąż siedziałem. W telewizji leciał jakiś program. Nie śledziłem. Obrazy migały, dźwięk był tylko tłem. Głowę miałem ciężką. Myślałem o Magdzie sprzed lat – jak wtulała się we mnie w fotelu kinowym, jak uczyła mnie korzystać z aplikacji w telefonie, jak mówiła: „Dziadku, jesteś moim ulubionym człowiekiem”.

I nagle dotarło do mnie coś, czego wcześniej nie chciałem nazwać. Może już nie jestem jej ulubionym człowiekiem. Może nie jestem żadnym człowiekiem w jej świecie. Może jestem tylko nazwiskiem w kontaktach, wspomnieniem, obowiązkiem. Patrzyłem na bombonierkę. Przez chwilę miałem ochotę wyrzucić ją do kosza. Ale nie. Zabrałem ją do kuchni i schowałem na górną półkę. Znam siebie – za tydzień, może dwa, i tak ją otworzę. Sam zjem, po jednym dziennie. Ale jeszcze nie dziś.

Nic mnie nie czekało

Obudziłem się wcześniej niż zwykle. Śniło mi się, że Magda przyszła do mnie bez zapowiedzi, w kurtce, z włosami rozwichrzonymi przez wiatr, i powiedziała: „Chodźmy na lody”. Ale po chwili zniknęła. Został tylko pusty fotel i rozrzucone rękawiczki. Obraz wyparował tak szybko, że nie byłem pewien, czy to sen, czy wspomnienie sprzed lat. Wstałem, ogoliłem się, ubrałem jak do ludzi, chociaż nie miałem żadnych planów. Wziąłem bilety, które zostawiłem wczoraj na stole, i schowałem je do wewnętrznej kieszeni kurtki. Pomyślałem, że może uda się je oddać. Nie dla pieniędzy. Po prostu nie chciałem ich mieć już przy sobie.

Na ulicy było chłodno, ale słońce świeciło. Ludzie mijali mnie z pośpiechem. Nikt nie patrzył w oczy. Przy kasie kolejka, jak zwykle o tej porze. Starszy facet przede mną kupował i mówił, że nie lubi weekendów, bo „człowiek nie ma do czego wstać”. Kasjerka się uśmiechnęła, ale szybko wróciła wzrokiem na kasę. Podałem bilety i zapytałem, czy można je zwrócić. Spojrzała na mnie bez cienia zainteresowania, coś powiedziała o systemie i że się da, ale potrącą prowizję. Kiwnąłem głową. Oddała mi resztę.

Usiadłem na ławce obok przystanku. Kartkowałem gazetę, którą kupiłem w kiosku obok, stronę po stronie. Litery się rozjeżdżały, nagłówki nic nie mówiły. Zwinąłem ją i schowałem ją do torby. Przeszedłem przez park. Drzewa stały bezradne, jakby nie wiedziały, co zrobić z zimą. Śnieg leżał nierówno, przydeptany i szary. Dzieci bawiły się w oddali, ale ich śmiech nie docierał do mnie. Podszedł mężczyzna z psem. Zatrzymał się, spojrzał na mnie i rzucił:

– Ładna dziś pogoda, co?

Odpowiedziałem cicho, nie patrząc na niego:

– Dla kogoś pewnie tak.

Nie czekałem na jego reakcję. Poszedłem dalej. Po kilku minutach skręciłem w boczną alejkę, gdzie nikt nie chodził. Usiadłem na drugiej ławce, w cieniu drzew, mimo że było zimno. Pomyślałem o niej. O mojej żonie. Była zupełnie inna niż ja – żywa, konkretna, pełna życia. Gdybym dziś wrócił do domu i powiedział jej, co się wydarzyło, parsknęłaby śmiechem. „Zostaw to, Andrzej, co ty się przejmujesz. Następnym razem sam się przypomnij”. Miała rację. Zawsze miała rację. Ale jej już nie było. I nie miał mi kto powiedzieć, że przesadzam. Wstałem i ruszyłem powoli w stronę domu. Bez pośpiechu. Nic mnie tam nie czekało.

Jakby nic się nie stało

Telefon zadzwonił po trzech dniach. Leżał na stole, dokładnie tam, gdzie go zawsze odkładałem. Nie spodziewałem się niczego, więc dźwięk wyrwał mnie z drzemki. Spojrzałem na ekran i przez moment nie byłem pewien, czy dobrze widzę. Magda. Odebrałem od razu.

– Dziadku?

– Tak, słucham – odpowiedziałem spokojnie, zbyt spokojnie jak na to, co poczułem w środku.

– Mama mówiła, że pisałeś… Przepraszam, zapomniałam dać znać, że wyjeżdżamy. Jakoś tak wyszło.

Jej głos był lekki, jakby mówiła o czymś zupełnie nieistotnym. O zapomnianej pracy domowej albo o tym, że nie wzięła bluzy.

Nic się nie stało – powiedziałem szybko. – Ważne, żebyś dobrze się bawiła.

Zapadła krótka cisza.

– W górach jest fajnie. Może innym razem pójdziemy do kina?

– Może – odpowiedziałem. – Innym razem.

Pożegnała się bez pośpiechu. Ja też się pożegnałem. Odłożyłem telefon i przez dłuższą chwilę patrzyłem na swoje dłonie. Nie drżały. To mnie zdziwiło. Spodziewałem się, że coś we mnie pęknie, że zrobi mi się słabo, że serce zacznie bić szybciej. Nic takiego się nie stało. Zamiast tego przyszło uczucie zmęczenia. Głębokiego, cichego. Wstałem i sięgnąłem po bombonierkę. Otworzyłem ją bez ceremonii. W środku równo ułożone czekoladki, każda taka sama, jakby czekały na wspólną chwilę, która nie nadeszła. Wybrałem jedną. Włożyłem do ust. Smak był słodki, aż za bardzo. Przeżułem powoli. Resztę zamknąłem i schowałem do szafki. Na później. Na dni, kiedy będzie trzeba czymś zająć ręce.

Usiadłem w fotelu. W głowie wciąż brzmiało jej „innym razem”. Wiedziałem, że nie było w tym złej woli. Wiedziałem też, że ona nie rozumie, jak bardzo mnie to zabolało. I że być może nigdy nie zrozumie. Dla niej byłem kimś bliskim, ale niekoniecznym. Dla mnie była całym światem. Oparłem głowę o zagłówek i zamknąłem oczy. Nie płakałem. Pomyślałem tylko, że następnym razem nie będę kupował biletów z wyprzedzeniem. Że następnym razem poczekam, aż ktoś sam zadzwoni.

Andrzej, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama