„Mieliśmy zabrać dzieci do Białki Tatrzańskiej, ale zabrakło nam pieniędzy. Zamiast miłych ferii, urządziliśmy im piekło”
„Mieliśmy jechać w Tatry. To nie była fanaberia. To była obietnica złożona dzieciom jeszcze w wakacje, kiedy musieliśmy odwołać wyjazd nad morze z powodu awarii hydrauliki w łazience. Rata kredytu wzrosła kolejny raz, a premia Marka, na którą tak liczyliśmy, okazała się mitem korporacyjnym”.

- Redakcja
To miał być nasz wielki powrót do normalności po chudych miesiącach. Mieliśmy zaplanowany każdy dzień: sanki na Gubałówce, gorąca czekolada w karczmie, a wieczorami planszówki przy kominku w wynajętym domku. Dzieci odliczały dni w kalendarzu, skreślając kolejne okienka z ekscytacją, która ściskała mnie za gardło. Bo ja już wiedziałam. Wiedziałam, że na koncie zamiast tysięcy na zaliczkę, widnieje żenujący debet. Kiedy pękła bańka mydlana naszych obietnic, zamiast mroźnego powietrza w płucach poczuliśmy duszny zapach wzajemnych oskarżeń. To historia o tym, jak brak pieniędzy potrafi obedrzeć małżeństwo z resztek cierpliwości i jak trudno spojrzeć w oczy własnemu dziecku, gdy jest się bankrutem emocjonalnym.
Brakowało nam trzech tysięcy
Pamiętam ten wieczór, kiedy wszystko runęło. Siedziałam przy kuchennym stole, wpatrując się w ekran laptopa. Niebieskie światło monitora odbijało się w mojej wystygłej herbacie, a cyferki w arkuszu kalkulacyjnym zdawały się ze mnie drwić. Marek spał już w sypialni, nieświadomy albo – co gorsza – wypierający fakt, że nasza sytuacja finansowa przypominała domek z kart postawiony na przeciągu. Mieliśmy jechać w Tatry. To nie była fanaberia. To była obietnica złożona Kacprowi i Mai jeszcze w wakacje, kiedy musieliśmy odwołać wyjazd nad morze z powodu awarii hydrauliki w łazience. „Zimą sobie odbijemy” – zapewniał wtedy Marek, głaszcząc po głowie rozczarowaną, sześcioletnią Maję. „Pojedziemy na narty, obiecuję”. Słowa rzucone na wiatr ważą najwięcej, gdy trzeba je potem pozbierać z ziemi.
Tamtego wieczoru podliczyłam wszystko po raz setny. Rata kredytu hipotecznego wzrosła kolejny raz, ubezpieczenie samochodu przyszło w najgorszym momencie, a premia Marka, na którą tak liczyliśmy, okazała się mitem korporacyjnym. Kiedy wcisnęłam „Enter” po wpisaniu ostatnich wydatków na życie, wynik na dole kolumny zaświecił się na czerwono. Brakowało nam trzech tysięcy złotych, żeby w ogóle myśleć o wyjeździe. A gdzie jedzenie? Gdzie paliwo? Gdzie te nieszczęsne oscypki? Poczułam, jak w żołądku formuje się twardy, zimny supeł. Wiedziałam, co muszę zrobić, ale bałam się reakcji nie tylko dzieci, ale i męża. Marek był dumny. Dla niego przyznanie się do tego, że nie stać nas na tygodniowe ferie w kraju, było jak policzek wymierzony w jego męskość. Ale matematyka nie ma uczuć. Jest bezlitosna.
Po prostu nie było nas stać
Następnego dnia rano, zanim dzieci wstaly do szkoły, postanowiłam postawić sprawę jasno. Marek sypał kawę do ekspresu, nucąc pod nosem jakąś piosenkę z radia. Ten jego optymizm drażnił mnie bardziej niż dźwięk budzika.
– Musimy odwołać rezerwację w Zakopanem – powiedziałam, nie odwracając się od lodówki, z której wyciągałam mleko. Chciałam, żeby to zabrzmiało beznamiętnie, ale głos mi zadrżał.
Marek zamarł z łyżeczką w połowie drogi do kubka.
– O czym ty mówisz? Dzieciaki już spakowały połowę zabawek. Kacper wczoraj przymierzał kask.
– Nie stać nas, Marek. Po prostu nas nie stać. Przeliczyłam to wczoraj. Jeśli pojedziemy, w marcu nie zapłacimy czynszu. Chcesz ryzykować?
W jego oczach zobaczyłam ten błysk, który pojawiał się zawsze, gdy czuł się atakowany. Błysk defensywy, który szybko przechodził w kontratak.
– Przesadzasz, jak zwykle. Kamila, zawsze czarnowidzisz. Weźmiemy chwilówkę, spłacę z następnej wypłaty...
– Nie! – krzyknęłam szeptem, bojąc się obudzić dzieci.
– Żadnych chwilówek. Obiecaliśmy sobie, że wychodzimy z długów, a nie kopiemy pod sobą głębszy dół.
To była nasza pierwsza kłótnia o te ferie, ale nie ostatnia. Marek zarzucił mi, że nie mam wiary w jego możliwości, że podcinam skrzydła rodzinie. Ja wytknęłam mu, że kupił sobie nową konsolę dwa miesiące temu, zamiast odkładać na wyjazd. Wymienialiśmy się argumentami jak ciosami, celując w najczulsze punkty. Ostatecznie jednak to ja wysłałam maila z odwołaniem rezerwacji. Właścicielka pensjonatu była miła, ale straciliśmy zadatek. To bolało podwójnie. Prawdziwy dramat zaczął się jednak wieczorem, gdy musieliśmy powiedzieć dzieciom. Usiedliśmy z nimi na kanapie. Maja trzymała w rączce pluszowego pingwina, którego chciała zabrać „w śniegi”.
– Słuchajcie... – zaczął Marek, ale głos uwiązł mu w gardle. Spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Ty to zrób, ty jesteś tą złą, rozsądną”.
– Plany się zmieniły – dokończyłam, siląc się na uśmiech, który musiał wyglądać jak grymas bólu. – Nie jedziemy w góry. Zostajemy w domu, ale zrobimy sobie super ferie na miejscu! Kino, basen, pizza...
Cisza, która zapadła, była gorsza niż krzyk. Maja po prostu spuściła głowę i przytuliła mocniej pingwina. Kacper, dziesięciolatek, który rozumiał już więcej, niż byśmy chcieli, spojrzał na ojca z wyrzutem.
– Obiecałeś – powiedział tylko to jedno słowo.
Potem wstał i poszedł do swojego pokoju, zamykając drzwi z głośnym trzaskiem. Tej nocy spaliśmy odwróceni do siebie plecami, na dwóch krańcach łóżka, które nagle stało się polem minowym.
Wszyscy byli szczęśliwi, a my?
Pierwszy dzień ferii przywitał nas deszczem ze śniegiem. Taka typowa, bura polska zima w mieście. Szarość wlewała się przez okna, potęgując depresyjny nastrój w mieszkaniu. Żeby ratować sytuację, wyciągnęłam z szafy stare gry planszowe.
– Zagramy w coś? – zaproponowałam entuzjastycznie przy śniadaniu.
– Nuda – mruknął Kacper, nie odrywając wzroku od telefonu.
I wtedy popełniłam błąd. Otworzyłam media społecznościowe. Mój feed zalała fala zdjęć. Moja siostra, Anka, wrzuciła relację z włoskich Alp – idealny śnieg, gorąca czekolada z piankami na stoku i roześmiane buzie jej dzieci w markowych kombinezonach. Koleżanka z pracy, Kaśka, meldowała się w spa w Bukowinie. Wszyscy gdzieś byli. Wszyscy byli szczęśliwi. A my? My siedzieliśmy w dresach w bloku na trzecim piętrze, jedząc jajecznicę, która smakowała goryczą porażki. Poczułam ukłucie zazdrości tak silne, że aż fizycznie zabolało. Dlaczego nam się nie udaje? Pracujemy oboje, staramy się, nie pijemy, nie trwonimy pieniędzy na głupoty (poza tą nieszczęsną konsolą Marka), a ciągle musimy oglądać każdą złotówkę z dwóch stron.
– Widziałeś, gdzie Anka pojechała? – rzuciłam w przestrzeń, mając nadzieję, że Marek to usłyszy.
Siedział na fotelu z laptopem na kolanach. Miał mieć wolne, ale skoro nie wyjechaliśmy, stwierdził, że „podgoni parę tematów”.
– Co znowu? – warknął, nie podnosząc głowy.
– Włochy. Livigno. A my co? Stare gry i widok na śmietnik?
– Przestań mnie męczyć, Kamila. Robię co mogę.
– Robisz co możesz? Gdybyś robił co możesz, to byś nie kupował drogich gadżetów, kiedy nie mamy na ferie dla dzieci! – wybuchłam.
To było silniejsze ode mnie. Frustracja szukała ujścia. Dzieciaki zamarły w swoich pokojach. Wiedziałam, że słyszą. Wiedziałam, że powinnam przestać, ale tamta tama pękła.
– A ty? – Marek wstał, a laptop zsunął się niebezpiecznie na brzeg fotela.
– Ciągle tylko te bio-zakupy, eko-jedzenie, kosmetyki za miliony monet. Może gdybyś kupowała normalny chleb, a nie ten bezglutenowy za piętnaście złotych, to byśmy teraz jeździli na nartach!
I tak to się zaczęło. Zamiast bitwy na śnieżki, mieliśmy bitwę na wypominki. Wyciągaliśmy sobie wszystko: mandat sprzed roku, zepsutą pralkę, pożyczkę dla jego brata, moje wizyty u fryzjera. Każdy wydatek był teraz amunicją. Krzyczeliśmy na siebie szeptem w kuchni, syczeliśmy przez zęby w przedpokoju, a atmosfera gęstniała z godziny na godzinę.
Piekło w czterech ścianach
W połowie tygodnia czułam się, jakbym była w więzieniu. Mieszkanie o powierzchni sześćdziesięciu metrów skurczyło się do rozmiarów klatki. Dzieci snuły się z kąta w kąt. Maja marudziła o byle co, Kacper był agresywny i opryskliwy. Próbowaliśmy wyjść do kina, ale ceny biletów i popcornu dla czteroosobowej rodziny sprawiły, że Marek znów zaczął głośno wzdychać przy kasie, co kompletnie zepsuło nam humor.
– Mogłam nie brać tego dużego zestawu – powiedziałam w drodze powrotnej, czując się winna za to, że dzieci chciały coś zjeść.
– Teraz już za późno. Dwie stówy poszły w dwie godziny. Super inwestycja – skwitował Marek z sarkazmem, który ciął jak bicz.
Wróciłam do domu i zamknęłam się w łazience. Odkręciłam wodę, żeby nikt nie słyszał, jak płaczę. Czułam się bezradna i upokorzona. Nie chodziło już tylko o góry. Chodziło o to, że bieda – nawet ta względna, kiedy masz co jeść, ale nie masz na przyjemności – odbiera godność. Odbiera radość z bycia razem. Zamiast cieszyć się wolnym czasem, patrzyliśmy na siebie jak na wrogów, którzy okradają się nawzajem z marzeń.
Najgorszy moment nadszedł w czwartek. Marek próbował naprawić cieknący kran (bo hydraulik to koszt), a ja usiłowałam zrobić z dziećmi „domową pizzę”, która miała być atrakcją. Ciasto nie wyrosło, sos się przypalił, a Maja wylała sok na obrus.
– Cholera jasna! – wrzasnął Marek z łazienki, kiedy klucz francuski ześlizgnął mu się i uderzył w płytki.
Wpadł do kuchni wściekły, z brudnymi rękami. Zobaczył bałagan na stole, płaczącą Maję i mnie, zeskrobującą spaleniznę z blachy.
– Nie potraficie nawet zjeść obiadu w spokoju? W tym domu jest wieczny chaos! – ryknął.
– Bo ty oczywiście jesteś idealny! – odkrzyknęłam, rzucając ścierką o blat. – Siedzisz w tej łazience i udajesz bohatera domu, a prawda jest taka, że zepsułeś nam ferie! Jesteś nieudacznikiem, Marek!
Słowa zawisły w powietrzu. Czas zwolnił. Zobaczyłam, jak twarz mojego męża tężeje, a oczy zachodzą mgłą. Nigdy wcześniej nie nazwałam go nieudacznikiem. To było zakazane słowo, atomowy guzik, którego się nie wciska. W tym samym momencie usłyszałam ciche chlipanie. W drzwiach kuchni stał Kacper. Trzymał za rękę Maję.
– Czy my jesteśmy biedni? – zapytał drżącym głosem. – Dlatego tak na siebie krzyczycie? Bo nie mamy pieniędzy? Ja mogę oddać swoją skarbonkę. Mam tam sto złotych z komunii. Weźcie to, tylko przestańcie.
To był moment, w którym serce pękło mi na milion kawałków. Patrzyłam na mojego syna, który w wieku dziesięciu lat chciał ratować małżeństwo rodziców swoimi oszczędnościami. Spojrzałam na Marka. Jego złość wyparowała w ułamku sekundy, zastąpiona przez czysty wstyd. Stał tam z opuszczonymi ramionami, brudny od smaru, pokonany przez własne ego i nasze wspólne błędy.
Odbudowa na gruzach dumy
Podeszłam do dzieci i uklękłam przed nimi, nie zważając na to, że brudzę spodnie mąką rozsypaną na podłodze.
– Nie, kochanie. Nie jesteśmy biedni – powiedziałam, łapiąc Kacpra za ramiona. – Jesteśmy po prostu... pogubieni. I bardzo, bardzo głupi.
Marek podszedł do nas chwilę później. Usiadł na podłodze obok mnie. Wielki, dorosły facet, który nagle zmalał.
– Przepraszam was – powiedział cicho, patrząc nie na mnie, ale na dzieci. – I ciebie, Kamila, też przepraszam. Nie jestem nieudacznikiem, ale zachowywałem się okropnie. Pieniądze to tylko pieniądze. Nie powinny sprawiać, że stajemy się dla siebie obcy.
Tamten wieczór był przełomowy. Nie, nie wygraliśmy nagle w lotto. Nie pojechaliśmy w góry, ale przestaliśmy udawać. Zamówiliśmy najtańszą pizzę z osiedlowej pizzerii (Marek wyjął jakieś zaskórniaki z kieszeni kurtki) i usiedliśmy wszyscy na podłodze w salonie. Bez telefonów. Bez telewizora. Zaczęliśmy rozmawiać. Tak szczerze. Powiedzieliśmy dzieciom – w prostych słowach – że czasem dorośli mają gorszy moment finansowy, ale to nie znaczy, że świat się kończy. Że musimy teraz zacisnąć pasa, żeby latem było lepiej. Reakcja dzieci nas zaskoczyła. Nie było płaczu. Było zrozumienie. Maja zapytała tylko, czy to znaczy, że nie kupimy jej nowej lalki, a kiedy potwierdziłam, wzruszyła ramionami i powiedziała: „Dobra, mam ich dużo”.
Resztę ferii spędziliśmy inaczej. Przestałam śledzić siostrę. Wylogowałam się. Zamiast drogich wyjść, zorganizowaliśmy turniej gier planszowych z nagrodami zrobionymi z papieru. Poszliśmy do lasu pod miastem na długi spacer, gdzie znaleźliśmy resztki brudnego śniegu i zrobiliśmy z niego najbrzydszego bałwana świata, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Marek naprawił ten cholerny kran, a ja zamiast go krytykować, podałam mu klucze i zrobiłam herbatę.
Byliśmy blisko tej przepaści
Dziś, patrząc na to z perspektywy kilku tygodni, myślę, że te „nieudane” ferie były nam potrzebne bardziej niż tydzień w luksusowym hotelu. Zrozumiałam, jak łatwo wpaść w pułapkę konsumpcjonizmu, gdzie miarą szczęścia rodziny jest to, ile wydajemy na jej rozrywkę. Zapomnieliśmy, że dla dzieci najważniejszy nie jest widok na Giewont, ale rodzice, którzy mają dla nich czas i nie warczą na siebie przy śniadaniu.
Oczywiście, problemy finansowe nie zniknęły magicznie. Nadal spłacamy debet, nadal liczymy każdą złotówkę, ale coś się zmieniło w nas. Przestaliśmy obrzucać się pretensjami za braki w portfelu. Zrozumieliśmy, że jesteśmy w tym razem – jako drużyna, a nie przeciwnicy. Kiedy wczoraj Kacper wrócił ze szkoły i zapytał: „Mamo, a w wakacje pojedziemy pod namiot? Bo to taniej, a chłopaki mówili, że jest super”, uśmiechnęłam się szczerze.
– Zobaczymy, synku. Ale na pewno będziemy razem.
Te ferie nauczyły mnie, że prawdziwa bieda jest wtedy, gdy w domu pełnym drogich zabawek panuje cisza, bo nikt ze sobą nie rozmawia. My byliśmy blisko tej przepaści, ale w ostatniej chwili, dzięki naszym dzieciom, udało nam się złapać równowagę. I choć nie mam zdjęć z Alp, mam w pamięci obraz nas czworga jedzących pizzę na podłodze i śmiejących się z przypalonego sosu. I to jest dla mnie cenniejsze niż złoto.
Kamila, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłem zły na siostrę, że muszę sam opiekować się starszą mamą. Stać ją było tylko na dobre słowo na odległość”
- „Mój syn bał się chodzić do szkoły przez jedną osobę. Jego nauczycielka matematyki powinna brać korepetycje z empatii”
- „W dniu ślubu myślałem, że jestem szczęściarzem. Teraz nasz dom wygląda jak magazyn pełen drogich torebek i perfum żony”