Reklama

Wszyscy myślą, że jestem zwykłym facetem z domkiem pod miastem, dziećmi w szkole i grzeczną żoną, która co tydzień piecze sernik. Z zewnątrz wyglądam jak ideał stabilności, a tymczasem żyję w układzie, którego nikt by się po mnie nie spodziewał. Moja żona nie wie, że od kilku miesięcy spotykam się z jej młodszą siostrą. To nie był plan. To się po prostu wydarzyło. I mimo że obie są rodziną, nie mam poczucia, że robię coś okrutnego. Przeciwnie – każdej z nich daję to, czego potrzebuje. I jakoś to działa. Na razie.

Z pozoru idealne małżeństwo

Na zdjęciach wyglądamy jak z reklamy – ona z jasnymi włosami i ciepłym spojrzeniem, ja z dzieckiem na barana, uśmiechnięci, zapatrzeni w siebie. Ola jest taką żoną, jakiej każdy by sobie życzył. Porządna, cierpliwa, przewidywalna. Gotuje obiady, pamięta o urodzinach mojej mamy, dba o dzieci, o rachunki, o mnie też. Może właśnie aż za bardzo. Czasem miałem wrażenie, że jestem jednym z punktów na jej liście rzeczy do ogarnięcia. Nie narzekałem – przecież było dobrze. Ludzie zazdrościli nam takiego związku.

Tyle że między byciem z kimś, a byciem obecnym, jest spora różnica. Gdy wracałem z pracy, Ola od razu opowiadała o sprawach dzieci, przypominała o zakupach, pytała, czy zapłaciłem OC. Znikałem gdzieś w tym wszystkim. Może to normalne po tylu latach razem. Nie mówię, że jej nie kocham. Po prostu przestaliśmy być blisko. Seks? Sporadycznie. I nie taki jak kiedyś. Bez emocji, jak szybka przerwa między kolacją a serialem. Gdyby nie ona – Ania – może dalej żyłbym jak wcześniej. Ale wtedy moja szwagierka przyjechała do nas na weekend. Miała zostać na dwa dni. I została… w moich myślach na dużo dłużej.

Tamten weekend był inny

Ania zawsze była tą „fajną siostrą Oli”. Młodsza o siedem lat, trochę zwariowana, głośna, z ciętym językiem. Nie miała męża, dzieci, kredytu – za to walizkę, którą rzucała gdzie popadnie i serce, które raz po raz ktoś łamał. Przychodziła do nas raz na jakiś czas, zostawiała w łazience swoją różową szczoteczkę i przewracała nam dom do góry nogami na dwa dni. Ola czasem się złościła, że Ania jest niedojrzała, ale ja… lubiłem ten chaos. Tamten weekend był inny. Nie wiem, czy to przez wino, które piliśmy z Anią w kuchni, gdy Ola zasnęła z dziećmi. Czy przez to, jak mnie słuchała – nie przerywała, nie komentowała, po prostu patrzyła tymi swoimi dużymi oczami. Zapytała tylko raz:

– Ty w ogóle jesteś szczęśliwy?

Nie odpowiedziałem. A ona się nie śmiała, nie mówiła, że przecież mam wszystko. Później zacząłem do niej pisać. Najpierw memy. Potem dłuższe wiadomości. Że z Olą znowu się pokłóciliśmy. Że czuję się w tym wszystkim sam. A ona? Odpowiadała. Codziennie.

– Nie zasługujesz, żeby być przezroczysty – napisała mi raz w nocy.

A ja, idiota, poczułem, jakby ktoś mnie zobaczył pierwszy raz od lat.

Nie czułem się tak od lat

To się stało w sobotę. Ola pojechała z dziećmi do swoich rodziców. Miała wrócić następnego dnia wieczorem. Ania napisała, że ma ochotę na pizzę, ale w jej mieszkaniu znowu coś się zepsuło i nie ma prądu. „Może podbiję do ciebie?” – dodała z uśmiechniętą buźką. W pierwszej chwili chciałem napisać: „Głupia jesteś?”, ale palce zawahały się nad klawiaturą. Odpisałem tylko: „Wpadaj”. Otworzyłem drzwi i już wiedziałem, że to się źle skończy.

Miała na sobie zwykły sweter i jeansy, ale spojrzała na mnie inaczej. Jakby coś już postanowiła. Ja... po prostu się nie cofnąłem. Nie było w tym romantyzmu. Żadnych świec, muzyki. Po prostu najpierw była pizza, śmiech z jakiejś głupiej historii, a potem chwila ciszy. I ten moment, w którym dotknęła mojej dłoni. Mógłbym wstać. Powiedzieć, że to nie ma sensu. Ale nie zrobiłem tego. Było szybko. Intensywnie. Cholernie blisko. Takiej namiętności nie czułem od lat. Kiedy rano się obudziłem, Ania już była ubrana.

– To nic nie znaczy – powiedziała z uśmiechem. – Ale możemy to powtórzyć. Jeśli chcesz.

Chciałem. Bardziej niż powinienem.

Zaczynałem się w tym gubić

To miało być jednorazowe. Tak sobie powtarzałem. Ale kiedy raz się przekroczy granicę, powrót do „normalności” staje się farsą. Z Anią widywałem się rzadko, ale regularnie. Raz wyskoczyła niby przypadkiem na rower w okolice mojej pracy, innym razem pojechaliśmy na lunch, mówiąc Oli, że mam spotkanie z kontrahentem. Każde kolejne spotkanie było coraz mniej o seksie, a coraz bardziej o wszystkim, czego brakowało mi w domu. Ania wiedziała, kiedy się odezwać. Nie zadawała zbędnych pytań. Nie wymagała niczego. Czasem mówiła, że jestem jej ulubionym „zakazanym owocem”. Ja się śmiałem, ale wewnątrz czułem, jak narasta we mnie napięcie. Z Olą wszystko wyglądało jak zawsze. Dzieci, szkoła, obiady, niedzielne grille. Raz tylko Ola spojrzała na mnie inaczej. Uważniej. Jakby coś podejrzewała.

– Wszystko okej? – zapytała, gdy siedzieliśmy w milczeniu przy kolacji.

– Oczywiście – skłamałem, nie podnosząc wzroku znad talerza.

Nie wiedziała, że kilka godzin wcześniej byłem z jej siostrą w tanim motelu pod miastem. Zaczynałem się gubić. Gdzie byłem, co mówiłem, komu co obiecałem. Z każdą kolejną wymówką było gorzej. I choć powinienem to przerwać, nie chciałem. Za bardzo lubiłem jak mnie to wszystko ożywiało.

Los sam zaczął przyspieszać

Wszystko zaczęło się sypać, gdy Ania powiedziała, że się zakochała. Nie rzuciła tego dramatycznie. Po prostu siedzieliśmy w samochodzie, ona wpatrzona w szybę, ja nerwowo skubiący plastik od kierownicy.

– Wiem, że to głupie, ale… nie chcę już być tylko dodatkiem do twojego życia – powiedziała spokojnie. – Albo jesteśmy razem naprawdę, albo kończymy.

Zamurowało mnie. Przecież ona pierwsza ustaliła reguły. Zero zobowiązań. Tylko przyjemność. Tyle że emocje rzadko trzymają się zasad. Nie spałem całą noc. Ola obok, spokojna, nieświadoma. Przypomniałem sobie nasze pierwsze randki, to jak tuliła się do mnie w kinie, jak płakała po porodzie. Nie była zła. Była zmęczona. I przeze mnie coraz bardziej samotna, chociaż spałem obok. Następnego dnia Ania napisała tylko: „To jak?”. Nie odpisałem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Każda opcja była końcem czegoś ważnego. A potem los sam zaczął przyspieszać. Ola znalazła paragon z motelu. I nie zapytała wprost. Po prostu zostawiła go na stole, obok mojego talerza. Obok sztućców, jak kolejny element śniadania. Wtedy poczułem, że już za późno. Nie uratuję nikogo. Ani siebie.

Czy to się mogło udać?

Wyszła bez słowa. Spakowała siebie i dzieci, gdy byłem w pracy. Zostawiła mi tylko jedno zdanie na kartce: „Zdrada to jedno. Z siostrą – to coś więcej”. Nie dzwoniła. Nie pisała. Nie chciała rozmawiać. A ja nawet nie próbowałem się bronić. Bo jak? Co miałem powiedzieć – że ją kochałem, tylko było mi za cicho w domu? Ania też się wycofała. Po wszystkim wysłała mi krótkiego SMS-a: „Nie tak to miało wyglądać”. Może naiwnie liczyła, że się rozwiodę i będziemy razem. Może po prostu się przestraszyła, że nie jestem wart tego wszystkiego. W sumie – słusznie.

Teraz mieszkam sam. W pustym domu, w którym wciąż unosi się zapach dziecięcych szamponów i kawy z cynamonem, którą parzyła Ola. Czasem idę do lodówki i sięgam po mleko, które pił nasz syn. Albo znajduję na dnie szuflady zakurzone kolczyki Ani. Każdy kąt przypomina mi o czymś, co zepsułem. Czy to się mogło udać? Nie wiem. Może gdybym miał odwagę wcześniej powiedzieć prawdę. Może gdybym nie szukał emocji na boku, tylko spróbował je wskrzesić w tym, co miałem. Może. Teraz już nie ma to znaczenia. Wszystko zostało w rodzinie. Łącznie z ruinami.

Bartek, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama