„To miały być wymarzone ferie w górach, a wylądowaliśmy u mojej siostry. Podliczyła nas jak za 5-gwiadkowy hotel”
„Wybrałam domek w górach, dzieci były zachwycone – zjeżdżałyśmy palcem po mapie, opowiadałyśmy sobie bajki o skrzatach, które mieszkają w śnieżnych jaskiniach. Spakowałam walizki dwa dni wcześniej, nawet nowe termosy kupiłam. Wszystko było dopięte”.

- Redakcja
– Nie jestem typem kobiety, która robi awantury w sklepie, wylewa żale w internecie czy rzuca talerzami o ścianę. Zawsze byłam raczej spokojna, wyważona. Taka, co trzyma rodzinę w ryzach, pamięta o szczepieniach dzieci, planuje obiady na cały tydzień i wie, gdzie są wszystkie rękawiczki w domu. Matka dwójki, żona od trzynastu lat. Zimą żyję feriami. Kiedy tylko kończą się jedne, zaczynam planować następne. Może to śmieszne, ale to były te dwa tygodnie, w których naprawdę czułam, że jesteśmy rodziną. Bo w codzienności trudno to uchwycić – on ciągle zmęczony, ja między pracą a przedszkolem, obiady w biegu, rozmowy o rachunkach, dzieci w trybie „zadania, kąpiel, bajka i spać”.
W tym roku miało być inaczej. Po raz pierwszy od dawna Bartek powiedział, że też się cieszy. Wybrałam domek w górach, dzieci były zachwycone – zjeżdżałyśmy palcem po mapie, opowiadałyśmy sobie bajki o skrzatach, które mieszkają w śnieżnych jaskiniach. Spakowałam walizki dwa dni wcześniej, nawet nowe termosy kupiłam. Wszystko było dopięte. Bartek chodził ostatnio trochę przygaszony, ale przecież w pracy miał ciężko, ciągłe nadgodziny, stres. Myślałam: odpocznie, pogadamy, może się do siebie zbliżymy. Zasłużyliśmy. Ja też zasłużyłam. Nie wiedziałam jeszcze, że dwa dni przed wyjazdem wszystko runie. Że coś, co miało być naszą wspólną chwilą, zamieni się w początek końca.
W tej chwili przestałam mieć złudzenia
– Marta, nie pojedziemy – powiedział nagle Bartek, stojąc w progu kuchni z rękami wsuniętymi w kieszenie bluzy.
Zamieszałam herbatę i odłożyłam łyżeczkę, patrząc na niego bez słowa. Wydawało mi się, że źle usłyszałam.
– Słucham?
– Wyskoczyły niespodziewane wydatki. Nie damy rady.
Przez chwilę miałam nadzieję, że może jednak żartuje.
– Jakie wydatki? O czym ty mówisz?
– Marta, nie rób scen. Po prostu... trochę się posypało. Musiałem zapłacić za auto, pozostałe opłaty. Wiesz, jak jest.
– Nie, nie wiem, jak jest. Przecież oboje pracujemy. Ja też się dokładam. Od miesięcy odkładam na ten wyjazd. Nie kupowałam głupot, nie wychodziłam nigdzie, wszystko było z myślą o tym. A ty mi teraz mówisz „nie pojedziemy”?
Wzruszył ramionami. Ani razu nie spojrzał mi w oczy.
– To nie jest takie proste.
– To powiedz mi konkretnie: co, gdzie, ile? Daj mi coś więcej niż „trochę się posypało”.
– Nie mam teraz siły tego tłumaczyć. Przykro mi.
Zamilkłam. W tej ciszy było więcej gniewu niż w jakimkolwiek krzyku. Wzięłam kubek z herbatą, chociaż nie miałam już ochoty jej pić. Przeszłam do salonu i usiadłam na kanapie. Bartek nie ruszył się z miejsca. Wiedział, że każde słowo więcej może tylko pogorszyć sprawę. W głowie zaczęłam układać sobie wszystko od nowa. Wiedział, że planuję ferie. Widział, jak kupuję rękawice dzieciom, jak szukam noclegów, jak proszę w pracy o urlop. Nie powiedział ani słowa. Czekał do ostatniego momentu. To było jak policzek. Nie tylko dla mnie, dla dzieci też.
– Nie będę o tym dyskutować. Nie dzisiaj – rzuciłam tylko na głos.
Poszłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi. Zadzwoniłam do siostry z prośbą, czy możemy przyjechać do niej na kilka dni. g
Czujcie się jak u siebie
Spakowałam dzieci następnego dnia rano. Bez komentarzy, bez rozmów, bez awantur. Bartek rzucił tylko jedno ciche „Gdzie jedziecie?”, kiedy zobaczył mnie z walizką przy drzwiach.
– Do Anki.
Nie zapytał o nic więcej. Nawet nie spytał, kiedy wrócimy. Tylko skinął głową i wrócił przed telewizor. Siedział tam, gdy wychodziliśmy, i byłam niemal pewna, że kiedy wrócimy, nadal tam będzie. Droga do siostry minęła mi w ciszy. Dzieci gadały z tyłu, ekscytowały się śniegiem, który dopiero co spadł. Kiedy dojechaliśmy na wieś, wyglądało jak z pocztówki – wszystko białe, lekki mróz, para z ust. Anka wyszła po nas w grubym swetrze, jak zwykle z herbatą w jednej ręce i łopatą do odśnieżania w drugiej. Weszliśmy do środka.
– A Bartek gdzie? – zapytała zaraz, gdy dzieci zajęły się zabawkami.
– Miał dużo na głowie. Musieliśmy zrezygnować z rodzinnego wyjazdu przez jakieś problemy finansowe – powiedziałam krótko.
Usiadła naprzeciwko mnie przy stole. Przez chwilę milczała, potem pokręciła głową.
– No skoro tak, to czujcie się jak u siebie.
Żałowałam, że nie udał się nam wyjazd w góry, ale starałam się zrobić wszystko, żeby dzieci spędziły dajnie czas. Były zachwycone. Jeździliśmy na sankach, robiliśmy kakao, piekliśmy bułeczki.
– Mamo, a jutro też pójdziemy na sanki?
Uśmiechnęłam się do córki, przytuliłam ją.
– Oczywiście, skarbie.
– Super!!! – wykrzyczała.
Patrzyłam na jej radość w oczach i w głębi duszy się cieszyłam. Byłam wdzięczna siostrze, że mogłam liczyć na jej pomoc, jak mi się najpierw wydawało - bezinteresowną.
Już nigdy nikogo o nic nie poproszę
Ostatniego dnia pobytu wstałam wcześniej. Dzieci jeszcze smacznie spały. Za oknem lekko prószył śnieg. Zeszłam na dół zrobić dzieciom naleśniki. Uwielbiały jeść je na śniadanie. Siostra musiała gdzieś pilnie wyjechać. Zobaczyłam, że zostawiła na stole w kuchni jakąś kartkę. „Podliczyłam sobie wszystko. Przelej mi proszę po powrocie za wasz pobyt 1500 zł”. Wzięłam ją do ręki, spojrzałam jeszcze raz, jakby mogło się tam nagle pojawić coś innego.
Przecież nie chciałam na niej żerować. To były tylko trzy dni pobytu. A poza tym wspominałam jej, że mamy jakieś trudności finansowe. Ale nawet to nie powstrzymało jej, by być tak pazerną na pieniądze. Przypomniałam sobie, ile razy ona przyjeżdżała do mnie na jakieś weekendy, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby wziąć od niej jakiekolwiek pieniądze. Po prostu cieszyłam się z jej odwiedzin. W końcu to moja siostra.
Złożyłam kartkę na pół, potem jeszcze raz, a następnie włożyłam ją do portfela. Nie czułam złości. Nawet nie rozczarowania. Tylko pustkę. Uświadomiłam sobie, że jestem dokładnie tam, gdzie nie chciałam być. Kobietą, która nie może nawet na chwilę oprzeć się na nikim. Wszystko musi wyliczyć, zorganizować, zabezpieczyć. Bo nawet siostra, ta sama, która mnie przytulała, mówiła: „Marta, nie jesteś sama, masz mnie” – wyciągnęła rękę po pieniądze. Siedziałam przy stole, patrząc na kubek z herbatą, który zdążył już wystygnąć. W głowie powtarzało mi się jedno zdanie, które weszło we mnie jak drzazga. Już nigdy nikogo o nic nie poproszę. Nigdy.
Wszystko ma swoją cenę
Nie chodziło o te pieniądze. Chodziło o to, że w tej chwili zrozumiałam, jak bardzo jestem sama. Bolało mnie, że dla moich najbliższych życie sprowadza się do kalkulatora, że wszystko ma swoją cenę. Wróciłam do pokoju, spakowałam rzeczy dzieci. Pytały, czy moglibyśmy zostać u cioci trochę dłużej. Było mi przykro, że muszę powiedzieć stanowcze nie. Tak cieszyły się z tego wyjazdu, a mi po nim został jedynie wielki niesmak.
Włożyłam torby do bagażnika, dzieci usiadły w samochodzie z nietęgimi minami. Odpaliłam silnik i ruszyłam. W ciszy. Nie włączyłam radia, nie odezwałam się. Tylko jechałam. Głowa pusta, ręce na kierownicy, oczy na drodze. Ciało robiło, co trzeba. Reszta już się nie liczyła. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nagle zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na ekran. Siostra. Jeden sygnał, drugi, w końcu się zdecydowałam i odebrałam dość niechętnie.
– Hej, weszłam właśnie do domu, ale widzę, że już was nie ma.
– Tak, już jesteśmy u siebie.
– Szkoda, że nie zdążyliśmy się pożegnać. Tak przy okazji, widziałam, że widziałaś moją kartkę. Ale ten przelew to wiesz, na spokojnie. Nie musisz go robić dziś czy jutro. Jak zrobisz za tydzień, też będzie dobrze.
Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.
– Serio, musisz taka być? Czy zawsze musi ci chodzić wyłącznie o kasę.
– Nie musisz się tak obrażać, sama wiesz ile kosztują jedzenie, rachunki.
– Przecież sama bym ci się dorzuciła, nie musiałaś aż się o to prosić i mi przypominać. Zresztą ja nigdy nie zrobiłabym czegoś podobnego.
– Oj już nie rób scen.
Nie miałam ochoty na dalszą rozmowę. Wyłączyłam telefon. Usiadłam w fotelu. Wiedziałam jedno – nigdy więcej nie będę nikogo prosić.
Marta, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W ferie nici z wyjazdu w góry, bo mąż ma ważniejsze rzeczy na głowie. Zostają nam sanki i lepienie bałwana pod oknem”
- „Spędziłam z teściową ferie, bo obiecała, że pomoże z dziećmi. Nie wiedziałam, że w zamian dostanę od niej lekcję życia”
- „Mąż zamiast zabrać dzieci w ferie na sanki, woli siedzieć na kanapie. Nie wiem, czemu wyszłam za tego próżniaka”